<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259</id><updated>2012-01-23T07:15:00.624-08:00</updated><title type='text'>RECENZJE</title><subtitle type='html'></subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://chojnowski.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><link rel='next' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default?start-index=101&amp;max-results=100'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>253</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-4941419668953198445</id><published>2012-01-17T08:16:00.000-08:00</published><updated>2012-01-17T08:22:00.436-08:00</updated><title type='text'>WEDŁUG BOBCZYŃSKIEGO (Wrocławski Teatr Współczesny)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/-kNnBLzJAvqI/TxMchKOxMmI/AAAAAAAAAKs/6aj6QeBGlxs/s1600/bez%25C2%25A0tytu%25C5%2582u.JPG" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://4.bp.blogspot.com/-kNnBLzJAvqI/TxMchKOxMmI/AAAAAAAAAKs/6aj6QeBGlxs/s320/bez%25C2%25A0tytu%25C5%2582u.JPG" width="258" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="line-height: normal; margin-bottom: .0001pt; margin-bottom: 0cm; mso-margin-top-alt: auto;"&gt;&lt;br /&gt;LOJALNIE UPRZEDZA SIĘ, ŻE W TEKŚCIE SĄ TZW. SPOJLERY, WIĘC MOŻE LEPIEJ PRZECZYTAĆ PO WIZYCIE W TEATRZE (I NAPISAĆ, CZY SIĘ PAŃSTWO ZGADZAJĄ)&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="line-height: normal; margin-bottom: 0.0001pt;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,&amp;quot;serif&amp;quot;; font-size: 12pt;"&gt;Jest takakwestia Horodniczego w „Rewizorze” Gogola:„Zawadzi, czy nie zawadzi, nie wiem, ja swoje zrobiłem i uprzedziłem panów.(...)&amp;nbsp; Rewizor zechce niewątpliwie, i to przede wszystkim, — obejrzećpowierzone pańskiej pieczy instytucje (...) niech pan przeto postara się, abywszystko było jak należy: żeby szlafmyce były czyste, żeby chorzy nie wyglądalijak kominiarze, jak to tam zwykle...”. Agata Duda-Gracz nie chciała jak zwykle,wywróciła Gogolowe arcydzieło do góry nogami i uprzedziła, że Chlestakowa u niejnie ma, rewizor to śmierć. Jak spadać, to z wysokiego szczytu.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="line-height: normal; margin-bottom: .0001pt; margin-bottom: 0cm; mso-margin-top-alt: auto;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="line-height: normal; margin-bottom: .0001pt; margin-bottom: 0cm; mso-margin-top-alt: auto;"&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,&amp;quot;serif&amp;quot;; font-size: 12pt;"&gt;Wrocławski„Rewizor” przede wszystkim nie śmieszy. Podczas premierowego spektaklujakiś uśmiech zawitał na mojej twarzy raz czy dwa, głównie za sprawąznakomitego Tomasza Schimscheinera (Bobczyński). Chociaż przyznam: siedzący naschodach młody człowiek rżał dość często. Zwłaszcza wtedy, gdy po niemieckuodzywał się Hibner (Maciej Tomaszewski), w wersji Dudy-Gracz zwany Tym Niemcem.Zwykle nie mam nic przeciwko zmianom w tekście, nawet dodawanie (i odejmowanie) postaci uważamza możliwy krok w drodze do teatralnego szczęścia, ale tutaj rozkładam ręce,których nie składam do zwyczajowych oklasków. Mimo żereżyserka stworzyła właściwie spójny obraz ludzi małych, pełnych obaw o utratęich pozornego prowincjonalnego spokoju, ujawniających neurotyczne splątanie wobliczu niespodziewanej wizyty kogoś/czegoś większego. Agata Duda-Gracz zdarłaz Gogola gatunek (komedię), ów kluczowy pomysł-płaszcz, tylko gdzieniegdziemalując tej sztuce nos. Pozbyła się części osób i realiów osiemnastowiecznejRosji, rzeczonego Krystiana Iwanowicza Hibnera uczyniła Hübnerem, któregopytają, co robił w trzydziestym dziewiątym, wyciągając przedramiona z nibyobozowymi numerami. Ale już w scenie relacji z przyjęcia wymienia się Puszkina.Tego Puszkina.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="line-height: normal; margin-bottom: .0001pt; margin-bottom: 0cm; mso-margin-top-alt: auto;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="line-height: normal; margin-bottom: .0001pt; margin-bottom: 0cm; mso-margin-top-alt: auto;"&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,&amp;quot;serif&amp;quot;; font-size: 12pt;"&gt;Jeśli toprzedstawienie o strachu przed władzą, wystarczyłoby pół godziny naprezentację. Reszta jest zmęczeniem. W ciągu tych trzydziestu pierwszych minutspektaklu dzieje się najwięcej i najlepiej. Coś intryguje. Światła włączone,wyłączone, światła na scenę, na widownię – będzie o celebryckim śnie o pięciuminutach, a może o relacjach między aktorem a widzem? O byciu obiektemzainteresowania i szarym człowieku w cieniu? Nieobecny Chlestakow wzbudzitęsknotę za innym życiem, zainspiruje do marzeń? Pięknie funkcjonujące wmultimediach gwiazdy mogłyby taki trop sugerować. Ci ludzie nie błądzą i nieknują (jak u Gogola), lecz się uwalniają, gdy przybywa wielkomiejski urzędnik,a ich dotychczasowy szef, Horodniczy Dmuchanowski (Krzysztof Kuliński), popadaw marazm, skoro traci berło. Jego żona (najlepsza tutaj EwelinaPaszke-Lowitzsch) od razu flirtuje z widmem znamienitego przybysza. Ale zamiastindywidualnych rewolucji i buntów, &amp;nbsp;następuje wprowadzenie wątkówfaszystowskich. Brzmi przyśpiewka nazistów (na wszelki wypadek od razuwykpiwana), a Hibner przemawia jak Hitler (czerwononosy). Prościej się niedało? W dodatku największą tragedią staje się utrata niewinności przez konformistyczną córkęHorodniczego Marię (utalentowana Katarzyna Michalska bijąca rekord w kategorii Rola kobietyszlochającej). Może zatem trzeba w spektaklu „Według Bobczyńskiego” szukaćsymboli, może zatonąć w estetycznej aurze multimedialnego tła, może znaleźć wtych wszystkich Liapkinach-Tiapkinach, Szpiekinach i Ziemlianikachrzeczywistość współczesnych urzędników, polityków czy lekarzy? Może Agata Duda-Gracz mówinam coś ważnego, przestrzega przed niebezpieczeństwem zapędzenia się wideologiczno-ekonomiczny układ, przed szekspirowskim mieszaniem światów?Aspirujący ponad własną miarę Bobczyński kończy źle, wykrwawiając się poprzezwątrobę (w renesansie wierzono, że w wątrobie swe źródło mają ludzkiecharaktery), nie pęka mu serce ani mózg. Może to jest jednak o zmaganiach zBogiem? Może o dojrzewaniu lub starzeniu? I tak dalej.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="line-height: normal; margin-bottom: .0001pt; margin-bottom: 0cm; mso-margin-top-alt: auto;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-family: &amp;quot;Times New Roman&amp;quot;,&amp;quot;serif&amp;quot;; font-size: 12pt;"&gt;Snuciedomysłów na temat tych gogolowskich wariacji porządnie daje w kość widzowi,który szybko się orientuje, iż bezzasadnie oczekiwał jakiejś zawartości„Rewizora” w „Rewizorze”. Mamy przecież jasno wyłożone: „Według Bobczyńskiego”,zaledwie na motywach. Jako spektakl do analizy w licealnej klasiehumanistycznej, podczas lekcji o adaptacjach klasyki, przedstawienieWrocławskiego Teatru Współczesnego sprawdzi się idealnie. W innejsytuacji czeka nas rozczarowanie z powodu rozmycia wyrazistości przesłaniaoryginału, amputacji jego satyrycznych sił i wdzięków, rezygnacji zrodzajowości oraz autorskiego geniuszu na rzecz uniwersalizującej metafory. Są tutaj zatem ambicje, godna szacunku próba nowego odczytania, świetni aktorzy, robiące wrażenie animacje, ale w sumie, według mnie-Chojnowskiego, „to pudło, nie kapelusz” – jak u Gogola mówi Komisarz do Horodniczego.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;.......................................&lt;br /&gt;WEDŁUG BOBCZYŃSKIEGO, na motywach REWIZORA Mikołaja Gogola, reżyseria,adaptacja, scenografia i kostiumy Agata Duda-Gracz, premiera we WrocławskimTeatrze Współczesnym, 14 stycznia 2012&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-4941419668953198445?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/4941419668953198445'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/4941419668953198445'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2012/01/wedug-bobczynskiego-wrocawski-teatr_17.html' title='WEDŁUG BOBCZYŃSKIEGO (Wrocławski Teatr Współczesny)'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/-kNnBLzJAvqI/TxMchKOxMmI/AAAAAAAAAKs/6aj6QeBGlxs/s72-c/bez%25C2%25A0tytu%25C5%2582u.JPG' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-4973930920349303245</id><published>2012-01-09T04:38:00.000-08:00</published><updated>2012-01-09T13:07:58.577-08:00</updated><title type='text'>GŁĘBOKA WODA (TVP)</title><content type='html'>&lt;br /&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: inherit;"&gt;&lt;span style="font-size: small; line-height: 115%;"&gt;W Telewizji Polskiejniedzielne wieczory należą ostatnio albo do sielskich kolorów (Jedynka z „Blondynką”,„Ranczem” i „Domem nad Rozlewiskiem”), albo do czarno-białych sprawpatriotyczno-społecznych. W Dwójce emitowany jest o 21 serial „Czas honoru”zamiennie z niedawno rozpoczętą „Głęboką wodą”. „Czas honoru” to telenowelowawersja „Kolumbów” i „Polskich dróg”, a więc temat wojenny, odrestaurowanyjeszcze za rządów ekipy stawiającej przede wszystkim na akcenty historyczne. Wymyślonapóźniej „Głęboka woda” ma widownię zdobywać opisem rzeczywistości. W dużejczęści za pieniądze z Europejskiego Funduszu Społecznego i ministerstwa pracy. Jeślijednak „Czas honoru” daje się najzwyczajniej w świecie oglądać, mimo swojej konwencjonalności,to druga propozycja nadzwyczajnie nudzi przedziwnym artystycznym archaizmem. Wniemal każdym ujęciu widać mękę wykonawców, którzy pewnie najchętniej utopilibyegzemplarze scenariusza w toaletach ośrodka opieki społecznej, miejscu akcjitego dramatu zrobionego na siłę, jako odpowiedź na ministerialny konkurs.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-family: inherit; font-size: small;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: inherit;"&gt;&lt;span style="font-size: small; line-height: 115%;"&gt;Niespełnionymuzyk-narkoman, mamroczący w przejściu pod Świdnicką &amp;nbsp;przeboje Klausa Mitffocha, śmieszy zamiast przejmować, bo mówi tekstem z książki, nie z ulicy. Tak jak pracownicy ochronki,recytujący psychologiczno-społeczne formułki. Nie ma tempa, są za to serie nibywstrząsowych obrazów, opartych choćby na amatorsko skrojonym, łopatologicznymkontraście. Jednym ze szczytów reżyserskich możliwości jest scena z odcinkatrzeciego, gdy syn, którego najpierw pobili rówieśnicy, a później on wdesperacji odegrał się na ojcu-alkoholiku, budzi się nazajutrz w pokoju słodkośniącego rodzeństwa, ze świeżo zmakijażowaną krwią na twarzy. Posmak filmowegotandeciarstwa towarzyszy szlachetnej idei serialu w każdym epizodzie. W jednymkadrze zobaczymy, jak zdejmują chłopakowi z nóg buty, w drugim trzeba pokazaćstopy w samych skarpetkach, żeby wszystko było jasne. Przewijający się przezcałość motyw kręcenia zdarzeń i wyznań bohaterów przez operatora obywatelskiejtelewizji (zgrany w podobnych klimatach Rafał Maćkowiak) szeleści papierem z artystycznegohipermarketu.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-family: inherit; font-size: small;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="MsoNormal" style="font-family: inherit;"&gt;&lt;span style="font-size: small; line-height: 115%;"&gt;W rolachgłównych i pobocznych oglądamy Katarzynę Maciąg, Dominikę Ostałowską,Bartłomieja Topę, Annę Ilczuk, Agatę Kuleszę, Martę Klubowicz, świetnychaktorów, wędrujących od serialu do serialu za chlebem. Mimo udziału w niezłych lubbardzo dobrych filmach czy spektaklach teatralnych. Najmocniejszą twarzą ma byćMarcin Dorociński, ale gdzie mu w tej gładkiej fryzurze dyrektora pomocowegoośrodka do wyróżnionej Nagrodą im. Cybulskiego roli Despera w pamiętnym „Pitbulu”,też stworzonym dla TVP. Z tym, że nie na konkurs z morałem, lecz z chęcizrobienia ciekawego kina. Gdzie społecznych wątków nie brakowało. Na monstrualnąsatyrę zakrawa gazetowa wypowiedź producenta „Głębokiej wody” o „nowej jakości”i doktorze House jako charakterologicznym wzorze głównej postaci („GazetaWyborcza Wrocław” z czerwca 2011).&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-family: inherit; font-size: small;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size: small; line-height: 115%;"&gt;&lt;span style="font-family: inherit;"&gt;8 stycznia, wdniu emisji piątej części serialu, minęło 45 lat od wrocławskiej śmierciZbigniewa Cybulskiego. Przeglądam listę laureatów nagrody jego imienia. Różniesię działo. Daniel Olbrychski, Olgierd Łukaszewicz, Maja Komorowska, JadwigaJankowska-Cieślak, Krystyna Janda, Marek Kondrat, &amp;nbsp;Krzysztof Majchrzak – wiadomo. Ale już LauraŁącz, Maria Gładkowska, Adrianna Biedrzyńska, Anna Majcher, Katarzyna Skrzynecka,Rafał Królikowski czy Jan Jankowski rady nie dali. Laureat z 1985 roku, MarekWysocki, zniknął z ekranu prawie zupełnie, przewijając się tu i ówdzie w bladymtle. Nagrodę przyznaje kilkuosobowe jury (od sześciu lat także głosująca wInternecie, czyli przypadkowa, niemiarodajna publiczność) "młodym aktoromwyróżniającym się wybitną indywidualnością”. Ostatnio jurorzy wskazali na MagdalenęPopławską (za film „Prosta historia o miłości”), której „Przepis na życie” teżnie ominął (i „Usta, usta”). Tak w Polsce musi dzisiaj być, istniejący wStanach podział na aktorów filmowych i serialowych (też zresztą coraz bardziejpłynny) u nas się nie przyjmie. Kluczowa jest zatem chwila wyboru. Raz zagram w„Róży”, innym razem będę Wiktorem z MOPS-u, raz błysnę w „Czterech nocach zAnną”, zaraz się sprawdzę w plastikowym „Ojcu Mateuszu” (jak Kinga Preis,laureatka Cybulskiego sprzed 5 lat). Pojawię w „Bez tajemnic” (Dorociński) czy „Bożejpodszewce” (Preis). &amp;nbsp;Raz się uda, innymrazem nie bardzo. Przypomina to trochę skok z wieży na główkę, jak ten z finałudrugiego odcinka „Głębokiej wody”, której twórcy brodzą po banale. &lt;/span&gt;&lt;br style="font-family: inherit;" /&gt;&lt;span style="font-family: inherit;"&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;/span&gt;&lt;br style="font-family: inherit;" /&gt;&lt;span style="font-family: inherit;"&gt;.........................................&lt;/span&gt;&lt;br style="font-family: inherit;" /&gt;&lt;span style="font-family: inherit;"&gt;GŁĘBOKA WODA, reż. M. Łazarkiewicz, TVP, 2011 &lt;/span&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-4973930920349303245?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/4973930920349303245'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/4973930920349303245'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2012/01/geboka-woda-tvp.html' title='GŁĘBOKA WODA (TVP)'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-4445236815015888670</id><published>2011-12-26T11:21:00.000-08:00</published><updated>2012-01-02T14:14:53.091-08:00</updated><title type='text'>2011 - podsumowanie</title><content type='html'>&lt;br /&gt;Najważniejszą wiadomością mijającego roku, jaką wrocławski świat kulturyotrzymał w prezencie, było ogłoszenie Wrocławia Europejską Stolicą Kultury2016. I tego czerwcowego wydarzenia nic do końca grudnia nie było w stanieprzebić. Nawet Europejski Kongres Kultury, o którym można powiedzieć właściwietylko tyle, że się odbył. Wbrew autopeanom organizatorów niewiele wniósł doświadomości kulturalnej mieszkańców tzw. starego kontynentu, nie przyniósłrównież wyjątkowych przedstawień ani koncertów. Trzy interesujące wystawy(kolekcja Wernera Nekesa, rzeźba Mirosława Bałki i zbiór pt. "Jutro nieumiera nigdy") to żenująco mało na tak drogie i dęte przedsięwzięcie. Dotopu nie zaliczam muzycznych spotkań Krzysztofa Pendereckiego z Aphex Twinemoraz Jonnym Greenwoodem, bo zagraniczni artyści byli we Wrocławiu przejazdem.Ich koncerty w Hali Stulecia poprzedzały występy na festiwalu Sacrum Profanum wKrakowie. Europejskiemu Kongresowi Kultury należała się absolutna wyłączność.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Skoro zaczęliśmy od rozczarowań to jeszcze jedno: zawieszenie, jakie miastuWrocław dolega w sprawie dwóch miejskich teatrów. Nie wiadomo, kto przejmieWrocławski Teatr Lalek po odejściu Roberta Skolmowskiego (z dniem 31 grudnia),nie wiadomo także, co z fotelem dyrektora Wrocławskiego Teatru Współczesnego.Krystynie Meissner podobno kończy się kontrakt na szefowanie za kilka miesięcy(choć ma i siłę, i energię, i kreatywność, by zostać), więc wybór ewentualnegonastępcy powinien toczyć się już teraz. Meissner zrobiła dla naszego środowiskateatralnego więcej niż ktokolwiek w ciągu ostatnich 20 lat, powołując do życiafestiwal Dialog, dając wiarę talentom Klaty i Warlikowskiego zanim stali sięmistrzami polskiej sceny, utrzymując reżysersko-menedżerski kontakt zpublicznością. Tymczasem relacje wrocławskiego Ratusza z dyrektorkąWspółczesnego od pewnego czasu mocno kuleją. Prezydent chciał ją odwołać jużdwa lata temu, tym razem sprawa wydaje się zatem przesądzona. Kto przyjdzie namiejsce jednej z najbardziej znaczących osobowości polskiego teatru w ogóle?Dziś nie wiadomo, co bardzo martwi. Na rynku nie ma armii specjalistów, coprzerabialiśmy we Wrocławiu przy okazji kłopotów z obsadą szefów TeatruPolskiego czy Wrocławskiego Teatru Pantomimy. Sukces Lalek i pozycja Współczesnegozobowiązują do podjęcia niepochopnych działań. Najwyższy czas zacząć albo...przedłużyć umowę z Krystyną Meissner.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na szczęście znakomicie sobie radzi Teatr Polski. Krzysztof Mieszkowskiokazał się być doskonałym rozgrywającym, to zaproszeni przez niego artyści(Strzępka i Demirski, Klata) wygrywają ogólnopolskie (i nie tylko) festiwale.Swoją drogą trudno sobie wyobrazić wrocławski teatr bez Jana Klaty, który wnowym roku zdobędzie trzecią już tutejszą scenę. Po pracy we Współczesnym iPolskim, przyszedł czas na Capitol i prowokacyjny musical "Jerry Springer- The Opera". A to nie wszystko: w tym sezonie Klata wyreżyseruje jeszczefarsę "Czego nie widać" w Wałbrzychu, gdzie, znów nominowany doPaszportu Polityki Sebastian Majewski, od trzech lat tworzy głośny na całąPolskę teatr zaangażowany. Nie ustaje w swoim autorskim projekcie scenyzanurzonej w lokalności, wsłuchanej w społeczne nastroje legnicki Teatr im.Modrzejewskiej. Jacek Głomb (dziś senator RP) potrafi szokować decyzjamidziwnymi (rezygnacja z festiwalu prapremier Miasto), zadziwiać pomysłami wręczcudownymi (nadanie dużej scenie imienia najwierniejszego widza LudwikaGadzickiego), oferuje też oryginalny repertuar, choćby "Zrozumieć H",spektakl inspirowany biografią Henryki Krzywonos.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Świat filmowy Wrocławia, niegdysiejszego znaczącego centrum kina, od latskupiony jest wokół przedsięwzięć Stowarzyszenia Nowe Horyzonty, z roku na rokcoraz prężniejszego w staraniach przyciągania publiczności i gwiazdniemainstreamowych produkcji. Na Nowych Horyzontach i American Film Festivalmożna zobaczyć tytuły, których ze świecą szukać w multipleksach. Ale: od tegoroku w multipleksie właśnie (Heliosie przy ul. Kazimierza Wielkiego)funkcjonuje sala programowana przez Romana Gutka i jego współpracowników. Gutekmiał objąć programowym patronatem przebudowane na Dolnośląskie Centrum Filmowedawne kino Warszawa, stało się inaczej. Szkoda. Niepogodzone ambicje i interesyOdry Film i SNH to jednoznaczna porażka. Artystycznie wrocławscy filmowcy bankunie rozbili. Waldemar Krzystek przedstawił "80 milionów", WiesławSaniewski "Wygranego", ale to "Daas" młodego Adriana Pankawzbudził największe zainteresowanie krytyków, dowodząc niespodziewanie, jakżywe może być kino historyczne. Trzeba jeszcze odnotować ekranowy debiut wgłównej roli wrocławskiej aktorki Heleny Sujeckiej, która fantastycznie zagrałaKitkę w "Cudownym lecie", bardzo udanym cygańsko-cmentarnym romansieRyszarda Brylskiego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;Wśródniewątpliwych zwycięstw 2011 roku trzeba wymienić przede wszystkim: otwarcieGalerii Sztuki Współczesnej na odnowionym strychu Muzeum Narodowego weWrocławiu oraz start Muzeum Współczesnego w schronie przy Legnickiej. Obiepropozycje to zjawiska dużej klasy na mapie nie tylko dolnośląskiej sztuki.Znakomicie rozwija się projekt Joanny Stembalskiej "Out of Something" w BWAAwangarda, czyli unikatowa na skalę ogólnokrajową prezentacja urban artu. Wartoteż pamiętać o wizytach w BWA Design (w roku 2011 m.in. świetna wystawa EwyKuryluk) oraz w Entropii. W malutkiej galerii przy Rzeźniczej udaje się częstoobejrzeć rzeczy zapadające w pamięć, jak ostatnio obrazy Ewy Harabasz, łączącejbarokowe malarstwo Caravaggia z przekazem współczesnych nam mediów. Wmieszczącej się w ratuszu Galerii Patio Muzeum Miejskiego szanse na pokazaniewłasnych talentów zdobyli młodzi artyści pochodzący ze stolicy Dolnego Śląska.Patio Młodych to świetna inicjatywa, choć wystawianej tu właśnie AnceMierzejewskiej należałaby się dużo większa ekspozycja. Na szczególnewyróżnienie w 2011 roku zasłużyło Wro Art Center, przestrzeń spotkań znajnowszą sztuką mediów. Biennale Wro było już tradycyjnym sukcesem, ale owszystkich wystawach przy ul. Widok dałoby się powiedzieć to samo. Aktualniezachwycają przepiękne, klimatyczne obiekty medialne Izabelli Gustowskiej.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;Godneuwagi i emocji wieczory muzyczne odbywają się już nie jedynie co piątek wFilharmonii Wrocławskiej. I wcale nie zaproszeni artyści z zewnątrz zdają sięnajbardziej interesujący. Wrocław dorobił się kilku zespołów na wysokimpoziomie. To już nie tylko odmłodzone tutti symfoniczne, ale też chwalonywszędzie chór, kameraliści z Leopoldinum, Wrocławska Orkiestra Barokowa,Lutosławski Quartet. Niemal każdy występ, a zwłaszcza nagranie, staje się wydarzeniem.Szkoda, że tegoroczny festiwal Wratislavia Cantans przemknął bez głośnego echa.Winny temu był pomysł organizacji imprezy w trzy kolejne weekendy zamiasttygodniowej kumulacji, jak bywało wcześniej. Operze Wrocławskiej średnio wyszłytegoroczne superprodukcje. Ani "Turandot" na Stadionie Olimpijskim,ani "Kniaź Igor" w Hali Stulecia nie zaimponowały artystycznymrozmachem, lecz zirytowały rozmachem na siłę. Głosowo przeciętne, niezbyt widowiskowespektakle przyciągnęły widzów, którzy, niestety, wychodzili zawiedzeni. Na czerwcowy"Bal maskowy" pewnie przyjdą, ale jeśli i ten nie wypali, kolejnetytuły megaprodukowane mogą ponieść również frekwencyjną porażkę. Za to wdomowym budynku przy Świdnickiej zawsze warto złożyć wizytę, bo poziomspektakli nie słabnie. "Don Giovanni" i "Pułapka" tonajmocniejsze tegoroczne premiery operowe. Warto wspomnieć także o albumienaszego gitarowego wirtuoza Krzysztofa Pełecha, który zrealizował swojemarzenie, wydając płytę z koncertami. Przy Vivaldim towarzyszy muAmadeus Agnieszki Duczmal, a w tytułowym "Concierto de Aranjuez"Joaquina Rodrigo sam Antoni Wit i orkiestra Filharmonii Narodowej.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Wrocławski rynek literacki trzyma się nieźle, choć do Warszawy czy Krakowa wtej dziedzinie nam jednak daleko. Zjawiskiem jest literatura czeska i słowackawydawana przez zafascynowananych tematem młodych wrocławian. W wakacje mogliśmyna dodatek uczestniczyć w miesięcznym festiwalu spotkań autorskich z twórcami zPolski, Czech i Słowacji. O rewelacyjnej biografii Broniewskiego pióra MariuszaUrbanka napiszę osobno, tu chcę przypomnieć spełniony debiut maturzystki 2011Sary Antczak. Jej napisana z Aleksandrem Małeckim powieść "Wolny i DeKlesz" zwiastuje nowy talent, zajmuje fabułą (młody nauczyciel zaczynapracę w szkole od wychowawstwa w trudnej klasie). Czekam na powstałą jużpodobno kontynuację. Trochę żał, że po Roku Różewicza zostanie nam jedynie jedno naprawdę istotne wydawnictwo, zbiór wywiadów "Wbrewsobie" ("Margines, ale" ukazał się jeszcze w 2010). 90.jubileusz takiego artysty warto by uczcić zdecydowanie bardziej okazale.Rozrzucony festiwal teatralny, album zdjęć i reprint "Kartoteki"... -mało! Za to zabłysło w 2011 światło dla Tymoteusza Karpowicza. Jest jużpierwszy tom Dzieł zebranych poety niesłusznie zapominanego. Przyda się nowemupokoleniu, które zaczyna mylić Karpowicza z Kasprowiczem.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-4445236815015888670?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/4445236815015888670'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/4445236815015888670'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/12/2011-czi.html' title='2011 - podsumowanie'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-308534522401324382</id><published>2011-12-21T14:01:00.000-08:00</published><updated>2011-12-22T00:46:20.150-08:00</updated><title type='text'>JAMES BOND. SZPIEG, KTÓREGO KOCHAMY</title><content type='html'>&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-aVR6w2I7sC8/TvJW-e9pA5I/AAAAAAAAAKk/4R8OZFjyM18/s1600/r%252Cid%252Cd14yMTQ7dV5odHRwOi8vZ2V0LTIud3BhcGkud3AucGwvJTNGYSUzRDY1NDk1NjkzJTI2ZiUzRDAwLzAzL0JCLzAwMDNCQkExX29yaWdpbmFsX0YzQTZFMDRBNjdGRjNFNDEuanBnO3FeMC45O3ReanBnO3Nea3NpYXpraTtmdF4x.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://3.bp.blogspot.com/-aVR6w2I7sC8/TvJW-e9pA5I/AAAAAAAAAKk/4R8OZFjyM18/s320/r%252Cid%252Cd14yMTQ7dV5odHRwOi8vZ2V0LTIud3BhcGkud3AucGwvJTNGYSUzRDY1NDk1NjkzJTI2ZiUzRDAwLzAzL0JCLzAwMDNCQkExX29yaWdpbmFsX0YzQTZFMDRBNjdGRjNFNDEuanBnO3FeMC45O3ReanBnO3Nea3NpYXpraTtmdF4x.jpg" width="202" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Kochamy, kochamy, choć informacja o kontrakcie z Danielem Craigiem na 8 filmów raczej smuci. Craig nie jest najlepszym Bondem, nie jest nawet Bondem z podium wykonawców tej roli. Dwa ostatnie filmy serii były takie sobie, może najnowszy odcinek coś przełamie. Mimo przeciętnych scenariuszy sprzedały się świetnie, więc pewnie producenci uwierzyli w magię Craiga. To znakomity aktor, lecz Bond... przyzwoity. Za to najnowsza polska książka dotycząca filmowego serialu o przygodach 007 - PRZEDNIA! Dla tych, którzy chcą poznać kulisy powstawania kolejnych części - lektura obowiązkowa! Poniżej wywiad z autorem, Michałem Grześkiem: &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;embed allowfullscreen="true" allowscriptaccess="always" height="400" src="http://www.box.com/embed/guqrb40ve4htc6l.swf" type="application/x-shockwave-flash" width="466" wmode="opaque"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-308534522401324382?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/308534522401324382'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/308534522401324382'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/12/james-bond-szpieg-ktorego-kochamy.html' title='JAMES BOND. SZPIEG, KTÓREGO KOCHAMY'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-aVR6w2I7sC8/TvJW-e9pA5I/AAAAAAAAAKk/4R8OZFjyM18/s72-c/r%252Cid%252Cd14yMTQ7dV5odHRwOi8vZ2V0LTIud3BhcGkud3AucGwvJTNGYSUzRDY1NDk1NjkzJTI2ZiUzRDAwLzAzL0JCLzAwMDNCQkExX29yaWdpbmFsX0YzQTZFMDRBNjdGRjNFNDEuanBnO3FeMC45O3ReanBnO3Nea3NpYXpraTtmdF4x.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-5743382890054053002</id><published>2011-12-20T14:53:00.000-08:00</published><updated>2011-12-21T01:21:05.299-08:00</updated><title type='text'>KRYZYSOWE ZŁOTKA</title><content type='html'>&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size: small; line-height: 115%;"&gt;A teraz z innej beczki. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size: small; line-height: 115%;"&gt;W 2003 rokupolskie siatkarki zdobyły mistrzostwo Europy, powtórzone po dwóch latach. Potemjeszcze dwukrotnie znalazła się nasza żeńska reprezentacja w najlepszej czwórcetej imprezy. Zdaje się jednak, że brązowy medal turnieju rozgrywanego w Polscew 2009 to ostatni taki sukces w narodowej kobiecej siatkówce na lata. Przypodejściu, jakie prezentuje część zawodniczek, dzięki nadaktywności działaczyzmieniających trenerów jak Wlazły skarpetki, przy braku zdrowych relacji międzykadrą a klubami trudno o optymizm.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size: small; line-height: 115%;"&gt;Zaczęło sięod kłopotów Andrzeja Niemczyka z samym sobą, później było już tylko gorzej.Nigdy nie udało się polskim zawodniczkom osiągnąć czegokolwiek istotnego naarenie światowej, co udawało się porównywalnym z nimi Holenderkom, Serbkom czyNiemkom. Złotka przegrywały na mistrzostwach świata najważniejsze mecze, WorldGrand Prix sztaby szkoleniowe zwykle odpuszczały, traktując ten ważny dlarankingu i prestiżu turniej ćwiczeniowo, jako inwestycję na przyszłość. Jakąprzyszłość? Szczyt głupoty odbył się w tym roku, kiedy w trakcie przygotowańwymieniono Jerzego Matlaka na Alojzego Świderka, wcześniej pozwalając kluczowymsiatkarkom na przerwę od reprezentacji. W momencie, gdy ważą się losy udziałuPolek w igrzyskach olimpijskich.&amp;nbsp; Osobiścienie wierzę w awans z kwalifikacji kontynentalnych, bo trzeba by je wygrać(tylko jedna drużyna jedzie do Londynu), pokonać Rosję i inne, mocniejsze dziśod polskiej, ekipy. Nie widzę też wystarczającego zapału u naszych zawodniczek,może dlatego, że kobieca drużyna jest dla Polskiego Związku Piłki Siatkowej tąmniej wartą pieniędzy i zainteresowania.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size: small; line-height: 115%;"&gt;KonfliktMatlaka z Katarzyną Skowrońską-Dolatą odbił się w bieżącym sezonie czkawką,ponieważ trener nie mógł skorzystać ani z narzekającej na urazy Joanny Kaczor,ani z chybotliwej fizycznie Anny Barańskiej-Werblińskiej. Wezwany za pięćdwunasta Alojzy Świderek próbował przestawić schematyczną grę przetrzebionejdrużyny na styl nowocześniejszy, szybszy, w ciągu zaledwie kilku tygodni. Zdałosię to na nic, bo drużyna przegrała World Grand Prix tak frajersko jak jeszczenigdy. Do dziś nie mogę pojąć, jak, przy najłatwiejszym losowaniu w historii,można było nie wejść do finału WGP (nawet mimo kadrowych kłopotów). Wystarczyłozwyciężyć w jednym z dwóch meczów z Dominikaną. Może jednak zmiany odbyły sięza szybko? Kontuzje Barańskiej, Kaczor, Katarzyny Gajgał, kompletnieniezrozumiała postawa Marioli Zenik czy Małgorzaty Glinki obnażyły słabośćpolskiej siatkówki kobiecej.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size: small; line-height: 115%;"&gt;Tak dalejbyć nie może, że w najważniejszym okresie w wyjściowym składzie brakuje tylupodstawowych reprezentantek. Trzeba się wreszcie zastanowić, skąd te częstszeniż w innych zespołach narodowych urazy, a przede wszystkim zmienić mentalnośćgwiazdorek. Dlaczego wszystkie najlepsze drużyny świata przez lata grają widentycznych składach, rozsądnie i systematycznie odświeżanych, a my musimy cosezon klecić nowy team? Ktoś chce odpocząć w najgorszym z możliwych momentów, aw efekcie, najprawdopodobniej, nikt nie pojedzie na igrzyska, bo na igrzyskachPolska nie wystąpi. Wzorem niech tu będzie Angelina Grün, której gra, a nawetsama obecność w zespole pomogły Niemkom w idealnej chwili, podczas mistrzostwEuropy i w czasie Pucharu Świata. Także dzięki temu utalentowane Niemki(prowadzone od 2006 roku - ! – przez Giovanniego Guidettiego) wypaliły wtedy,kiedy powinny i na Londyn mają zdecydowanie lepsze widoki niż dołujące wrankingu Polki, bez szans na interkontynentalny turniej ostatniej szansy.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size: small; line-height: 115%;"&gt;Awans doigrzysk z pierwszego miejsca w majowych zawodach w Stambule byłby cudem,podobnym do złotego medalu wywalczonego w 2003 roku, również w Turcji. Jeślisię nie zdarzy, będzie to rzeczywisty początek końca wspaniałej falipopularności żeńskiej siatkówki w Polsce. Aby wzbudzić kolejną, potrzeba będzienastępnego sukcesu, o który powalczą, mam nadzieję, nowe, bardziej zaangażowanew sport siatkarki z trenerem na lata, nie miesiące, oraz działacze z głową, nietylko uśmiechem.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size: small; line-height: 115%;"&gt;Gdzie ich szukać? &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="MsoNormal"&gt;&lt;span style="font-size: 14pt; line-height: 115%;"&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;GRZEGORZCHOJNOWSKI&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: small;"&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-5743382890054053002?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/5743382890054053002'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/5743382890054053002'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/12/kryzysowe-zotka.html' title='KRYZYSOWE ZŁOTKA'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-2015094724207241553</id><published>2011-12-19T02:55:00.000-08:00</published><updated>2011-12-21T13:35:26.221-08:00</updated><title type='text'>PUŁAPKA (Opera Wrocławska)</title><content type='html'>&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-_gz5TjxlU8A/Tu-NauYKDeI/AAAAAAAAAKc/599Vio5E4DI/s1600/Pulapka_opera_wroclawska_1.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://2.bp.blogspot.com/-_gz5TjxlU8A/Tu-NauYKDeI/AAAAAAAAAKc/599Vio5E4DI/s320/Pulapka_opera_wroclawska_1.jpg" width="223" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Na światową prapremierę „Pułapki” Tadeusza Różewicza zaprosiła nas ostatnio Opera Wrocławska. Utwór zamówiło u kompozytora Zygmunta Krauzego miasto Wrocław, ten opracował także libretto (wraz z Grzegorzem Jarzyną). I co? I jak? – pytali mnie po premierze znajomi. Mam nadzieję, że poszli na przedstawienie niedzielne (ja widziałem sobotnie), bo kolejny spektakl zaplanowano na 22 stycznia, a potem dopiero 6 marca. Wolę polecać po obejrzeniu spektaklu. Kiedy miesiąc temu zachęcałem (sam zachęcony poprzez rozmowy z artystami) do wizyty w Hali Stulecia, by poobcować z „Kniaziem Igorem”, przedstawienia jeszcze nie widziałem. I odbierałem zażalenia, bo tzw. megaprodukcja okazała się statycznym przeglądem Borodinowych wojsk muzycznych zamiast widowiskiem przez wielkie W. Cóż za przyjemność spoglądać z oddalonego sektora na malutkie ludziki spacerujące po scenie i przemarsz kilkunastu koni. Dla samej muzyki?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na szczęście „Pułapkę” przygotowano we wspaniałym gmachu macierzystym przy Świdnickiej. Cenię tę sztukę nie tylko za intelektualną i emocjonalną pojemność, także za formę. I właśnie ta forma stała się kluczem do operowego sukcesu dramatu, z powodzeniem wystawianego w teatrach (jest m.in. znakomita wersja Gabriela Gietzky’ego na afiszu wrocławskiego Współczesnego). Muzyka Zygmunta Krauzego udanie podkreśla groteskową nieprzystawalność postaci do sytuacji, w jakie złapał je czas i złudzenia. Korzystając z webernowskiego motywu, kompozytor zadziałał jak animator rytmu istnienia bohaterów w pułapce dziejów, społecznych stereotypów, męsko-damsko-rodzinnych relacji pozornych, indywidualnych tęsknot-potrzeb. Osoby tego dramatu zachowują się jak uczestnicy balu manekinów, co konwencja operowa idealnie oddaje. Nienaturalny śpiew doskonale pasuje do „epopei bycia nie na miejscu”, jak o Różewiczowej „Pułapce” pisano.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie byłoby zwycięstwa tego spektaklu bez Eweliny Pietrowiak. Większość widzów w kuluarowych rozmowach wychwalało pracę młodej reżyserki. Słusznie. To ona znalazła sposób na spięcie scenicznych elementów w całość. Na tyle, na ile pozwala operowa maszyneria, zdynamizowała akcję, harmonijnie używając mechanizmów, multimediów, a zwłaszcza aktorskich talentów drzemiących w wokalistach, nie zawsze mających szanse na przebudzenie. Tutaj wykazują się wszyscy, i jako amanci (amantki) z błyskotliwie wplecionej stylistyki starego kina, i jako bohaterowie tragedii z Holocaustem w tle. Jedyna mówiona scena przedstawienia (bardzo dobra!) dotyczy właśnie nazistowskiej grozy zagłady. Wokalnie i aktorsko świetny jest Mariusz Godlewski w trudnej roli Franza, wysokie loty (również w obu kategoriach) zalicza Joanna Moskowicz (Felicja). Ich zwiewny, melodyjny duet w sklepie z meblami to zaskakująca ozdoba spektaklu. Na gromkie uznanie zasłużył Wiktor Gorelikow jako żałośniejący patriarcha rodziny. Rola Ojca bywa najmocniejszą stroną teatralnych „Pułapek”, w operowej również należy do najlepszych. Zwracają uwagę Jacek Jaskuła (Max), Katarzyna Haras (Greta), Aleksandra Kubas (Ottla), ładnie się pokazuje Marek Łykowski, czyli Franz mały. Orkiestra czasem gra za głośno, przez co nie słychać fragmentów śpiewu (są napisy), ale trzeba przyznać, że Tomasz Szreder wykonuje naprawdę dużą pracę, by utrzymywać rytmiczne napięcia. W scenie snu niepotrzebnie mały Franz krzyczy na obudzenie (wystarczyłby wrzask dorosłego), dialog Grety z Maksem nazbyt się dłuży, co z kolei osłabia emocje ostatniej sceny (spotkanie Franza z Ojcem), ale finał robi wrażenie, dzięki reżyserce, kompozytorowi, dzięki autorowi tekstu, który w operze obronił się imponująco.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obserwując to, co Ewelina Pietrowiak wyprawia ze współczesnymi utworami operowymi, jak inspiruje śpiewaków do aktorstwa, wzbiera we mnie chęć do obejrzenia klasyki w jej realizacji. Świeże spojrzenie reżyserki zaczynającej szefować artystycznie teatrowi im. Horzycy w Tarnowie bardzo by się przydało choćby „Kniaziowi Igorowi”. A poza tym, szkoda byłoby wykorzystywać taki talent jedynie do produkcji współczesnych, które mogą się zdarzać (zwykle dzięki publicznym mecenasom), mogą się nie ziszczać, choćby z powodu kryzysu. Z opery pt. „Pułapka” wyszedł pełnoprawny teatralny spektakl, poważny kandydat zarówno do Wrocławskiej Nagrody Muzycznej, co Teatralnej.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;................................................&lt;br /&gt;Zygmunt Krauze PUŁAPKA, libretto wg dramatu Tadeusza Różewicza G. Jarzyna, Z. Krauze, scen. i reż. E. Pietrowiak, prapremiera w Operze Wrocławskiej, 17.12.2011&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-2015094724207241553?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/2015094724207241553'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/2015094724207241553'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/12/puapka-opera-wrocawska.html' title='PUŁAPKA (Opera Wrocławska)'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-_gz5TjxlU8A/Tu-NauYKDeI/AAAAAAAAAKc/599Vio5E4DI/s72-c/Pulapka_opera_wroclawska_1.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-9010801523437379738</id><published>2011-12-10T23:44:00.000-08:00</published><updated>2011-12-12T07:54:50.796-08:00</updated><title type='text'>BALLA, BALABAN, RUDIŠ – Czesi rządzą</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-mnoamAUebMc/TuRgOWfAfDI/AAAAAAAAAKQ/vXhLkB4SgJA/s1600/okladka.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 206px; height: 320px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-mnoamAUebMc/TuRgOWfAfDI/AAAAAAAAAKQ/vXhLkB4SgJA/s320/okladka.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5684774429318478898" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Zdaje się, że czeska literatura po polsku to już zjawisko społeczne lub raczej społecznościowe. Coraz więcej się wydaje, poznajemy zupełnie nowych pisarzy, a przy okazji zwiedzamy typowe i nietypowe przestrzenie czeskiej (i słowackiej) duszy. Sygnał dał Mariusz Szczygieł bestsellerowym, również nad Wełtawą, „Gottlandem” i poszło. W forpoczcie znalazł się jeszcze Mariusz Surosz ze swoimi „Pepikami”, Jolanta Piątek i jej „Obrazki z Czech” oraz kolejna gawęda Szczygła pt. „Zrób sobie raj”. Dzięki tym tytułom weszliśmy pod sąsiedzką skórę, zawierając znajomość z często dziwacznymi mieszkańcami specyficznego lądu. Potem przyszedł czas na przyjaźnie bliższe. Wydawnictwo Atut osiągnęło sukces, wydając powieści Radki Denemarkowej i Oty Filipa, a także nagradzane Magesią Literą książki Violi Fischerowej. Teraz możemy literacko spotkać się z Jaroslavem Rudišem, Janem Balabánem, Vladimirem Ballą. Między innymi. Co ciekawe (i dziejowo naturalne), wśród wydawców nowej literatury z na-południa-od-Polski prawie sami Wrocławianie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Grandhotel” Rudiša promuje się sloganem o czeskim Forreście Gumpie. Bohater tej powieści to trzydziestoletni odmieniec Fleischman (179 cm wzrostu, 73 kg wagi), fascynat pogodowych zmienności, sierota, wieczne dziecko, pod-pracownik hotelu na szczycie góry Ještěd w pogranicznym Libercu (1012 m n.p.m.). Kiedy się urodził wraz z dziesiątką innych niemowlaków, „jedenastu świeżo upieczonych ojców (...) wyruszyło zapić swoje wielkie szczęście, o którym myśleli, że potrwa całą wieczność. Wrócili późno w nocy w uwalanych garniturach z tesilu i z rozmazaną szminką na policzkach”. Zwyczajny małomiasteczkowy obrazek, jakich tutaj wiele. Jednakże jest w dynamicznej, napisanej lekko i krótko, książce urodzonego w Turnovie Rudiša (o rok starszego od Fleischmana) coś wdzięcznie ujmującego: marzenie o chmurach, o lepszym świecie, realizowane bez pompy, mimochodem, mimo zdarzeń. Gdy w finale bohater unosi się w balonie z gderliwym opiekunem-kumplem w przestworza, czujemy uwolnienie. Od codzienności, od historii. Każdy ma własną wizję hepilajfu, Fleischman swoją spełnia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Postaci serii układających się w spójną opowieść nowel nieżyjącego od roku Jana Balabána wędrują przez ostrawski świat bez marzenia. Starają się wprawdzie uchronić resztkę nadziei, wiary, skoro miłości zatrzymać się nie da, lecz wpadają w sidła melancholii i rozpadu. Tę prozę smutnego realizmu nagrodzono w Czechach tamtejszą Nike dwukrotnie, jako Książkę Roku i Książkę Dziesięciolecia. Polskiego czytelnika podobny wybór musi zaskoczyć, bo stereotypowo czeska literatura kojarzy się z uśmiechem i dystansem. Takich luzaków-artystów opisuje na przykład Szczygieł. A to przecież nie tak, zwykle nie tak. Balabán nie wyszukuje osobliwości, nie buduje mitu, pisze jak jest, z poetycką nadwrażliwością i oceanicznym współodczuciem. O tym, że żona z mężem ledwo razem wytrzymują, o tym, że drobiazg potrafi zatruć najpiękniejszą chwilę. Sam pisarz określa swoich bohaterów zdaniem: „To normalni ludzie, którzy przegrali, ale jeszcze się nie rozbili”. Ludzie wierzący. Tacy właśnie są także Czesi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I Słowacy. Mieszkający i pracujący jako urzędnik w 40-tysięcznej miejscowości Nové Zámky Vladimir Balla tworzy wyłącznie opowiadania. Ich motorem jest obserwacja życia, płynącego obok zanurzonego w życiu, ale osobnego autora-samotnika. Obserwuje z zaciekawieniem i obawą, że „coś się nagle okaże o świecie, w którym żyjemy, a zwłaszcza o nas”. Murarz z noweli „Obcy” nie chce spojrzeć w lustro, czyżby z lęku przed pewną ostatecznością? Mężczyźnie ze „Stosunku” brakuje końcowej ochoty-odwagi, by zagadać do kobiety, wybiera autsajderyzm, nie taki wcale najgorszy sposób na siebie. Sceptycyzm, nuda, zgorzknienie biorą się z życiowego „koszmarnego bagażu”, nie zwalczymy ich nigdy, możemy je wypisać, wyrazić, wyczytać, upuszczając sobie złej krwi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I już, i tyle.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;..........................................&lt;br /&gt;Jaroslav Rudiš GRANDHOTEL, przeł. K. Dudzic, Good Books, 2011&lt;br /&gt;Jan Balabán MOŻLIWE, ŻE ODCHODZIMY / WAKACJE, przeł. J. Różewicz, Afera, 2011&lt;br /&gt;Balla ŚWIADEK, przeł. J. Bukowski, Biuro Literackie, 2011&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-9010801523437379738?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/9010801523437379738'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/9010801523437379738'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/12/balla-balaban-rudis-czesi-rzadza.html' title='BALLA, BALABAN, RUDIŠ – Czesi rządzą'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/-mnoamAUebMc/TuRgOWfAfDI/AAAAAAAAAKQ/vXhLkB4SgJA/s72-c/okladka.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-947337451731011754</id><published>2011-12-06T08:59:00.000-08:00</published><updated>2011-12-06T09:06:18.069-08:00</updated><title type='text'>Angelus 2011 (reportaż)</title><content type='html'>Do posłuchania relacja z gali i kilka pytań (z odpowiedziami) na temat formuły Nagrody Literackiej Europy Środkowej Angelus:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;embed src="http://www.box.com/embed/4frd8pkjq0xkov9.swf" width="466" height="250" wmode="opaque" type="application/x-shockwave-flash" allowFullScreen="true" allowScriptAccess="always"&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-947337451731011754?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/947337451731011754'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/947337451731011754'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/12/angelus-2011-reportaz.html' title='Angelus 2011 (reportaż)'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-354366914574345215</id><published>2011-12-04T13:52:00.000-08:00</published><updated>2011-12-27T14:48:49.272-08:00</updated><title type='text'>BLANCHE I MARIE (Teatr Polski we Wrocławiu)</title><content type='html'>&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-bSeF3FZOiUA/TtvsWvQVhZI/AAAAAAAAAKE/BCXPcwpq8u4/s1600/image_gallery.jpg"&gt;&lt;img alt="" border="0" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5682395230244275602" src="http://1.bp.blogspot.com/-bSeF3FZOiUA/TtvsWvQVhZI/AAAAAAAAAKE/BCXPcwpq8u4/s320/image_gallery.jpg" style="cursor: hand; cursor: pointer; display: block; height: 320px; margin: 0px auto 10px; text-align: center; width: 234px;" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Najlepsza (według krytyków zapytanych przez miesięcznik Teatr) scena w Polsce często oddaje ostatnio swoje deski w ręce debiutantów lub reżyserów najmłodszego pokolenia. Nie zawsze z pełnym sukcesem, ale po udanym „Farinellim” Łukasza Twarkowskiego, który z Bartoszem Porczykiem stworzył teatr na poziomie off-broadwayowskim, udała się również pierwsza realizacja Cezaremu Iberowi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeśli widz zna historię histerycznych widowisk profesora Charcota, początki psychoanalizy Freuda i mroczną legendę kliniki w Salpetriere, przez pierwszą godzinę przedstawienia może słyszeć, zbyt uważnie nie słuchając, bo jest to raczej okraszone kilkoma towarzyszącymi filmami czytanie tekstu niż inscenizacja. Poznajemy psychoanalizonarracyjny kwartet, dowiadujemy się, kto pełni w nim jaką rolę, na pierwszy plan wysuwa się postać Blanche (bardzo dobra w fizycznie niełatwym wcieleniu Anna Ilczuk), czyli asystentka i przyjaciółka Marii Skłodowskiej-Curie, wcześniej najsłynniejsza pacjentka niesławnego szpitala. Iber zaproponował konwencję wspólnotowego seansu prowadzonego przez Freuda (Michał Opaliński), lecz nie potrafił, wraz z aktorami, wprowadzić publiczność w stan podwyższonego zainteresowania, nie mówiąc o teatralnej hipnozie. Zbyt dużo tu słów wprost, za wiele relacji, spowiedzi, gadania, za mało czegoś więcej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Owszem, budzi szacunek debiutancka oszczędność (także scenograficzna), ale przydałoby się trochę tego, co decyduje o atrakcyjności przekazu, chciałoby się liczniejszych dialogów zamiast monotyrad. Zatem dopiero druga część „Blanche i Marie”, mniej więcej od wizyty Jane Avril-Haliny Rasiakówny (jak ona to robi, że z dwugodzinnego spektaklu tak mocno pamięta się jej krótki epizod?), robi wrażenie. Głos zabiera zakochana w żonatym mężczyźnie Maria (umiejętnie wyważona Marta Zięba), dochodzi do siostrzanych zapasów, Charcot (Wiesław Cichy) staje się Prosperem, biało-czarna stylistyka tego, co widać ustępuje pola rumieńcom tego, czego nie zauważymy oczami ani nie usłyszymy przez uszy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mniej eseju, więcej teatru, a debiut Ibera byłby bezdyskusyjnym wydarzeniem, bo w treści nie odkrywamy niczego nowego. Ludzką, kobiecą stronę noblistki znamy przecież nie od 2011, czyli Roku Skłodowskiej-Curie, a jej szczerze w końcu wyartykułowana wśród serii uników pochwała pierwiastka miłości jest może i dobrą, lecz nieolśniewającą nowiną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z Ibera będą ludzie, proszę to zapamiętać, oglądając ten niedoskonały, subtelny, nieźle zagrany spektakl.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;.........................................&lt;br /&gt;Per Olov Enquist BLANCHE I MARIE, reż. C. Iber, Teatr Polski we Wrocławiu, 4.12.2011&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-354366914574345215?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/354366914574345215'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/354366914574345215'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/12/blanche-i-marie-teatr-polski-we.html' title='BLANCHE I MARIE (Teatr Polski we Wrocławiu)'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-bSeF3FZOiUA/TtvsWvQVhZI/AAAAAAAAAKE/BCXPcwpq8u4/s72-c/image_gallery.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-4917783784913081604</id><published>2011-12-02T15:51:00.000-08:00</published><updated>2011-12-04T23:18:36.250-08:00</updated><title type='text'>Czy Angelus ma sens?</title><content type='html'>Czy Angelus (w takiej formule) ma sens?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Takie pytanie kołacze się nie tylko w mojej głowie od pewnego czasu i wyjawia swoje istnienie w kuluarowych dyskusjach podczas autorskich spotkań w tzw. Salonie Angelusa. Już po raz szósty uczestniczą w nich czytelnicy różnych pokoleń, mniej lub bardziej licznie, bywa, że zaglądnie tu jakiś krytyk (rzadko) czy juror (w tym roku widziałem dwóch). Autorzy z zagranicy i tak się dziwią frekwencji, autorzy z Polski mają największe wzięcie (jak choćby teraz Wojciech Tochman). Więc skąd otwierające pytanie egzystencjalne?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1. Bo to jest nagroda jednak mało wyrazista. Ograniczanie się do obszaru (bardzo zresztą obszernego) tzw. Europy Środkowej wydaje się niejasne i naciągane. Od Albanii do Ukrainy, przez Austrię, Niemcy, ale już nie Francję ani Belgię czy Szwajcarię. Publiczność tego nie chwyta, więc, w konsekwencji, nie ma na przykład zainteresowania telewizji (choć kiedyś było). A gale Angelusa, w porównaniu do innych imprez literackich, to światowa ekstraklasa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;2. Bo książki zgłaszane przez wydawców, a później wybierane przez dziesiątkę jurorów do półfinałowej czternastki i finałowej siódemki opowiadają przede wszystkim o jednym: ludzkim losie w wichrach historii. W finale 2011 nie ma propozycji, która by taki schemat przełamała.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;3. Bo dotąd nawet wrocławianie nie mają pojęcia, kto dostał nominacje (i za co), a nawet kto zwyciężył. Nagroda Nike (a także wyróżnienie przyznawane w Gdyni) wygrywa w zawodach na uwagę, co Angelusowi coraz mocniej doskwiera.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Więc może lepiej zainwestować te 150 tysięcy dla pisarza/pisarki plus 20 tysięcy złotych dla tłumacza/tłumaczki bardziej spektakularnie i konkretnie? Czyli poszerzyć zakres do całej Europy, skoro Wrocław to Europejska Stolica Kultury 2016. Przy takim założeniu promowanie Angelusa byłoby już czystą formalnością, bo nagroda zyskałaby na prestiżu, porzucając prowincjonalizujące geograficzne limity. A wtedy łatwiej mogliby wydawcy skłonić autorów/autorki do pojawienia się w komplecie na gali, co dziś się nie zdarza (w tym roku brakuje dwojga). To ciągle będzie polska nagroda (dla książki opublikowanej po polsku), a równocześnie europejska, swoiste mistrzostwa Europy w konkurencji powieść (z czasem nie tylko powieść).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I myślę, że nie ma na co czekać. Do 2016 roku nowy Angelus zdążyłby okrzepnąć, będąc koronnym punktem eurostołecznych imprez kulturalnych. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A regulamin i tak trzeba zmienić, bo punkt 1 pierwszego paragrafu mówi o współorganizacji konkursu z "Dziennikiem" (takiej gazety już nie ma), bo punkt 2 paragrafu czwartego błędnie podaje kwotę nagrody dla tłumacza (to 20, nie 10 tysięcy złotych), współfinansowanej przez wałbrzyską PWSZ im. Angelusa Silesiusa (o czym informacji w regulaminie zamieszczonym na oficjalnej stronie www.angelus.com.pl 3 grudnia 2011 nie ma).&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PS&lt;br /&gt;Tegorocznego Angelusa zdobyła Swietłana Aleksijewicz i tłumacz jej książki pt. WOJNA NIE MA W SOBIE NIC Z KOBIETY Jerzy Czech.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-4917783784913081604?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/4917783784913081604'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/4917783784913081604'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/12/czy-angelus-ma-sens.html' title='Czy Angelus ma sens?'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-8807845325984164751</id><published>2011-11-21T08:15:00.000-08:00</published><updated>2011-11-21T08:45:49.579-08:00</updated><title type='text'>FRANKENSTEIN (Teatr Muzyczny Capitol)</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-9zju43nmZVw/Tsp6-jLoagI/AAAAAAAAAJ4/pZdVnLH-iko/s1600/578568.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 229px; height: 320px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-9zju43nmZVw/Tsp6-jLoagI/AAAAAAAAAJ4/pZdVnLH-iko/s320/578568.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5677485495268436482" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Po przedpremierowym spektaklu FRANKENSTEINA Teatru Muzycznego Capitol wrażenia do posłuchania poniżej. Jednym zdaniem: &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;F jak Finezja&lt;/span&gt;!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;embed src="http://www.box.com/embed/ks881mrh8xfv3yr.swf" width="466" height="300" wmode="opaque" type="application/x-shockwave-flash" allowFullScreen="true" allowScriptAccess="always"&gt;&lt;br /&gt;...........................&lt;br /&gt;FRANKENSTEIN wg powieści M. Shelley, scenariusz i reżyseria Wojciech Kościelniak, muz. Piotr Dziubek, teksty piosenek Rafał Dziwisz, scenografia Damian Styrna, Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu, 20.11.2011&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-8807845325984164751?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/8807845325984164751'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/8807845325984164751'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/11/frankenstein-teatr-muzyczny-capitol.html' title='FRANKENSTEIN (Teatr Muzyczny Capitol)'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-9zju43nmZVw/Tsp6-jLoagI/AAAAAAAAAJ4/pZdVnLH-iko/s72-c/578568.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-2751813710318212208</id><published>2011-11-18T00:49:00.000-08:00</published><updated>2011-11-28T12:46:35.149-08:00</updated><title type='text'>Angelus 2011, cz. 1</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-8hCwx1iGFoM/TsYdSN9YCeI/AAAAAAAAAJs/oZbf4wdeCQw/s1600/image_gallery.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 210px; height: 320px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-8hCwx1iGFoM/TsYdSN9YCeI/AAAAAAAAAJs/oZbf4wdeCQw/s320/image_gallery.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5676256579169028578" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;3 grudnia we Wrocławiu poznamy szóstego zwycięzcę Angelusa, nagrody przyznawanej najlepszej wydanej po polsku powieści środkowoeuropejskiej. W finałowej siódemce została jedna książka polska, z siedmiu, które nominowano do półfinałowej czternastki. Można ten werdykt jurorów uznać za rozczarowanie, ale można też wnioskować o przeciętności naszej literatury współczesnej, zwłaszcza w zestawieniu z sąsiednimi, Ukraińcami, Białorusinami czy Niemcami. Węgrzy wygrywali Angelusa już dwukrotnie, Polacy jeszcze nigdy. I tym razem też się na to nie zanosi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Polski jedynak, czyli literacki reportaż Wojciecha Tochmana „Dzisiaj narysujemy śmierć” to rzecz wstrząsająca, opowiadająca o ludobójstwie, jakie miało miejsce w Rwandzie w 1994 roku. Tochman wraca do tamtych wydarzeń jako przybysz z dalekiego kraju, w którym strach, nienawiść, szczucie jednych przeciw drugim zdarzyło się dużo wcześniej, ale przez lata przemilczane, niezagojone rany dały o sobie dużo później. Do dziś pogromy w Jedwabnem czy Kielcach budzą społeczne upiory. W Rwandzie Hutu mordowali Tutsi, kilkunastoprocentową mniejszość. Polski reporter nie zawiązuje porównań wprost, lecz trudno im się oprzeć, czytając tę trudną w odbiorze, jeszcze jedną niezbędną relację o ludziach, co zgotowali ludziom los straszliwy. Byli wprawdzie i tacy wśród Hutu, którzy ukrywali Tutsi, jak pisze Tochman, ale symbolem tamtej wojny domowej pozostaje przede wszystkim „trzask rozłupywanej maczetą głowy”, brzmiący jak „trzask rozłupywanej kapusty”.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wojna uobecnia się również w białoruskiej książce, trudno ją nazwać powieścią, Swietłany Aleksijewicz pt. „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”. Tu znów przeważa relacja reporterska. II wojnę światową widzimy oczami kobiet, odzwierciedloną w ich pojedynczych biografiach. Nie jest to obraz heroiczny, nie jest to też temat nowy w krajach dawnego Związku Radzieckiego. W latach 70., na przykład, do Oscara w kategorii filmu nieanglojęzycznego nominowany był dramat „Tak tu cicho o zmierzchu”, na podstawie powieści Borysa Wasiljewa. Czym zdobywa czytelnika Aleksijewicz? Dotarciem do kobiecej intymności, niedostępnej mężczyznom. Jedna z bohaterek, sanitariuszka, mówi o swoim uczuciu do dowódcy batalionu, uczuciu i dziecku, które z tym mężczyzną ma. Po wojnie on wrócił do żony i innych dzieci, ona została bez żadnej pomocy, żadnego kontaktu, wychowała córkę sama. I wyznaje: "Zostawił mi na pamiątkę swoje zdjęcie. A ja nie chciałam, żeby wojna się skończyła". Wojna się, oczywiście, skończyła, skończyła się i jego miłość. Ale kobieta całe życie kocha, tamtą wojnę i tamto uczucie. O takich historiach niewiele się mówiło i pisało przez tych kilkadziesiąt lat od 1945 roku, a było ich mnóstwo.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To, że Aleksijewicz jest Białorusinką, nie ma w kontekście jej książki znaczenia, ale „Miasto ryb” drugiej w finale pisarki z Białorusi Natalki Babiny to już powieść mocno z krajem Łukaszenki związana. Babina jest dziennikarką niezależnej gazety, chociaż na ostatniej stronie okładki umieszcza zdanie: „Ta książka nie jest o Łukaszence!". Czegoś się jednak od Babiny można dowiedzieć o współczesnej Białorusi, mimo że akcja dzieje się w roku 2012... Między innymi tego, jak zadziwiająco podobny to kraj do innych, z galopującą ostatnio inflacją, lecz ludźmi z problemami takimi jak wszędzie. Narratorka Ałła, kobieta doświadczona przez los i nałogi, opowiada własną historię, przy okazji magicznie kopiąc dziury w czasie. Przenosi nas do przeszłości, tej niedalekiej, choćby lat 90., i tej zamierzchłej, kiedy Brześć był częścią Wielkiego Księstwa Litewskiego. Książkowe Dobratycze to rodzinna wieś autorki Zakazanka, od zapomnianego dziś zakazu, jaki podobno wydał mieszkańcom w XVI wieku Sapieha. Styl tej powieści niewątpliwie zadziwia, humorem, dystansem, dynamiką, oryginalnym skrzyżowaniem Joanny Chmielewskiej, Jurija Andruchowycza z odrobiną Bułhakowa.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;...................&lt;br /&gt;Angelus 2011&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-2751813710318212208?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/2751813710318212208'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/2751813710318212208'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/11/angelus-2011-cz-1.html' title='Angelus 2011, cz. 1'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-8hCwx1iGFoM/TsYdSN9YCeI/AAAAAAAAAJs/oZbf4wdeCQw/s72-c/image_gallery.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-4824487350152304696</id><published>2011-11-18T00:34:00.000-08:00</published><updated>2011-11-28T12:58:45.180-08:00</updated><title type='text'>Angelus 2011, cz. 2</title><content type='html'>„Słodka Darusia” Marii Matios to najskromniejsza objętościowo książka w angelusowym finale 2011, ale też kto wie czy nie najpopularniejsza, w swoim kraju. Bo w 2005 roku nagrodzono ją najważniejszą ukraińską nagrodą literacką (im. Tarasa Szewczenki), zdobyła też m.in. miano najpoczytniejszej książki 2007 roku. Co takiego w niej jest, że nakład kilku wydań to ponad 100 tysięcy? Nie mamy przecież do czynienia z żadnym czytadłem, Matios nie można nazwać ukraińską Grocholą, zwłaszcza że „Słodką Darusię” już wciągnięto na listę lektur szkolnych. Niełatwo odpowiedzieć. Autorka jest wykształconą filologicznie zawodową pisarką, najpłodniejszą podobno na Ukrainie, hucułką z pochodzenia (nawet na oficjalnej stronie internetowej pokazuje się na fotografii w bluzce wyhaftowanej ludowymi motywami). Jej książka ma klimat ludowej bajki, prostej, niesłodzonej, więc i wiarygodnej, w treści jest bardzo konkretna. Nie czytamy tej powieści jako opowieści egzotycznej, bo wieś Czeremoszne to wieś symboliczna, przechodząca w historii przez władzę sowietów, Rumunów, Niemców, zapatrzona na „tamten brzeg”, gdzie „panowali Polacy”. I trudno mówić o wspólnocie mieszkańców w obliczu komunizmu, wywózek na Sybir, walk UPA. Autorka mówi, że to rzecz o „buciorach historii stąpających po ludzkim losie”, dodając: „swoim cienkim głosem próbuję uzupełniać te badania ludzkiego losu. Dlaczego przeszłość jest dla mnie taka ważna? Dlatego, że w przeszłości zakodowane są znaki, które umożliwią nam większy postęp w przyszłości”. Łatwo się dać „Słodkiej Darusi” uwieść (główna bohaterka jest niemą dziewczyną, którą rozumie tylko obcy przybłęda Iwan), łatwo też wskazać tradycję, z jakiej się ta książka wywodzi. W Polsce pisywało się kiedyś takie powieści, teraz, gdyby podobna u nas wyszła, pewnie by się krytycy nie spisali.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A Jenny Erpenbeck „Klucz do ogrodu”? Tytuł sugerowałby jakieś powiązanie z „Tajemniczym ogrodem” i choć to trop mylny, tajemnica w tej książce tkwi, bo tkwi ona w historii, historii Niemiec, skojarzonej z dziejami nie tylko Niemców. Co ciekawe, oryginalny tytuł brzmi „Heimsuchung”, co oznacza klęskę, plagę, ciężką próbę, także wizytę. Czy wyroki losu zwalniają od odpowiedzialności za czyny? Czy człowiek ma jakieś narzędzie obrony przed wyrokami historii? Takie pytania pojawiają się w głowie czytelnika przeżywającego fragmenty biografii różnych mieszkańców domu nad Morzem Brandenburskim. Tłumaczona na 10 języków niemiecka autorka, reżyserka, dramaturg nie komentuje, nie ułatwia zadania, także stylistycznie, nie wszystko jest jasne od razu. Sołtys i jego nieszczęśliwe córki, małżeństwo Żydów, architekt nazistów, żołnierze Armii Czerwonej - każdy z mieszkańców zostawia w domu część siebie (jak my wszyscy w przestrzeniach, w których mieszkamy), a jednak dom nie staje się coraz wspanialszy, lecz z czasem niszczeje. Jedyna ponadczasowa postać to tutaj ogrodnik, czyli natura, chociaż może rzeczywistym bohaterem tej poetyckiej powieści jest czas, zwyczajna kolej rzeczy po burzy niezwykłych zdarzeń.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Drago Jančar, "Katarina, paw i jezuita", 552 strony. O czym, o kim? O nas, poprzez perspektywę wieku osiemnastego, Europy chaotycznej, wojennej, kiedy pielgrzymowanie było prawdziwym przejawem poszukiwania Boga. Trójkąt głównych postaci tworzą: trzydziestoletnia Katarina, nie do końca już pewny swojej wiary jezuita, austriacki oficer-zwycięzca, ów tytułowy paw. Z prowincjonalnej Słowenii wędrują do katedry w Kolonii, celując w objawienie. To jedyna w tegorocznym angelusowym towarzystwie powieść pełną gębą, romans historyczny z ambicjami. Lubimy taki gatunek, zwłaszcza tak dobrze reprezentowany. Zaś sam Jančar to bardzo uznany słoweński pisarz, przewodnik i wyrocznia dla niektórych. Podczas jednego ze spotkań autorskich, poproszony o porównanie człowieka XVII-wiecznego i współczesnego, powiedział, że „z pewnością nie zmieniły się ludzkie namiętności i lęki”, że „nie jesteśmy dziś lepsi, lecz lepiej maskujemy się i kłamiemy”, a „niebo nad nami jest teraz puste”. Wtedy nie było inaczej.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tej samej serii Meridian wydawnictwa Pogranicze obok powieści Jančara ukazała się także inna tegoroczna finalistka, czyli „Ślepy ferman” Albańczyka z pochodzenia Ismaila Kadarego, mieszkającego we Francji laureata Man Booker International czy Nagrody Księcia Asturii. To trzy mikropowieści (pierwotnie opublikowane w 1977 i 1984 roku) o piekle zapomnianym przez Europę, o kraju, z którego się ucieka, niepotrafiącym wzbudzić zainteresowania, współczucia, o wyizolowanej ze świata imperialnej (osmańskiej) prowincji. Krajobraz dość przygnębiający. Dominuje zniewolenie, strach przed władzą, czuć dramat historii. I pomiędzy tym wszystkim pisarz, od którego oczekuje się uległości, ale też walki, bo w zawód pisarza tradycyjnie wpisana jest krytyka, działanie heroiczne, potencjał wskazania drogi. Kadare mierzy się z tym problemem w życiu jako ktoś uważany kiedyś za autora lojalnego wobec reżimu. Co może zrobić pisarz? Spisywać, być kronikarzem, niewiele więcej (albańska nazwa kraju, Shqipëria, ma podobno swój źródłosłów w wyrazie &lt;span style="font-style:italic;"&gt;shqipoj&lt;/span&gt;, czyli „mówić otwarcie, krótko i jasno”). Momentami przypominają się niegdysiejsze polskie dylematy artystów i polska literatura czasów zniewolenia, kiedy pisaliśmy tak, by dać do zrozumienia, bo wprost pisać nie można było.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W „Ślepym fermanie” realia są historyczne, lecz wydarzenia przypowieściowe, wzięte z okrutnej baśni, (która zdarzyła się naprawdę). Jak opowieść o złoocznych ludziach - kozłach ofiarnych władzy, oślepianych dla odwrócenia uwagi, usprawiedliwienia, dla absurdu. U Kadarego nie ma miejsca na Dawida-Albańczyka-zwycięzcę, jest Goliat-Turek. Treścią drugiej z opowieści są dzieje pewnego rodu z Gjirokastry, miasta urodzenia byłego albańskiego prezydenta Hodży, trzecia prezentuje wyszukaną historyczną egzekucję. Czytając (czy też studiując) Kadarego , warto pomyśleć o Albanii dzisiaj, kraju członkowskim NATO, od 2 lat aspirującym do Unii Europejskiej, gdzie akcesję popiera ponad 90 procent obywateli.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Literatura krajów znajdujących się w orbicie Angelusa, takich jak Słowenia, Albania, Białoruś, Ukraina, Niemcy, Polska (by wymienić tylko tegorocznych finalistów) oprócz bycia piękną, potrafi Europę nauczyć, że jesteśmy tacy sami, że wobec czasu, historii, zła mamy identycznie niewiele do obrony, ale też dzięki różnorodności, zrozumieniu odrębności możemy się ze złem historii zmierzyć, nie dopuszczając go do władzy. Do głosu tak, do władzy nie. Na tym, między innymi, polega idea nagrody literackiej Angelus. Która z książek wyda się w tym roku jurorom środkowo-europejsko najpełniejsza, najważniejsza, najlepsza? Nie mam, w tym roku, najbladszego pojęcia.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;...................&lt;br /&gt;Swietłana Aleksijewicz, "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" /Czarne/ Białoruś, przekład Jerzy Czech&lt;br /&gt;Natalka Babina, "Miasto ryb" /Rebis/ Białoruś, przekład Małgorzata Buchalik&lt;br /&gt;Jenny Erpenbeck, "Klucz do ogrodu" /W.A.B./ Niemcy, przekład Eliza Borg&lt;br /&gt;Drago Jančar, "Katarina, paw i jezuita" /Pogranicze/ Słowenia, przekład Joanna Pomorska&lt;br /&gt;Ismail Kadare, "Ślepy ferman", /Pogranicze/ Albania, przekład Dorota Horodyska&lt;br /&gt;Maria Matios, "Słodka Darusia" /Wydawnictwo "Andrzej Bihun"/ Ukraina, przekład Anna Korzeniowska-Bihun&lt;br /&gt;Wojciech Tochman, "Dzisiaj narysujemy śmierć" /Czarne/&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-4824487350152304696?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/4824487350152304696'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/4824487350152304696'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/11/angelus-2011-cz-2.html' title='Angelus 2011, cz. 2'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-8425108007284724926</id><published>2011-11-05T09:40:00.000-07:00</published><updated>2011-11-12T16:07:00.907-08:00</updated><title type='text'>Małgorzata Gutowska-Adamczyk CUKIERNIA POD AMOREM</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-YBuR_LkxVwk/TrVqo-CfwLI/AAAAAAAAAI8/yp5oAJZh6gQ/s1600/r%252Cid%252Cd14yMTQ7dV5odHRwOi8vZ2V0LTIud3BhcGkud3AucGwvJTNGYSUzRDY1NDk1NjkzJTI2ZiUzRDAwLzAzLzM1LzAwMDMzNTFBX29yaWdpbmFsXzI1QUJFRkZFODc3OUVGRjMuanBnO3FeMC45O3ReanBnO3Nea3NpYXpraTtmdF4x.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 203px; height: 320px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-YBuR_LkxVwk/TrVqo-CfwLI/AAAAAAAAAI8/yp5oAJZh6gQ/s320/r%252Cid%252Cd14yMTQ7dV5odHRwOi8vZ2V0LTIud3BhcGkud3AucGwvJTNGYSUzRDY1NDk1NjkzJTI2ZiUzRDAwLzAzLzM1LzAwMDMzNTFBX29yaWdpbmFsXzI1QUJFRkZFODc3OUVGRjMuanBnO3FeMC45O3ReanBnO3Nea3NpYXpraTtmdF4x.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5671556557823787186" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Dość osobliwy zestaw przewodzi liście bestsellerów wrocławskiego Empiku. Na miejscu pierwszym Jarosław Kaczyński ze słowem dla fanów, na drugim Małgorzata Gutowska-Adamczyk z „Cukiernią pod Amorem III”. Pierwszego dzieła czytać nie zamierzam, tym bardziej że już po wyborach (choć podobno bywa śmiesznie, gdy autor myli brunetkę z blondynką, czyli Anouk Aimee z Brigitte Bardot, jak mignęło na którymś z portali). Drugiej pozycji byłem ciekawy, bo bardzo chciałbym, by polska literatura najpopularniejsza weszła wreszcie na poziom plus jeden zamiast się zabawiać między zerowym a minusowym. Dlatego uparcie co jakiś czas sprawdzam tę jakość. Na razie wzlotów nie notuję.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Cukiernia pod Amorem” odstrasza mnie tytułem, ale miejsce numer 2 i trzy nagrody od czytających blogerów wymagają poświęcenia, wzbudzając też lekkie zainteresowanie. Co tam w tej cukierni tak pachnie? Ano niewiele. Nie wyrasta ponad inne kobiece pisanie, nie jest jednak jakimś niewytłumaczalnym zjawiskiem rynkowym. Z pewnością ma swoich odbiorców (odbiorczynie). Adamczyk to doświadczona autorka z powieściami i scenariuszami na koncie, prywatnie żona bardzo zdolnego reżysera Wojciecha Adamczyka. Temu duetowi zawdzięczamy choćby niegłupi rodzinny serial o tacie, któremu syn zadawał trudne pytania inspirowane kwestiami kolegi o imieniu Marcin. Historie Zajezierskich, Hryciów i Cieślaków, tak docenione przez zakupo-czytelników Empiku, mnie nie wciągają, mam wrażenie, że wszystkie je gdzieś już poznałem, od razu ulatują w niepamięć. Nie bierze mnie zagadka, nie fascynują postaci, ani z wieku dziewiętnastego, ani dwudziestego. Treść jest telenowelowa, forma staroświecka. Gutowskiej-Adamczyk daleko do Galsworthy'ego, jeszcze dalej do Jamesa i Dąbrowskiej. Może gdyby autorka zrezygnowała z łopatologicznie wypisanych dat inaugurujących każdy rozdział, dała więcej pola do domysłów czytelnikom, przeplatała wątki z różnych lat bardziej subtelnie, wyszłoby coś więcej niż czytadło. Rozciągnięte do granicy nudy. O wiele ciekawsza okazuje się dużo skromniejsza powieść tej samej pisarki pt. „Mariola, moje krople”. Momentami uroczo prześmiewcza (czasem zbyt uroczo), nieudająca lepszej niż jest. Mamy rok 1981, stan wojenny za progiem. W pewnym miejskim teatrze życie powiatowe. Bimber i komuna, konspira i partia, kolejki i drobnoludzkie zagrywki. Obrazek, ale gdzieś tam podskórnie pełen gorzkiego sentymentu, który smakuje o niebo lepiej od dziejowego zadęcia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po „Cukierni pod Amorem” i „Marioli..” dałem się jeszcze ostatnio zaprosić na spotkanie ze „Zwyczajnym facetem”, czyli Małgorzatą Kalicińską piszącą z męskiej perspektywy (premiera była rok temu, a w Merlinie produkt już niedostępny). Główny bohater i narrator całości Wiesiek to ktoś, kto potrafi przekląć, lecz również powiedzieć (w dialogu z kumplem) o swoim wacusiu, którego żona wypieściła przed wyjazdem męża do pracy w Finlandii. Przeglądałem tę książkę zaintrygowany (specjalistka od kobiecego rozlewiska wzięła się za mężczyznę) i zażenowany (bo historyjka  zanadto trąci typowym melodramatem). Ale uwaga: Wiesiek znajdzie szczęście w ramionach tej fajnej, tyle że będzie musiał się rozstać z matką własnych dwojga dzieci. Na koniec powie to słynne słowo na k (kocham, żeby nie było wątpliwości). K jak Kalicinska, w jak wacuś, a facet zwyczajny. No nie, jednak dziękujemy. Mimo uznania dla karkołomnego planu wcielenia się mieszkanki domu na Mazurach (tu także się ten nasz cud natury pojawia) w skórę poczciwego Wieśka, miłośnika Pink Floyd i The Who.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Jak widać, zapału autorkom popularnej literatury popularnej nie brakuje, poziomu zero ciągle nie pokonują, ale może kiedyś... Tymczasem cieszę się, iż w Empikowej dziesiątce znalazło się miejsce również dla "Tarantuli" Thierry'ego Jonqueta. Oby z powodu ostatniego filmu Almodovara, a nie reklamowego Banderasa na okładce.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;………………………………………..&lt;br /&gt;Małgorzata Gutowska-Adamczyk CUKIERNIA POD AMOREM, Nasza Księgarnia, 2011, Małgorzata Kalicińska ZWYCZAJNY FACET, Zysk i s-ka, 2010&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-8425108007284724926?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/8425108007284724926'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/8425108007284724926'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/11/magorzata-gutowska-adamczyk-cukiernia.html' title='Małgorzata Gutowska-Adamczyk CUKIERNIA POD AMOREM'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-YBuR_LkxVwk/TrVqo-CfwLI/AAAAAAAAAI8/yp5oAJZh6gQ/s72-c/r%252Cid%252Cd14yMTQ7dV5odHRwOi8vZ2V0LTIud3BhcGkud3AucGwvJTNGYSUzRDY1NDk1NjkzJTI2ZiUzRDAwLzAzLzM1LzAwMDMzNTFBX29yaWdpbmFsXzI1QUJFRkZFODc3OUVGRjMuanBnO3FeMC45O3ReanBnO3Nea3NpYXpraTtmdF4x.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-6808879470931939323</id><published>2011-10-24T05:41:00.000-07:00</published><updated>2011-11-05T13:14:57.045-07:00</updated><title type='text'>Zygmunt Miłoszewski ZIARNO PRAWDY</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-S9byrBei4wk/TqP5o--R7rI/AAAAAAAAAIk/TWaCFjhOXXQ/s1600/93b543d8399654aca1507f530160b7af.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 192px; height: 302px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-S9byrBei4wk/TqP5o--R7rI/AAAAAAAAAIk/TWaCFjhOXXQ/s320/93b543d8399654aca1507f530160b7af.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5666647238656519858" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Najpierw cytat (z Juliusza Machulskiego): „Cieszę się, że wreszcie mamy mistrza powieści kryminalnej na europejską miarę. A do tego jego książki świetnie dają się adaptować na film”. I jeszcze jeden (z Andrzeja Wajdy): „Jestem zachwycony, zdumiony. To jest fantastycznie zrobiony film, tak żywo”. Cytat numer trzy to słowa Jerzego Pilcha: „W literaturze polskiej pojawił się nie lada majster: Zygmunt Miłoszewski - pisarz rasowy”. Pierwsza wypowiedź to w połowie czysta racja, w połowie paplanina w uwikłaniu, drugą opinię mógłby usprawiedliwić jedynie kontekst ironiczno-fantastyczny, trzecie zdanie to prawda absolutna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zaczynam w ten sposób, bo jestem tuż po obejrzeniu filmu „Uwikłanie” wg scenariusza Machulskiego i Jacka Bromskiego (także reżysera tego haniebnego, serialopodobnego wyrobu kinowego) oraz po około ośmiogodzinnej lekturze „Ziarna prawdy”, najnowszej książki Zygmunta Miłoszewskiego, autora bestsellerowego „Uwikłania”. Tamtej, nagradzanej, i tak przez Pilcha podziwianej, powieści wcześniej nie czytałem, jakoś mnie ominęła w rytmie codzienności. Ucieszyłem się więc na film, który właśnie się ukazał na DVD. Macherzy od komercyjnej sieczki, kiedyś zdolni, choć zawsze zbyt kasowi Bromski z Machulskim uczynili jednak Miłoszewskiemu warte prokuratorskiego śledztwa zło. Poważnie: filmowe zbrodnie na literaturze powinno się wreszcie zacząć ścigać z urzędu lub obywatelskiego doniesienia (chętnie napiszę pozew). Bohaterką filmu, niby nakręconego na podstawie „Uwikłania”, jest bowiem niejaka i nijaka Agata Szacka, młoda pani prokurator debiutująca w świecie spraw kryminalnych. Bohater książki to natomiast Teodor Szacki, trzydziestoparoletni prokurator z pewnym męskim pokręceniem jako istotną cechą charakteru, niewielką rodziną (żona Weronika i córka Helcia). Ładna mi adaptacja. Zamiast pierwszej części zapowiadanej na literacką serię opowieści o chropowatym, ale interesującym facecie, Bromski z Machulskim bezwstydnie wypreparowali maślaną papkę z ogranymi w TV aktorami. Na miejscu Miłoszewskiego ledwo bym się powstrzymał od wyciągnięcia przynajmniej pięści. Reżyserzy ze studia Zebra odarli znakomitą powieść z najważniejszego, nie proponując w zamian nic wartościowego. Po jaką cholerę było przebierać stołecznego wygę Teodora Szackiego w fatałachy krakowskiej waćpanny? Bo największy w Europie rynek lepiej się fotografuje? Żeby zadowolić zakochanego w wawelskim grodzie pana Andrzeja Wajdę? Niedźwiedzia przysługa – tak się powinien ten antyfilm nazywać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Strata niepowetowana, ale trudno. Trzeba z żywymi naprzód. Na szczęście, Miłoszewski wydał kolejną powieść, „Ziarno prawdy”. Zbliżający się do czterdziestki, rozwiedziony Teodor wyjechał do Sandomierza, gdzie od czasu do czasu w samotności pochlipuje za warszawską przeszłością, często spotyka się na seks z piękną, młodą Klarą (zresztą nie tylko) i czeka na godną swojego doświadczenia sprawę. Rytualne zabójstwo małomiejskiej społeczniczki staje się początkiem kilkutygodniowej pogoni za bestią, która morduje z okrucieństwem porównywalnym do domniemanej bezwzględności Żydów z katedralnego obrazu de Prevosta. W tle współczesnych wydarzeń (kwiecień - a jakże, rok 2009) mamy zatem historię relacji polsko-żydowskich, prawd, półprawd, kłamstw i zabobonów. Sandomierz rzeczywiście był w XVII wieku miejscem procesów o mordy rytualne. W przeważnie niewymuszony sposób wykłada Miłoszewski w dialogach fragmenty wiedzy na temat na Ż. Kielce przecież niedaleko, pojawia się motyw powojennej esbecji, nazwiska Bolesława Piaseckiego, Salomona Morela, ale też Szymona Wiesenthala. Autor stara się na marginesie rozwiązywania kryminalnej zagadki wyjaśnić tzw. polski antysemityzm, zracjonalizować traumy jednych i drugich, potępiając wydzielające się z ludzkiej żółci stereotypy. Ściany mieszkania lubelskiego rabina, dokąd trafia Szacki po radę, wytapetowane są zdjęciami izraelskich miss w strojach kąpielowych. Lecz w Sandomierzu panika narasta, wraz z następnymi, coraz brutalniejszymi zabójstwami. „Interesuje mnie jedno: – mówi prokurator-szeryf do grupy dziennikarzy -  znaleźć i postawić przed sądem sprawcę tych zbrodni. Jest mi obojętne, czy to będzie wskrzeszony z martwych Karol Wojtyła, Ahmed z budki z kebabami, czy jakiś chudy Żyd (...), wypiekający macę w piwnicy. Ktokolwiek to jest, zostanie wyciągnięty za swoje zawszone pejsy z tej wilgotnej nory, w której się schował, i odpowie za to, co zrobił”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O zagadce więcej nie napiszę, z wiadomych przyczyn. Miłoszewski wytrawnie gubi tropy, tożsamość mordercy poznamy pod koniec książki, niczego się nie domyślając. A po drodze poznamy galerię smacznie i realistycznie zarysowanych typów. Szeryf wcale oczywiście Eastwoodem nie jest, czego ma bolesną świadomość, jego współpracownicy również okazują się postaciami dalekimi od papieru. Znajduje się przestrzeń na popkulturowe żarty: o Arturze Żmijewskim-ojcu Mateuszu i jego słynnym rowerze, dostaje się Nosowskiej za kiepską „Osiecką” i Kasi Kowalskiej „wyjącej piosenki Republiki”. Najmocniej Miłoszewski krytykuje media, obrazowo zestawiając przemielone przez publikatory informacje z wymiocinami, do których dosmaża się nowe mięso, pieprzy i soli dla efektu. Znalazłem w tej powieści może dwa, trzy zdania do stylistycznej poprawki, parę niepotrzebnych mrugnięć okiem (nazwiska!) i prawie 400 stron czystej przyjemności czytania. Dlatego czekam na trzecią (podobno ostatnią) część cyklu o Szackim i wracam do książkowego „Uwikłania”, nieszczęśnie przerobionego na rytualny gniot przez ekspertów od filmowej tandety. Jak ogłasza wydawca, prawa do wydania „Ziarna prawdy” w USA zostały sprzedane jeszcze przed polską premierą. Życzę Miłoszewskiemu zasłużonego sukcesu na zachodnich rynkach (choćby i niemieckim) oraz rozwodu ze studiem Zebra, które, niestety, przygotowuje ekranizację horroru „Domofon” z 2005 roku.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Dobra wiadomość na koniec: na manipulacje Bromskiego i Machulskiego przy sandomierskim śledztwie Szackiego (Szackiej) nie ma szans. 35-letni pisarz o ogromnym talencie, wybitnym rzemiośle, zdecydował się bardziej zadbać o swoje pomysły, bohaterów i w konsekwencji czytelników. Na festiwalu Dwa Brzegi powiedział wprost o takiej ewentualności: „Po moim trupie”. Lepiej późno, niż później.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;.........................................&lt;br /&gt;Zygmunt Miłoszewski ZIARNO PRAWDY, W.A.B., 2011&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-6808879470931939323?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/6808879470931939323'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/6808879470931939323'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/10/zygmunt-mioszewski-ziarno-prawdy.html' title='Zygmunt Miłoszewski ZIARNO PRAWDY'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-S9byrBei4wk/TqP5o--R7rI/AAAAAAAAAIk/TWaCFjhOXXQ/s72-c/93b543d8399654aca1507f530160b7af.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-4023500439719710085</id><published>2011-10-24T05:31:00.000-07:00</published><updated>2011-10-24T05:40:42.298-07:00</updated><title type='text'>DIALOG FESTIVAL reportaż</title><content type='html'>Dźwiękowe podsumowanie festiwalu:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;embed src="http://www.box.net/embed/rgdtn5j39f45o7p.swf" width="466" height="200" wmode="opaque" type="application/x-shockwave-flash" allowFullScreen="true" allowScriptAccess="always"&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-4023500439719710085?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/4023500439719710085'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/4023500439719710085'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/10/dialog-festival-reportaz.html' title='DIALOG FESTIVAL reportaż'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-3105816976893183918</id><published>2011-10-17T05:14:00.000-07:00</published><updated>2011-10-17T10:37:22.034-07:00</updated><title type='text'>DIALOG FESTIVAL 2011, cz. 2</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-jS4SIYdC0oY/TpxnxCxGKOI/AAAAAAAAAIY/3WumW9carz0/s1600/276576_218185194886940_7479647_n.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 180px; height: 91px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-jS4SIYdC0oY/TpxnxCxGKOI/AAAAAAAAAIY/3WumW9carz0/s320/276576_218185194886940_7479647_n.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5664516523579287778" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;6. Międzynarodowy Festiwal Teatralny Dialog, odbywający się w tym roku pod hasłem NIECODZIENNI, przestał być codziennością wrocławskich teatrofilów. W ciągu 8 dni, przy pełnej widowni, 240 artystów z 8 krajów zaprezentowało widzom 15 różnych spektakli. Debatujący na finał uczestnicy panelu dyskusyjnego zwrócili uwagę, że teatrem, kulturą niekomercyjną interesuje się nie więcej niż 15 procent tzw. społeczeństwa, więc już choćby z tego powodu należą do grona ludzi niecodziennych. Jak transwestyci z mądrego przedstawienia Belgów Alaina Platela i Franka van Laecke, jak na końcu świata przeżywający swoje dramaty i fascynacje Chilijczycy, jak wyautowani z życia wykolejeńcy z placu Sergles Torg w centrum Sztokholmu (lub innej europejskiej stolicy). Niecodzienni są także sami artyści, którzy potrafili dialogową publiczność zachwycić, zaintrygować, zmusić do myślenia, a także rozjuszyć i zirytować.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najwięcej emocji wzbudziło przedstawienie O TWARZY włoskiego prowokatora współczesnej sceny Romea Castellucciego - drastyczny komentarz na temat upadku Wartości, posługujący się mocnymi obrazami (i zapachami), wieloznacznymi metaforami. Widzowie albo odrzucali spektakl, albo byli nim poruszeni. Zasłużone bardzo dobre przyjęcie spotkało słoweński Teatr Mladinsko. Reżyser Oliver Frljić i jego aktorzy opowiedzieli o narodowych sporach po rozpadzie byłej Jugosławii, zmienili przestrzeń teatru w pole bitwy między sobą, a także pomiędzy sceną a widownią. Dostawaliśmy kulą w łeb z teatralnej atrapy pistoletu i tekstem w mózg, oskarżani o obojętność wobec Srebrenicy. Naśmiewano się z polskiej mgły smoleńskiej, wytykano podwójną moralność. Spektaklowi PRZEKLĘTY NIECH BĘDZIE ZDRAJCA MEJ OJCZYZNY! (cytat z jugosłowiańskiego hymnu, jak wiadomo, przypominającego melodią polski) przydałyby się niewielkie nożyczki, lecz i tak Frljić, nazywany przez niektórych chorwackim Janem Klatą, okazał się twórcą z ostrym publicystycznym pazurem i nieposkromionym talentem do inicjowania inspirującego niepokoju. Chilijskie SIMULACRO, tożsame w temperamencie i tonie, nie miało takiej siły, choć kiedy aktor piętnował kłamstwo turystycznego oglądu tamtejszej rzeczywistości, zrobiło się w urlopowych żyłach mroźno. Do Chorwacji jeździmy jeszcze częściej niż na Kubę czy Dominikanę i też tego, co tkwi pod kurortową szminką, nie dostrzegamy. Przy okazji słoweńskiej ofensywy pomyślałem, jakie wrażenie mógłby zrobić na Francuzach lub Anglikach polski teatr, gdyby objeżdżał Europę w kilka lat po wojnie ze sztuką o naszym Wrześniu lub gdyby jakiejś żydowskiej trupie udało się wtedy podobne przedsięwzięcie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie zawiedli oczekiwani przez publiczność: Emma Dante i jej błyskotliwi TANCERZE, Holender Ivo van Hove z zarazem nowoczesnym i tradycyjnym widowiskiem ROSJANIE! wg Czechowa oraz Krystian Lupa, który przywiózł do Wrocławia zrealizowaną w Lozannie POCZEKALNIĘ. To z początku trudne do wytrzymania przedstawienie, wypełnione gęstymi, męczącymi dialogami-malignami, z każdą godziną nabierało teatralnej poezji, by przemienić się w liryczny portret ludzi, którzy nawet na dnie próbują zatrzymać w sobie człowieka. Ich konieczność-wybór-los, czyli alkoholowo-narkotykowo-psychiczny haj life narysował Lupa bohemiczną kreską, widza zostawiając jednak z czystym współodczuciem. Druga część POCZEKALNI to arcydzieło. Ogromny aplauz i owacje na stojąco towarzyszyły GARDENII, belgijskiej opowieści o kabarecie złożonym z wiekowych transwestytów. W momencie pojawienia się w polskim sejmie osób otwarcie i odważnie manifestujących własną odmienność (niecodzienność) GARDENIA zabrzmiała wyjątkowo aktualnie, chociaż akurat festiwalowi widzowie nie polityczno-społecznym akcentem zawracali sobie głowy, ciesząc się z perfekcyjnie wykonanego teatru. Ten spektakl wywołał uśmiech, zrozumienie, pozwolił nam się jeszcze bliżej poznać. Jeszcze bliżej, bo niecodzienni są bohaterami teatru od lat, ich cudną inność znamy doskonale. My, czyli zainteresowani sztuką, czyli ci z owych 15 procent. A przecież to, o co walczą artyści, przydałoby się najbardziej 85 procentom tamtych nas-mas. Retorycznie pytała Marie-Helene Falcon w wieńczącej debacie: co pokazać w teatrze i jak, by dialog sceny z widownią był szerszy? Sugerował Johan Simons, mający doświadczenia bezpośrednie: widz, który nie chodzi na co dzień do teatru, potrafi docenić sztukę, trzeba więc do widza dotrzeć, zagrać w koszarach, wyjść, nawiązać kontakt. Trzeba trochę więcej pieniędzy dla teatru, by móc obniżyć ceny biletów. Tylko wtedy niecodzienni sztuki mogliby czegoś nauczyć codziennych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zbierały mniejsze i większe cięgi polskie spektakle zaproszone, włączone w Dialog, niedorastające do europejskich celnością, pasją, postępowością. Tak wyszło. Autorski festiwal niesie w sobie i taką opcję, potencjał przestrzelenia. Zamiast, na przykład, bytomskiego HAMLETA można by pokazać coś wartościowszego, coś współcześniejszego, co trafniej współgrałoby z programem całości. Nawet z nierównym, eksperymentalno-szkolnym węgierskim LEONCEM I LENĄ, formalną ciekawostką do zapamiętania. Bo siłą festiwalu Dialog jest również jego całość, zaplanowana przez wyrafinowaną mistrzynię reżyserii Krystynę Meissner. Obejrzenie wszystkich (prawie wszystkich) przedstawień wraz z przynajmniej wybiórczym uczestnictwem w debatach, spotkaniach daje wiedzę o życiu teatralnym Europy, nowych, innych językach, tematach, jakie zajmują nienadodrzańskich mieszkańców. Dialog zostawia po sobie pytania: czy Jezus XXI to ciągle ten sam Jezus?, czy da się pomóc Płatonowowi obok lub Iwanowowi wewnątrz nas?, co zrobić, by tolerancja, wolność, rozmowa stały się normą, nie złudzeniem? I tak dalej. Czas na odpowiedź: 2 lata. Do Dialogu nr 7.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;..........................................&lt;br /&gt;Dialog Festival 2011, reż. Krystyna Meissner&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-3105816976893183918?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/3105816976893183918'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/3105816976893183918'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/10/dialog-festival-2011-cz-2.html' title='DIALOG FESTIVAL 2011, cz. 2'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-jS4SIYdC0oY/TpxnxCxGKOI/AAAAAAAAAIY/3WumW9carz0/s72-c/276576_218185194886940_7479647_n.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-3138179441672891256</id><published>2011-10-10T04:35:00.000-07:00</published><updated>2011-10-15T16:14:26.417-07:00</updated><title type='text'>DIALOG FESTIVAL 2011</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-ClioY50tdmQ/TpLcnjRxZkI/AAAAAAAAAIQ/HCS3YGf3COY/s1600/2011-10-09%2B17.09%255B1%255D.00"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-ClioY50tdmQ/TpLcnjRxZkI/AAAAAAAAAIQ/HCS3YGf3COY/s320/2011-10-09%2B17.09%255B1%255D.00" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5661830253600925250" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;zdjęcie z wykładu Zygmunta Baumana&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie bywam, niestety, na wszystkich polskich festiwalach teatralnych, więc muszę w tej sprawie wierzyć na słowo, ale obserwując DIALOG od kilku edycji, w słowa Jacka Sieradzkiego (który bywa) uwierzyć łatwo. Sieradzki powiedział po poprzednim, piątym, wydaniu, że to najważniejszy i najlepszy polski festiwal. Po obejrzeniu trzech spektakli otwierających DIALOG nr 6, wysłuchaniu wykładu Zygmunta Baumana, po kilku żywych kuluarowych rozmowach, ciśnie się pod klawiaturę taka fraza: DIALOG RZĄDZI! Pisana z tym samym wykrzyknikiem, z jakim niesamowity Belg Ivo van Hove pokazał we Wrocławiu swoją najnowszą superprodukcję.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;ROSJANIE! w jego ujęciu wcale oczywiście Rosjanami nie są, lecz kosmopolitami, metropolitami współczesnego świata. Iwanow i Płatonow, bohaterowie dwóch zestawionych tu sztuk Czechowa, rodzą się wszędzie, a w dzisiejszych czasach jest ich więcej niż kiedykolwiek. Nasza społeczna systemowa nerwica, rozdźwięk między marzeniem a rzeczywistością, codziennością i niecodziennością, prowadzi do nieuchronnej klęski człowieka, jeśli się w porę nie zorientuje, że uczestniczy nie w tym biegu, nie w tych zajęciach, na jakie się zapisał. Ciągła walka o przetrwanie na kurczącym się rynku pracy, niepewność jutra, podejmowanie wyzwań ponad siły i powyżej możliwości sprawia, iż zamiast cieszyć się względną wolnością demokracji, stajemy się zniewoleni totalitarną presją. Mówił o tym Zygmunt Bauman, niedużego wzrostu, skromny pan, który nie chciał się wdawać w hipotezowanie na temat przyszłości, za to podsumował teraźniejszość. Jesteśmy, jak Tomasz Adamek, być może świetnymi zawodnikami, ale stajemy nie do tego pojedynku, wybieramy (lub jesteśmy wybierani) niewłaściwą wagę i nieodpowiedniego przeciwnika. Kliczko zawsze z nami wygra, nam pozostanie obita twarz, zszargana ambicja, czasem trwała gorycz. Tak kończą bohaterowie ROSJAN!, nakręceni obwinianiem innych o własną porażkę, niespełnieni, bo, być może, poszli o jeden kompromis za daleko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ivo van Hove wraz z autorem scenariusza, znanym belgijskim pisarzem Tomem Lanoye, zaproponowali zaskakująco temperamentny spektakl, za podstawę biorąc teksty rosyjskiego geniusza nudy. Ich Czechow kompletnie nie przypomina Czechowa robionego przez polskich twórców. Niektórym widzom to przeszkadza. Gardłowy niderlandzki, którym władają Głagoliew, Osip, Anna Pietrowna czy Lebiediew, jakoś zgrzyta w tradycyjnych polskich uszach. Śmieszą też zostawione w kwestiach aktorów fragmenty na temat chłopów małorolnych czy tęsknocie za Moskwą, gdy właśnie na dachu stołecznego apartamentowca, podczas miejskiego przyjęcia, rozgrywa się akcja, nie na zapadłej prowincji, skąd nawet do Kijowa godzinami trzeba jechać powozem. Van Hove i Lanoye zupełnie się tym nie przejmują, traktując Czechowowskie postaci jako materiał ponadczasowy. W pierwszej części dają im tylko mówić, kłócić się i oskarżać, w drugiej wprowadzają multimedia, symbole i neony, podkreślając pustkę osobowości, w trzeciej, za pomocą kamer, obserwują ich jeszcze głębiej, do reszty nie zostawiając złudzeń. Wspaniały, kolejny po TRAGEDIACH RZYMSKICH, inscenizacyjny majstersztyk! No i cóż za aktorstwo!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Włoski prowokator Romeo Castelucci zaprezentował głośne już w świecie przedstawienie O TWARZY. WIZERUNEK SYNA BOGA, objeżdżające, od premiery przed rokiem, największe teatralne wydarzenia. To jeden z tych spektakli, którego nie sposób wytłumaczyć kilkoma zdaniami, streścić opisową formułą, zrozumieć od razu. To także jedno z tych artystycznych doświadczeń, które zostają. I wywołują skrajne reakcje. Jedni mdleją, drudzy ostentacyjnie wychodzą po kwadransie, inni rechoczą w zagubieniu, jeszcze inni wstają do oklasków. Syn opiekuje się zniedołężniałym ojcem, podciera mu tyłek i myje z przed chwilą zrobionej kupy. Kawałki wydzielin spadają na białą podłogę, białe pieluchy niemal rytualnie zastępują białe pieluchy, na białej sofie pozostaje ślad ludzkiej golgoty, ale i miłości. Dzieje się na oczach (i w nosach) widzów tytaniczna, odwrócona pieta, skumulowana w scenie płaczu obu mężczyzn. Na wszystko patrzy z ogromnego płótna twarz Chrystusa z renesansowego obrazu Da Messiny. Ale Castelucci nie zapomina, jaki uprawia zawód, gdzie pracuje. To teatr, nie życie, więc w pewnym momencie aktor grający ojca (Gianni Piazzi) chwyci kanister z chemicznie wytworzonym łajnem, obleje się nim, zanieczyści białe łóżko, przenosząc znaczenia z przestrzeni prywatnej w kulturową. Przypomina się prezentowana we Wrocławiu niedawno rzeźba-instalacja Mirosława Bałki („Wege zur Behandlung von Schmerzen”).&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;O TWARZY… nie jest spektaklem domowym, lecz światowym. To mocny atak na współczesne społeczeństwo, na to, co uczyniliśmy (i czynimy) wartościom, które powinny nas trzymać przy człowieczeństwie. I nie chodzi tu tylko o chrystusową ofiarę czy jakąkolwiek religię, lecz o to, co wypieramy i czego się wypieramy, będąc nie takimi samymi ludźmi jak kiedyś. Dzieci (my-dzieci?, dzieci w nas?) w buncie walą granatami w niewzruszony i nienaruszalny wizerunek Jezusa. Bez skutku. Dopiero w finale od wewnątrz, od drugiej strony, sceny, zacznie się rozpad. Artysta-reżyser zniszczy płótno, niszcząc nową sztuką stary obraz. Pod którym pozostanie napis z psalmu: „Ty jesteś moim pasterzem”, święcący do chwili, kiedy reżyser zdecyduje się go wyłączyć. Aktorzy spojrzą nam w oczy, odwracając role, może skłonią do myślenia. I wierzący, i ateista poczuje na tym spektaklu zapach-smród, ale też nadzieję i tajemnicę. Wielki spektakl!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;TANCERZE Sycylijki Emmy Dante wydają się przy dziele Castellucciego zwyczajną, prostą historią. Dwoje staruszków przemienia się w tańcu z ledwo powłóczących nogami w mistrzów parkietu. Para wykonawców (Sabino Civilleri, Manuela Lo Sicco) zdejmuje  maski, odgrywając (tańcząc) historię ich, każdego, związku od tyłu. Od starości do narzeczeństwa, od wspierania się w chorobie do spierania się o siebie w młodości. W ciągu zaledwie 45 minut przeżywamy prawie całą miłosną historię ludzkiego życia, podeszły walc późnego wieku i skoczny jive zdrowego ciała, przed którym wszystko, czyli krótki skrawek wieczności. Wypełnia nas smutek i radość równocześnie. Taki teatr, piękny teatr, także zmienia coś w człowieku, porusza nutę, skłania do kroku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Spowolnijcie!” – radził Zygmunt Bauman podczas festiwalowego wykładu. Wtórowała mu swą obecnością Krystyna Meissner, gospodyni i sprawczyni tego niezwykłego spotkania wielu ludzi wokół teatru, artystka, dzięki której niecodzienność z hasła tegorocznej imprezy, staje się, przynajmniej na tydzień, codziennością, mając szansę na więcej. Na otwarcie zamiast zamknięcia się w świecie online, na rozmowę i współdziałanie, na dialog!&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;………………………………………&lt;br /&gt;ROSJANIE! (Toneelgroep Amsterdam), reż. I. van Hove, O TWARZY. WIZERUNEK SYNA BOGA (Societas Raffaello Sanzio, Cesena), reż. R. Castellucci, TANCERZE (Sud Costa Occidentale, Palermo), reż. E. Dante - DIALOG FESTIVAL 2011, reż. K. Meissner&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-3138179441672891256?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/3138179441672891256'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/3138179441672891256'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/10/dialog-festival-2011.html' title='DIALOG FESTIVAL 2011'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/-ClioY50tdmQ/TpLcnjRxZkI/AAAAAAAAAIQ/HCS3YGf3COY/s72-c/2011-10-09%2B17.09%255B1%255D.00' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-3470145138582760467</id><published>2011-10-02T05:02:00.000-07:00</published><updated>2011-10-05T02:26:27.972-07:00</updated><title type='text'>JUTRO NIE UMIERA NIGDY (BWA Design)</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-UCpdlkCynY4/TowiqDr9RrI/AAAAAAAAAII/Dd59LlbmB1E/s1600/jutronieumieranigdy.jpeg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 224px; height: 320px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-UCpdlkCynY4/TowiqDr9RrI/AAAAAAAAAII/Dd59LlbmB1E/s320/jutronieumieranigdy.jpeg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5659936937637398194" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Wystawa „Jutro nie umiera nigdy” została przygotowana z okazji Europejskiego Kongresu Kultury, wydarzenia, które rozczarowało, bo z nadmuchanego balonu oczekiwań wyszło powietrze jeszcze jednego festiwalu (połączonego z takimi sobie dyskusjami). Oczywiście, wśród zbyt wielu niekoniecznych pomysłów i projektów pojawiły się także te prawdziwie wartościowe, jak choćby rzeźba-instalacja Mirosława Bałki. I jak wystawa o tytule wziętym z bondowskiego filmu z 1997 roku. W „Tomorrow Never Dies” James wraz z agentką chińskiego wywiadu przeciwstawiają się planom wielkiego medialnego magnata, chcącego podporządkować własnemu przedsiębiorstwu cały świat. Jutrzejsze newsy dzisiaj – tak brzmi jedna z jego dewiz, tragedia sprzedaje się najlepiej – taka jest inna zasada naczelna. Autorzy wystawy, z kuratorką Katarzyną Roj na czele, wykorzystali głównie tytuł, wiążący zawartość ekspozycji z popkulturą, czyli tym, czym, przynajmniej w pewnym stopniu, interesują się wszyscy. Tak jak wszystkich zapewne, przynajmniej w pewnym stopniu, interesuje to, co będzie ze światem, jaki znamy, za 100 lat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;5 listopada umieszczone na wystawie wrocławskiego BWA Design obiekty artystyczne zostaną włożone do specjalnej kapsuły, przeznaczonej do otwarcia najwcześniej w listopadzie 2111. Co zobaczą nasi następcy?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najbardziej działają filmy przygotowane przez Marka Wasilewskiego. Emitowane na 6 monitorach prezentują historię poprzez serię spektakularnych pogrzebów, m.in.: Elvisa Presleya, Marii Callas, Che Guevary czy Stalina. Mocna rzecz, podkreślająca siłę spektaklu życia i śmierci, przekazywanego, ale i inspirowanego, reżyserowanego przez współczesne media. Tęsknotę za niedoskonałością ujmuje „Roślina z błędem” Katarzyny Krakowiak, paradoks niemożliwej perfekcji tajemnicza kulka Jerzego Kosałki. Wrażenie robi rzeźba Szymona Kobylarza „Civil Defence” przedstawiająca kukłę quasi-orwellowskiego obywatela, ubranego w płaszcz z toreb foliowych, oddychającego przez maskę zrobioną z plastikowej coca-coli, trzymającego w dłoni rurę-miecz. Ekologiczny motyw znajdziemy również w fajkach Adama Witkowskiego, fantazyjnie wyprodukowanych z puszek i butelek. Na ironiczno-mesjanistycznym wideo autorstwa Dominiki Olszowy zobaczymy wróżkę, która wieszczy, że Polska odrodzi poapokaliptyczny świat. Wojciech Kocołowski proponuje znaczący podręczny „Zestaw na czarną godzinę”: scyzoryk, konfitury z czereśni (rocznik 2005), książkę „Pinokio” i cyjanek. Karmniki Pawła Jasiewicza czy film Bartosza Muchy o mężczyźnie w niemal pustym pokoju mają nam przypominać o próżni indywidualizmu, potrzebie kontaktu i pomocy. Wzorzec drobiny, jaka w naturalny sposób ubyła ze słynnego wzorca kilograma z Sevres, zaprojektowany i wykonany przez Huberta Czerepoka, zwraca uwagę na nieuchronność Zmiany. Czerepok wraz z Kocołowskim przywołują też eksperyment polskiego programu kosmicznego, marzenia utrąconego przez władczych, zazdrosnych sąsiadów. Do przeszłości wraca też Kama Sokolnicka, cytując fragment „Dziennika” Sławomira Mrożka, który w 1964 roku pisał o Polsce: „tam wszystko się zawsze buduje. Tam zawsze trwa jutro (…)” i dodawał: „jutro to oszustwo, zawsze jest tylko teraz”. Sokolnicka używa kadrów z dawnych filmów, by opowiedzieć o ulotności chwili,  niepewności związanej z przyszłością, wyrażonej frazą „Do widzenia, do jutra”.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Obecny w jednej z prac Nicola Tesla, serbski wynalazca z przełomu wieków XIX i XX, do śmierci walczący o uznanie pierwszeństwa np. swojego patentu cewki elektromagnetycznej, powiedział: „teraźniejszość należy do nich, przyszłość jest moja”. Ale „Jutro nie umiera nigdy”, poprzez spektakularny zabieg artystycznego przeniesienia części naszej rzeczywistości w czasy nam nieznane, komentuje nasze teraz. Nie za 100 lat, lecz dziś, przesłanie tej ważnej wystawy ma sens głębszy niż wartość dokumentu.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;……………………………………..&lt;br /&gt;JUTRO NIE UMIERA NIGDY, kuratorka; Katarzyna Roj, BWA DESIGN, Wrocław 8.09-5.11.2011&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-3470145138582760467?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/3470145138582760467'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/3470145138582760467'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/10/jutro-nie-umiera-nigdy-bwa-design.html' title='JUTRO NIE UMIERA NIGDY (BWA Design)'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/-UCpdlkCynY4/TowiqDr9RrI/AAAAAAAAAII/Dd59LlbmB1E/s72-c/jutronieumieranigdy.jpeg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-3196415509566671265</id><published>2011-09-27T10:57:00.000-07:00</published><updated>2011-09-27T11:11:45.501-07:00</updated><title type='text'>Jaroslav Rudiš GRANDHOTEL</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-HMnuvAFMK6I/ToIQWXUgX1I/AAAAAAAAAIA/Ke_swZd7J0M/s1600/ghotel.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 305px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-HMnuvAFMK6I/ToIQWXUgX1I/AAAAAAAAAIA/Ke_swZd7J0M/s320/ghotel.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5657102058333953874" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Jaroslav Rudiš to autor właśnie wydanej w polskim przekładzie książki "Grandhotel", laureatki Nagrody Magnesia Litera, czyli odpowiedniczki polskiej Nagrody Nike. Głosowali na Rudiša czytelnicy, zauroczeni klimatem powieści, rozgrywającej się niespiesznie na szczycie góry Ještěd, nad Libercem (a także w chmurach). Na podstawie tej historii powstał także film w reżyserii Davida Ondříčka, znanego ze słynnych i kultowych "Samotnych". "Grandhotel" ma w sobie to coś, co zawiera chyba tylko czeska literatura. Rozmawiam z Jarosławem Rudišem i tłumaczką jego książki Katarzyną Dudzic. Do posłuchania:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;embed src="http://www.box.net/embed/u5b2krh92662ags.swf" width="400" height="150" wmode="opaque" type="application/x-shockwave-flash" allowFullScreen="true" allowScriptAccess="always"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;.....................&lt;br /&gt;Jaroslav Rudiš GRANDHOTEL, przeł. K. Dudzic, Goodbooks, 2011&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-3196415509566671265?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/3196415509566671265'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/3196415509566671265'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/09/jaroslav-rudis-grandhotel.html' title='Jaroslav Rudiš GRANDHOTEL'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-HMnuvAFMK6I/ToIQWXUgX1I/AAAAAAAAAIA/Ke_swZd7J0M/s72-c/ghotel.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-8305168875570163479</id><published>2011-09-24T21:44:00.000-07:00</published><updated>2011-09-26T13:21:10.662-07:00</updated><title type='text'>Bohdan Zadura KLASYK NA LUZIE</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-6lY_RjBOECc/Tn6yMxckHXI/AAAAAAAAAH4/HZNGHy4Msx0/s1600/img_20778.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 245px; height: 320px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-6lY_RjBOECc/Tn6yMxckHXI/AAAAAAAAAH4/HZNGHy4Msx0/s320/img_20778.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5656154114525240690" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Z trzech jesiennych premier wrocławskiego Biura Literackiego (Dycki, Kozioł, Zadura) najbardziej się ucieszyłem z „Klasyka na luzie”, rozmów z Bohdanem Zadurą, laureatem ostatniego Silesiusa za książkę „Nocne życie”. Mimo że wszystkie zamieszczone tutaj wywiady, lub raczej spotkania, były już tam i ówdzie publikowane, nie dało się wcześniej każdego z nich przeczytać ani, rzecz jasna, zapamiętać choćby akapitów. Rozrzucenie to jednak rozrzucenie, a złożenie (i to w formie tomu) to coś, co może naprawdę zostać na jakąś małą wieczność.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Andrzejowi Sosnowskiemu Zadura mówi: „gdyby poezja miała przełożenie społeczne, to my, piszący wiersze, nie chodzilibyśmy bezpiecznie po ulicach”, lecz o przyszłość poezji jest spokojny, bo oni, piszący wiersze, zdają sobie sprawę z braku przełożenia, a ich świadomość nie pretenduje do rządu dusz. Dlatego pewnie, często w zaciszu mieszkania, daje się swobodnie, licznymi miejscami błyskotliwie, opowiedzieć przede wszystkim o poezji właśnie. Cytat z nagrań do filmu dokumentalnego spisanych przez Wiesława Ratajczaka: „Na pytanie, dlaczego piszę, pewnie mógłbym odpowiedzieć: Po prostu dlatego, że czytałem”. Można by dodać, iż czytał w Puławach, polskich Atenach, niegdysiejszej stolicy kulturalnej Polski, nie gdzie indziej. Dotąd tam zresztą mieszka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dariuszowi Foksowi na pytanie, „dlaczego zacząłeś tłumaczyć?”, filozof Zadura (takie studia wybrał, choć z kończeniem było trudno i długo, z przyczyn literackiej natury) rzecze: „Pewnie z nudów, w szkole średniej”. Jackowi Podsiadle i Pawłowi Marcinkiewiczowi przyzna się w jednej z rozmów kolejnych do przekładów jako czegoś zamiast, bo „własne wiersze mi się nie pisały” (do tego poeci-tłumacze przyznają się rzadko). Są zatem w „Klasyku na luzie” wyznania artystyczne, nawet poetyckie autoanalizy, są także anegdoty i wspomnienia. Jak to o stanie wojennym, trzygodzinnej wizycie dwóch panów i szklance świńskiej krwi, na przykład. Do Stanisława Beresia, który w tekście-wstępniaku (takimi poprzedzono wszystkie rozmowy) uważa Zadurę za „człowieka z jajami”:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Kiedyś odczuwałem przymus pisania wierszy. Jak przez tydzień nie napisałem wiersza, to właściwie świat się walił. A teraz – jak napiszę wiersz, to w porządku, ale jeśli nie… to jeszcze lepiej”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To godne cytowania, powtarzania, przekładania i bilbordowania zdanie powinien sobie do serca wziąć każdy, słowo wiersz podmieniając na co nas tam uwiera codziennym naporem. Dosłownie też można je brać do siebie, bo, jak słusznie się powiada, poetów jest na świecie więcej niż czytelników poezji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No właśnie. Na najnowszy tom Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego brakuje mi po prostu czytelniczej cierpliwości. Niby tytuł wyjaśnia wiele („Imię i znamię”) i wiadomo, że będzie osobiście, o rodzinnych historiach, ziemi przemyskiej, Wólce Krowickiej, jabłuszkach i hniłkach, obsesjach i traumach, flachach i lachach, domowych agresjach, lirycznych obnażeniach. Niby wiadomo, czego się po autorze spodziewać i nie ma zaskoczenia, ale ta akurat i tak podana w kolejnym poemacie zazębiających się strof biografia po chwili najzwyczajniej męczy. Poecie nagrodzonemu Nike wolno następną po laureackiej książeczkę zaprogramować jak chce, wydawca nie pokręci nosem. Czytelnik niekoniecznie. W „Piosence o zależnościach i uzależnieniach” Dycki był uniwersalny, pisząc o sobie i świecie, tutaj jest tylko własny, osobny, skupiony na tym, co w nim. Nie każdego to interesuje. „Imię i znamię” to lektura dla tych, co znają autora z poprzednich utworów i darzą go szczególnym, siostrzano-matczynym, rodzajem emocji. Gdyby miała być pierwszym kontaktem z jego twórczością, Dycki mógłby się wydać nawet poetą egzotycznym. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A opasłego zbioru wierszy prawie wszystkich Urszuli Kozioł (pod tytułem „Fuga”) komentować nie trzeba. Warto czytać, czytać i czytać. Choćby ten prawie genialny (ciągle nie mogę się nadziwić, po co ta czwarta strofa?) tekst ze stron 656-657, czyli „Piosenkę o bezdomnych”. Urszula Kozioł = klasyk na serio? Szkoda, że tomu rozmów z poetką, która wywiadów nie cierpi, nie będzie. Chyba. &lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;……………………………………….&lt;br /&gt;Bodan Zadura KLASYK NA LUZIE, Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki IMĘ I ZNAMIĘ, Urszula Kozioł FUGA, Biuro Literackie, 2011&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-8305168875570163479?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/8305168875570163479'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/8305168875570163479'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/09/bohdan-zadura-klasyk-na-luzie.html' title='Bohdan Zadura KLASYK NA LUZIE'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/-6lY_RjBOECc/Tn6yMxckHXI/AAAAAAAAAH4/HZNGHy4Msx0/s72-c/img_20778.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-1738252691366936027</id><published>2011-09-20T11:08:00.000-07:00</published><updated>2011-09-20T11:16:27.550-07:00</updated><title type='text'>Roman Kurkiewicz LEWOMYŚLNIE</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-QyPSmUgRjOA/TnjYcoVyxzI/AAAAAAAAAHw/fnhEQafZKqE/s1600/okadka_lewomyslnie_2_300px.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 226px; height: 320px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-QyPSmUgRjOA/TnjYcoVyxzI/AAAAAAAAAHw/fnhEQafZKqE/s320/okadka_lewomyslnie_2_300px.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5654507318540420914" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Przed ubiegłorocznymi wyborami prezydenckimi napisał: "Poprę Kaczyńskiego, bo przynajmniej na razie uczynił Joannę Kluzik-Rostkowską szefową swojej kampanii, a Bronisław Komorowski nie uczynił Małgorzaty Kidawy-Błońskiej takową". Tekst był prowokacyjny, autor na Kaczyńskiego nie głosował, oddał głos nieważny (jak wynika z tamtego felietonu), ale to "przynajmniej na razie" o udziale Kluzik-Rostkowskiej w kampanii, wybór Małgorzaty Kidawy-Błońskiej na kampanijną kierowniczkę... Sprawdziło się!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie tylko jednak dlatego warto czytać Romana Kurkiewicza, którego Przekrojowe felietony zebrane z lat 2009-2011 właśnie się ukazały pod szyldem Krytyki Politycznej, pod znamiennym tytułem "Lewomyślnie". Warto być od czasu do czasu z tym autorem także z powodu owego głosu nieważnego, czyli politycznej (nie światopoglądowej) niezależności, co w naszym dziennikarstwie jest dziś, niestety, rzadkością. Kurkiewicz obija swoim słowem i premiera Tuska, kardynała Dziwisza-Zdziwisza, ex-śledczego Mariusza Kamińskiego, i Czumę, i Michnika, i posła Mularczyka. Dostać się może zatem wszystkim, pretekstów nie brakuje. Powierzchowna walka z dopalaczami i miłościwe panowanie, papieska krew dla Kubicy, całokształt, półsłówka lub całe zdanie typu "Panie Marszałku, a pan poseł Niesiołowski powiedział mi, żebym spadał". Ryszardowi Czarneckiemu Kurkiewicz umawia na dialog samego Sokratesa, który zapytuje: "- A ty, Ryszardzie, zawsze masz rację i wiesz wszystko?". Ryszard odpowiada: "To ty sobie mogłeś mówić, że wiesz, że nic nie wiesz. Ja wiem, że wiem i wiem, że oni nie wiedzą". Wśród bohaterów tych tekstów brakuje trochę lwów lewicy - czyżby byli mniej wdzięcznymi obiektami dla felietonisty? Ale polityka to tylko jeden z tematów. Publicystyczna wyobraźnia Kurkiewicza przysłuchuje się (przychodzi do odpowiedniego urzędu człowiek z propozycją opatentowania krzyża), relacjonuje (kibice Legii organizują krucjatę przeciw świetlówkom w pociągu Skierniewice-Warszawa), marzy (o kraju idealnym z pomnikami z papieru, palonymi "na wesoło przed przyklejeniem do cokołu kolejnego").&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Roman Kurkiewicz jest z tych, dla których wolność słowa i wyrażania poglądów ma wartość absolutną, choć absolutnie niewolną od krytyki (co z powodzeniem niemal zawsze czyni). Lewoskręty jego osobistych poglądów często zahaczają o liberalizm, bywa, że odbija się w nich obawa tradycyjna. Istnieją w końcu granice wszystkowolności, nawet we wszechpolsce, gdzie 11 listopada zezwala się na stołeczną manifestację neofaszystów. Temu lewak Kurkiewicz sprzeciwia się totalnie. Podobnie żarliwie optuje za prawami kobiet do obecności w przestrzeni publicznej, broni obrońców krzyża na Krakowskim Przedmieściu, nie odmawia możliwości pisania o esbeckim penetrowaniu redakcji "Tygodnika Powszechnego", ani wydawania niesławnego komiksu o Chopinie. Szarganie świętości ma sens, ponadlewicowy i ponadprawicowy, polityczny i prywatny. "Kapuściński non-fiction"? Proszę bardzo. Poseł Węgrzyn o gejach i lesbijkach? Co to, to już nie. "Może kiedyś tacy posłowie przestaną być posłami po podobnych bon-motach" - pisze Kurkiewicz, a mnie przychodzi do głowy: "no nie wiem...", jak śpiewała Iga Cembrzyńska w piosence Osieckiej. Karać publicznym niebytem za wyolbrzymioną przez reportera TVN24 wypowiedź-głupotkę czy może lepiej znaleźć w sobie odrobinę ludzkiego (nie religijnego) miłosierdzia i wybaczyć błąd? Lewomyślność nie musi (nie powinna) być radykalna ponad miarę, bo może zbliżyć się do stanu ultra, co zawsze grozi niebezpieczeństwem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jakkolwiek z Kurkiewiczem zdarza się być nie po drodze, nie da się jego nierzadko literackich wręcz felietonów nie podziwiać. Za pomysł, za oryginalność, szczerość, ironię, za 1800 znaków obywatelskiego zacięcia. Na okładce tej książki widzimy autora w berecie, skórzanej kurtce i białej koszuli, z naręczem książek. Przeważa Stanisław Brzozowski, jest Tomasz Mann, Róża Luksemburg, Jacek Kuroń. Jest Bolesław Prus z "Emancypantkami" (oczywiście!), ten sam, który w swoich "Kronikach" komentował polską rzeczywistość pozytywistyczną, też przecież daleką od pozytywnej. Wiele się w pracy ideowego felietonisty nie zmieniło. Kiedy opisywany przez Prusa dr Markiewicz zawiadomił mieszkańców na łamach dziewiętnastowiecznej "Gazety Warszawskiej" o wybuchu epidemii ospy i dyfterytu, skłaniając zaborcze władze do interwencji, inspekcja lekarska wytoczyła proces „o rozszerzanie chorób zaraźliwych", na szczęście rozstrzygnięty na korzyść społecznika przez sędziego pokoju. Jestem pewien, że Kurkiewicz również ująłby się za Markiewiczem, tak jak ujmuje się za Czeczotem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Felietonista to najpiękniejszy zawód świata, nawet jeśli jemu samemu i wszystkim innym sprawia zawód" - oznajmia Roman Kurkiewicz. I trudno się z nim, nie po raz pierwszy ani ostatni, nie zgodzić.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;.................................................&lt;br /&gt;Roman Kurkiewicz LEWOMYŚLNIE, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2011&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-1738252691366936027?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/1738252691366936027'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/1738252691366936027'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/09/roman-kurkiewicz-lewomyslnie.html' title='Roman Kurkiewicz LEWOMYŚLNIE'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-QyPSmUgRjOA/TnjYcoVyxzI/AAAAAAAAAHw/fnhEQafZKqE/s72-c/okadka_lewomyslnie_2_300px.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-3591957638520025204</id><published>2011-09-14T00:01:00.000-07:00</published><updated>2011-11-08T06:45:02.911-08:00</updated><title type='text'>Maria Ulatowska PENSJONAT SOSNÓWKA</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-QPppsaTWtZQ/TnBR6gv3FjI/AAAAAAAAAHo/cgL-9pp2RDI/s1600/p2.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 140px; height: 219px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-QPppsaTWtZQ/TnBR6gv3FjI/AAAAAAAAAHo/cgL-9pp2RDI/s320/p2.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5652107598014912050" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Spełnia się w naszych czasach wielki sen feministek o kobietach-autorkach, które wreszcie wyszły z cienia i zaczęły pisać i wydawać to, co się w ich piórach, długopisach, klawiaturach nazbierało. Gdyby jednak jakaś feministka chciała wejrzeć pod okładki coraz popularniejszych u nas kobiecych książek, krótki włos by się jej zjeżył, a na nieumalowanych ustach pojawiłby się kwaśny grymas. I cośmy nawyprawiały? - zapytałyby siebie panie psycholożki, dramaturżki, graficzki, architektki, recenzentki. Oczywiście, przesadzam. Niech pisze, kto chce, niech czyta, kto chce. Ale niech też będzie wiadomo, że kobiece, nie zawsze znaczy piękne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Droga kobiet-autorek do pisania bywa przeróżna. Najczęściej wyjeżdżają na wieś, idealnie na wieś kujawsko-mazurską, lub przechodzą na emeryturę. Zwykle pierwsze książki mają w sobie coś, jakiś wdzięk debiutantki po przejściach. W tych pierwszych publikacjach kumuluje się ziszczone wreszcie marzenie o pisaniu z niemałą liczbą życiowych doświadczeń, nierzadko interesujących autobiografii. Pierwsza powieść Marii Ulatowskiej, emerytki z Warszawy, właśnie taka była. Bardzo momentami lukrową stylistykę kontrapunktowała rodzinna przeszłość. W "Sosnowym dziedzictwie" 30-letnia Anna Towiańska nieoczekiwanie odziedziczyła pensjonat na Kujawach, wyremontowała go, oczarowała swe nowe otoczenie urodą i uroczym usposobieniem, dobrała się do losów dziadków. Niech będzie. Są tacy, co podobnej literatury po prostu potrzebują. Gorzej, gdy za debiutem podąża tzw. sequel, czyli ciąg dalszy opowieści o mieszkańcach Towian. Bo nie ma już o czym pisać, a finał tej błahej historyjki wszyscy znamy. Anna będzie szczęśliwa. Wszyscy są tutaj dobrzy, mili, uczynni, pomocni, serdeczni, prostolinijni. Krajobraz przepięknie góruje nad drobnymi ludzkimi zdarzeniami, nawet psy zdają się radośnie szczekać, nigdy wściekle ujadać. Jak to na sielsko-polskiej wsi. Anulka prowadzi pensjonat, pracuje na odległość w wydawnictwie, czasem rzuci "do lichem", "szlagiem", "kurczęciem" i "cholerą", pisze mejle do przyjaciółki:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Małgoniu, przesyłam Ci kilka zdjęć mojego nowego domu. Zobacz, jak wszystko pięknie się poustawiało i jak świetnie dali sobie radę moi warszawscy stolarze. Mam teraz mieszkanko tak wygodne, jak w Warszawie, a dzięki wynajęciu mieszkania warszawskiego – przy Twojej pomocy – zdobyłam parę groszy na inwestycje pensjonatowe. Do Jacka ciągnie mnie coraz bardziej. Tyle że on chyba tego nie zauważa, a może się boi. Wiesz, sparzył się, żona go rzuciła, więc nie można się dziwić. Ten jego Florek jest cudowny! Grzeczny, miły, ładny. Ależ głupia ta żona Jacka. Ja za takiego synka wszystko bym oddała… Może za tydzień będę w Warszawie, bo muszę podpisać jakieś papiery w wydawnictwie. Już się cieszę na nasze spotkanie. Ściskam – Twoja A."&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A fragmenty tych pełnych cieplutkich klimatów tekstów przeczyta na antenie któregoś radia Edyta "Bożenka" - przepraszam - "Judyta" Jungowska.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mniej więcej rok temu to samo licho z ust Anusi Towiańskiej skusiło mnie, by zapoznać się z powieścią Katarzyny Enerlich "Prowincja pełna gwiazd". Tam czekała na mnie Ludka i Mrągowo. Wcześniej publiczność ogólnopolską zapraszała do swojego Rozlewiska Małgorzata Kalicińska, teraz Sosnówkę zachwala Maria Ulatowska. A w kolejce do ewentualnego kontaktu widać następne literackie cukiereczki i ptysie: "Cukiernia pod Amorem" Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk czy na przykład "Kobiety z Czerwonych Bagien" Grażyny Jeromin-Gałuszki. Czytelniczki będą się wzruszać i zachwycać. I może kiedyś napiszą własną książkę...&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;.................................................&lt;br /&gt;Maria Ulatowska PENSJONAT SOSNÓWKA, Prószyński i S-ka, 2011&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-3591957638520025204?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/3591957638520025204'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/3591957638520025204'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/09/maria-ulatowska-pensjonat-sosnowka.html' title='Maria Ulatowska PENSJONAT SOSNÓWKA'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/-QPppsaTWtZQ/TnBR6gv3FjI/AAAAAAAAAHo/cgL-9pp2RDI/s72-c/p2.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-6519382093730090284</id><published>2011-08-05T00:32:00.000-07:00</published><updated>2011-08-05T12:04:15.043-07:00</updated><title type='text'>Urszula Antoniak</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-yTR1WlXKuPI/TjudFElqkbI/AAAAAAAAAHg/V34ZPzrDDVk/s1600/01-600.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 226px; height: 320px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-yTR1WlXKuPI/TjudFElqkbI/AAAAAAAAAHg/V34ZPzrDDVk/s320/01-600.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5637272069040935346" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;W konkursie zakończonej 11. edycji festiwalu filmowego Nowe Horyzonty pokazano najnowszy (drugi kinowy) film Urszuli Antoniak. CODE BLUE okazał się jednym z najmocniejszych akcentów rywalizacji (dla niektórych najciekawszym). Antoniak mieszka od ponad 20 lat w Holandii. Bohaterką jej filmu jest samotna pielęgniarka pracująca na oddziale onkologicznym. CODE BLUE brał udział w tegorocznym festiwalu w Cannes, w prestiżowej sekcji reżyserskiej (Directors' Fortnight). Poprzedni pełnometrażowy film Urszuli Antoniak, NIC OSOBISTEGO (NOTHING PERSONAL), zdobył deszcz nagród na festiwalach, m.in. w Locarno, a reżyserka była nominowana do Europejskiej Nagrody Filmowej w kategorii Odkrycie Roku. Nie wygrała, a zasługuje, jej twórczość warto obserwować, bo może wyjść arcydzieło. Wywiad z Urszulą Antoniak do posłuchania:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;embed src="http://www.box.net/embed/rbxm5ij4kt6bscm.swf" width="400" height="200" wmode="opaque" type="application/x-shockwave-flash" allowFullScreen="true" allowScriptAccess="always"&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-6519382093730090284?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/6519382093730090284'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/6519382093730090284'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/08/urszula-antoniak.html' title='Urszula Antoniak'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/-yTR1WlXKuPI/TjudFElqkbI/AAAAAAAAAHg/V34ZPzrDDVk/s72-c/01-600.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-628102871425743739</id><published>2011-08-04T23:46:00.000-07:00</published><updated>2011-08-05T00:14:34.394-07:00</updated><title type='text'>Zbigniew Bzymek</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-nQKdtpcvyac/TjuWPUgvoBI/AAAAAAAAAHY/bkIqLqJsC1s/s1600/jim_andy.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 180px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-nQKdtpcvyac/TjuWPUgvoBI/AAAAAAAAAHY/bkIqLqJsC1s/s320/jim_andy.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5637264548532559890" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Na tegorocznym festiwalu Nowe Horyzonty zaprezentowano w konkursie film UTOPIANS, debiutanckie dzieło Zbigniewa Bzymka, amerykańsko-polskiego reżysera, który na co dzień współpracuje ze słynną nowojorską grupą teatralną The Wooster Group, był też współpracownikiem Krystiana Lupy. UTOPIANS zyskał znakomite recenzje podczas ostatniego Berlinale, gdzie odbyła się europejska premiera filmu (wymagającego, intrygującego, obiecującego). Wywiad ze Zbigniewem poniżej:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;embed src="http://www.box.net/embed/eoz7niz63hzsfhz.swf" width="400" height="200" wmode="opaque" type="application/x-shockwave-flash" allowFullScreen="true" allowScriptAccess="always"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tutaj więcej o filmie: &lt;a href="http://www.madeuplanguage.com/index.html"&gt;utopians&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-628102871425743739?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/628102871425743739'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/628102871425743739'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/08/zbigniew-bzymek.html' title='Zbigniew Bzymek'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-nQKdtpcvyac/TjuWPUgvoBI/AAAAAAAAAHY/bkIqLqJsC1s/s72-c/jim_andy.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-3378107243186620257</id><published>2011-06-21T15:55:00.000-07:00</published><updated>2011-06-22T03:06:32.377-07:00</updated><title type='text'>Wrocław stolicą kultury - Durczok oburzony</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-nhbxXuullmE/TgEun7TvpjI/AAAAAAAAAHQ/ZELiv-KvmlQ/s1600/wroesk.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 262px; height: 218px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-nhbxXuullmE/TgEun7TvpjI/AAAAAAAAAHQ/ZELiv-KvmlQ/s320/wroesk.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5620825073405371954" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Wrocław Europejską Stolicą Kultury 2016 i stało się. Głos zabrał Kamil Durczok. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cytaty (Gazeta Wyborcza Katowice):&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Wygrała polityka. I trudno się oprzeć wrażeniu, że w jej najbardziej prymitywnym wydaniu. Minister kultury, były prezydent Wrocławia, na ostatniej prostej zmagań o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury wyciągnął kasę z kapelusza (...).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak oto otrzymaliśmy świetny przykład, że polityka to działanie na rzecz dobra wspólnego. Pod warunkiem, że dobrem wspólnym jest miejsce zamieszkania ministra Bogdana Zdrojewskiego i region, z którego już za kilka miesięcy wystartuje w wyborach. Wdzięczni wyborcy z pewnością będą pamiętać (...).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Finał pożytecznej, szlachetnej i fantastycznej chwilami rywalizacji o miano ESK został spaprany w najgorszym stylu (...).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(...) że wszędzie w Polsce już wiedzą gdzie rozbrzmiewa muzyka poważna na światowym poziomie, gdzie gra U2, gdzie przyjeżdża Krystian Zimerman, gdzie tworzy i mieszka Mistrz Wojciech Kilar, gdzie jest muzyczna offowa stolica Europy (...). A gdzie setki imprez o mniejszym, choć absolutnie nie niższym artystycznym wydźwięku? Plastyka, kino niezależne, happeningi, teatr? To eksplozja unikalna na skalę europejską. I to wielki kapitał, którego żadne polityczne zagrywki nam nie zabiorą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ministrowi kultury już dziękujemy. Za pozbawienie nas złudzeń, że cokolwiek jeszcze w polityce jest kwestią stylu i smaku (...).&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tak dalej. Dziennikarz Roku, od lat robiący karierę w Warszawie, pociesza pogrążone w rozpaczy Katowice. Mógłby już dziś być Jedynką na liście jednej z partii. Albo stworzyć własną listę. KD, czyli kiedy dorosnę. Po pierwsze, używa formuły "nas". Tak jak polonus, od 40 lat na emigracji, jako Polak głosuje w wyborach dotyczących ładu bądź nieładu w ojczyźnie, do której tylko przyjeżdża od czasu do czasu. Ja sobie nie pozwalam na podobne teksty w stosunku do Rzeszowa, bo wyjechałem 8 lat temu. Nie jestem ani rzeszowianinem (już), ani wrocławianinem (jeszcze), dlatego pozwalam sobie na ten komentarz.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po drugie, okazuje się, iż Bogdan Zdrojewski pozbawił jastrzębia dziennikarstwa, naczelnego Faktów TVN, złudzeń co do politycznego stylu i smaku. Panie Redaktorze, nie rób Pan z siebie.... Pański szef też to przeczyta. Gadka o złudzeniach? W takich ustach? Polityka nie jest kwestią smaku, Herbert był poetą, nie sejmowym wyjadaczem, proszę nie robić z siebie żyrafy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;...gdzie gra U2, mieszka Kilar, rozbrzmiewa muzyka poważna na światowym poziomie... eksplozja unikalna (unikatowa raczej) na skalę europejską. Ech, U2 nie ugrałoby tych swoich milionów na jednym śląskim koncercie. Tu mieszka Kilar, tam Różewicz, w Warszawie mieszka ich wielu, a muzyka poważna na światowym poziomie potrafi brzmieć i w Łańcucie czy Dusznikach. O skali europejskiej nie dyskutujmy. Nie przesadzajmy, po prostu, z tą unikatowością.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja w sumie też typowałem Katowice, bo Wrocław wydawał mi się zbyt oczywistym wyborem. Wiadomo, jak mocne kulturalnie to miasto jest. Kiepskie drogi, lecz kultura, trzeba przyznać, w rozkwicie (znam takich, co ten tytuł zamieniliby na gładki asfalt). Może jednak, najzwyczajniej, aplikacja Wrocławia była najlepsza? I zamiast, politycznie, poprzeć miasto w kulturalnym rozwoju, zdecydowano się zaufać miastu w kulturalnym rozkwicie?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A że minister wyciągnął kasę? Że wyborcy będą pamiętać? Tak wyrafinowany dziennikarski gracz nie powinien sadzić podobnych kleksów. Wystarczy pobieżna wiedza o politycznej scenie Dolnego Śląska, by wiedzieć, że Zdrojewski i Platforma we Wrocławiu przegrać, w tej chwili, w tym roku, w tych wyborach, nie mają szans. Bez Europejskiej Stolicy Kultury byłoby identycznie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czytam dziś też tekst Marcina Bielesza, dziennikarza z lubelskiej Gazety. Też się żali:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Tego jestem pewien: nasz program Europejskiej Stolicy Kultury w 2016 roku był najlepszy. A Lublin był najlepszym kandydatem do tego tytułu. Dlatego 21 czerwca 2011 roku około godziny 16.15 poczułem się tak, jakbym właśnie zauważył, że ktoś po kryjomu wyciągnął mi z kieszeni portfel.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Wspaniała ta małoojczyźniana miłość i solidarność. Ale jest takie powiedzenie, że przegrywać trzeba z klasą.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-3378107243186620257?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/3378107243186620257'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/3378107243186620257'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/06/wrocaw-stolica-kultury.html' title='Wrocław stolicą kultury - Durczok oburzony'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-nhbxXuullmE/TgEun7TvpjI/AAAAAAAAAHQ/ZELiv-KvmlQ/s72-c/wroesk.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-81271938970206268</id><published>2011-06-16T15:04:00.001-07:00</published><updated>2011-06-20T01:56:58.517-07:00</updated><title type='text'>Katarzyna Grochola, Dorota Szelągowska MAKATKA</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-Lb_h8f01sEM/TfznLqGO0QI/AAAAAAAAAHI/IxrOs071TQM/s1600/makatka.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 177px; height: 280px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-Lb_h8f01sEM/TfznLqGO0QI/AAAAAAAAAHI/IxrOs071TQM/s320/makatka.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5619620622516539650" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Wiele już widziałem, wiele czytałem i ten duet mamy i córeczki zupełnie mnie nie zdziwił. Zwłaszcza że Katarzyna Grochola tak naprawdę nigdy nie miała pomysłu na literaturę. Trafiła na jakąś czarną dziurę kobiecego pismactwa albo raczej kompletne zagubienie czytelniczek (połączone z importowaną z Zachodu modą na Bridget Jones) i poszło. Inteligentna kobieta o talencie przez malutkie t została najpopularniejszą polską autorką. Straszne, nie da się ukryć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najnowsza propozycja wydawnicza Grocholi to dialog z córką Dorotą (Szelągowską). Takie tam babskie gadanie. Ale też prawda, którą mimochodem i mając inne zamierzenie, wyjawia młoda: "W jej Królestwie Chaosu, gdzie miłościwie panuje od ponad pięćdziesięciu lat, wszystko wykonuje się naraz i bez żadnego planu" - tak pisze o życiu (więc i pisaniu) mamy Dorota. Hm, wszystko się zgadza. Ktoś przypomni: na początku był Chaos. A potem co? Grochola napisze arcydzieło, a Szelągowska zamiast projektować wnętrza i robić programy w telewizjach zacznie zdobywać literacki świat? Dajcie spokój. Pięćdziesiąt lat, setki tysięcy sprzedanych egzemplarzy, nie tylko śniadaniowa sława i taki tekst:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Informacja w dzisiejszym świecie ma to do siebie, że rozprzestrzenia się jak grypa w dziewiętnastym wieku. Jeśli kiedyś wpadł pies do studni, to wiedziała o tym sąsiadka, sąsiadka sąsiadki, wiedział jej mąż i znajomy męża (...). Dzisiaj tym się różni od wczoraj, że wystarczy kliknąć gdziekolwiek i informacja o psie w studni jest powielana w nieskończoność. Zanim pies szczeknie, już jest telewizja i filmuje. (...) I trzymają kciuki prezenterzy i dziennikarze — „trzymam kciuki” to ulubione powiedzenie w sprawie każdej: zdrowia, nowej ustawy, Obamy, Mubaraka, demokracji świeżutko rozkwitającej i Kubicy.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Niezły felietonik? Ciekawe, czy mielibyście ochotę to czytać, gdyby na okładce widniało inne nazwisko? Albo gdyby książkę wydała samodzielnie niejaka Dorota Szelągowska? Która miewa wnikliwe uwagi i wnioski:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Kiedy tak maszerujemy z Synem ramię w ramię, dochodzę do wniosku, że poniekąd jestem szefową wielkiej fabryki (...). Oczywiście, już od jakiegoś czasu on sam zarządza niektórymi sektorami, a moment, w którym całkowicie przejmie kierownictwo zbliża się wielkimi krokami. Mimo iż czasem jestem zmęczona, to trochę mi smutno z tego powodu.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Książki sklecone w taki sposób, z miniaturami pisanymi od września do września przez jedną i drugą na przemian, pojawiają się od czasu do czasu na rynku. Mieliśmy choćby duet Domagalik-Wiśniewski, też bohaterów prasy kobiecej. Tam nadzieją było męsko-żeńskie napięcie (niespełnione), tu uniwersalna (często dramatyczna) relacja matki z córką. Kasia z Dorotką pieką jednak literacki torcik (cytrynową tartę), według domowej receptury, przesłodzony, napompowany promocyjnym potencjałem i banalny jak teksty większości felietonistek kobiecych magazynów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mnie taki towar nie tylko drażni. Mogłyby sobie bowiem spijać własne słowa dwie urodziwe dziewczyny w wieku ciekawym, mogłyby sobie kupować te książki kobietki z towarzysko przyklejonym uśmiechem. Co mnie tam do ich wyrafinowanego poczucia humoru i istotności wynurzeń (mędrzec gadający o bólu z powodu problemów ludzkości działa podobnie). Drażni, bo na sposób telewizyjnego "Szkła kontaktowego" komentuje się tu fragmenty rzeczywistości bez próby wejścia pod powierzchnię. Remonty mieszkania i domu, pieskie psoty, nadzwyczajny Syn i Narzeczony, który jednak nie zdradza, wyjazdy do Zakopanego, no i mama-celebrytka, oznajmiająca pewnego dnia, że chce zatańczyć w telewizji jako gwiazda. A dla odmiany prawie całostronicowy (niestrawny) opis przyrody pióra Kasi. Wszystko i nic. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mędrzec nie generuje niczego dla lansu i zarabiania, przynajmniej wierzy w swoją działalność, autorki tego zbioru zapisków nie mają takich ambicji. Grochola z Szelągowską wydają mi się zbyt inteligentne, by proponować "Makatkę" jako pełnowartościową literaturę o życiu, więc ich robótki ręczne są jedynie kontraktowym produktem zastępczym, który naiwna czytelniczka otrzymuje zamiast. I szybko się orientuje we własnej pomyłce. Jeśli ktoś lubi czytać o tym, co ktoś inny lubi, jakie ma preferencje, przygody, wspomnienia (zwyczajne, oczywiście), to proszę bardzo. Ale czy nie lepiej zanurzyć się we własne życie, swoje awantury, zapatrzeć na osobistą makatkę albo lodówkę z przyczepionymi tam zdjęciami-sentymentami?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy się czyta słowa "jestem już pewna, że życie polega na tym, by się cieszyć", można skrzywić usta w tyle szczerym, co krótkotrwałym porozumieniu. Cieszcie się i radujcie z powodu braku powodu. Z książki, której wyłącznym atutem jest szybkie dotarcie do końca i wyrzucenie jej z zajętej ciekawszymi sprawami pamięci.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;...................&lt;br /&gt;Katarzyna Grochola, Dorota Szelągowska MAKATKA, Wydawnictwo Literackie, 2011&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-81271938970206268?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/81271938970206268'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/81271938970206268'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/06/katarzyna-grochola-dorota-szelagowska.html' title='Katarzyna Grochola, Dorota Szelągowska MAKATKA'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-Lb_h8f01sEM/TfznLqGO0QI/AAAAAAAAAHI/IxrOs071TQM/s72-c/makatka.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-8997224555176075687</id><published>2011-06-09T02:38:00.000-07:00</published><updated>2011-06-13T23:51:45.493-07:00</updated><title type='text'>Marek Krajewski LICZBY CHARONA</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-fSk9DW8GMoI/TfCU54w9vAI/AAAAAAAAAHA/2EoFZZpZLQ8/s1600/lch.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 214px; height: 320px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-fSk9DW8GMoI/TfCU54w9vAI/AAAAAAAAAHA/2EoFZZpZLQ8/s320/lch.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5616152457542220802" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Przeczytanie najnowszej książki Marka Krajewskiego zajmuje mniej więcej 5 godzin, jeśli się czyta od początku do końca* i jeśli czytanie zajmuje odbiorcę prawie bez reszty. Można sobie zrobić krótką przerwę na posiłek, choć na pewno nie tak wystawny jak jarząbki z borówkami lub pularda z rożna z kaszą perłową i szparagami, czyli to, co jedzą Renata z Edwardem w lwowskiej restauracji Louvre.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Styl powieści Krajewskiego jest dziś jednym z dóbr kultury, miejscami przyciężkawy jak komisarz Popielski (tu po czterdziestce), najczęściej doskonale wyważony pomiędzy kunsztowną frazą a nieco prostackimi zachowaniami głównych bohaterów. Są oni wpawdzie doktorami nauk humanistycznych, ale też policyjnymi zabijakami. W tej nowej serii książek Mocka już nie ma, a zadania gliniarza z Breslau przejął w głowach czytelników lwowianin Popielski - Kojak lat 20. i 30. "Liczby Charona" to powieść lepsza od poprzedniej. Autor trochę mocniej pomyślał nad fabułą, wprowadzając ważki element matematyczny, cokolwiek zresztą zbyt zagmatwany i trudny do pojęcia przez mniej ulokowane w ścisłości umysły. Niemal wszystkie drobiazgi podporządkowano biegowi książkowej akcji. Jedynie edukujące wycieczki historyczne mogą lekko drażnić, choć obejmujące powieść klamrą prolog i epilog z bliższych nam czasów, z końca lat 80., dodają literackiemu daniu spod dłoni Marka Krajewskiego smaku wykwintnej przyprawy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O kryminałach pisać niełatwo, bo nie wolno zdradzać wydarzeń, czasem jeden wyjawiony szczegół potrafi odebrać część czytelniczej przyjemności. Powiedzmy tylko tyle, że mamy rok 1929, cofamy się zatem o 10 lat w porównaniu z ubiegłorocznym odcinkiem przypadków Popielskiego. Jego córka Rita, która tam bierze udział w istotnych sytuacjach, tutaj zaledwie umila liczniejsze niż zwykle domowe chwile byłego komisarza, wyrzuconego z policji po burdzie z nowym szefem. Jednakże gdy we Lwowie zdarzają się dwa podobne do siebie zabójstwa, znajduje się dla niepokornego gwałtownika śledcza rola. Któż inny mógłby rozwiązać zagadkę lingwistyczno-matematyczną, jeżeli nie biegły w językach i mordobiciach filolog, zdradzający niespełnioną pasję do liczb (tytułowe "Liczby Charona" to interesujący symbol tajemnicy śmierci). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie brakuje również romansu w najnowszej książce wrocławskiego autora. Tym razem macho Popielski zakochuje się momentami do utraty świadomości, Krajewski stawia swojego satyra nawet w położeniu werterowskim. Obiektem westchnień Łyssego jest ciemnowłosa, zielonooka Żydóweczka, która prosi policjanta o pomoc, niczym dama z opowiadania o Sherlocku Holmesie. Feministki znów nie będą usatysfakcjonowane, a pisarz znowu naraża się na zarzuty o mizoginizm i niepartnerskie traktowanie fikcyjnych kobiet.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dość wcześnie wiadomo, kto zabija, więc najważniejszą zaletą "Liczb Charona" wydaje się nie ilość kryminału w kryminale, lecz swoista rozkosz czytania, działająca kojąco na dolegliwości dnia codziennego. Paradoksalna to kuracja, bowiem treścią powieści wcale nie są rzeczy przyjemne i pożyteczne, tylko przeważnie mroczne i odrażające. Jak by to ujął Hipokrates: &lt;span style="font-style:italic;"&gt;contraria contrariis curantur&lt;/span&gt;*.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;............................................&lt;br /&gt;Marek Krajewski LICZBY CHARONA, Znak, 2011&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* Ab ovo usque ad mala&lt;br /&gt;* Przeciwne leczymy przeciwnym&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-8997224555176075687?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/8997224555176075687'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/8997224555176075687'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/06/marek-krajewski-liczby-charona.html' title='Marek Krajewski LICZBY CHARONA'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-fSk9DW8GMoI/TfCU54w9vAI/AAAAAAAAAHA/2EoFZZpZLQ8/s72-c/lch.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-7877740515606932281</id><published>2011-06-07T00:58:00.000-07:00</published><updated>2011-06-07T00:59:14.122-07:00</updated><title type='text'>MALARSTWO POLSKIE. SYMBOLIZM I MŁODA POLSKA</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/-8W-TFMU348o/TXM-RxlGQ-I/AAAAAAAAAFs/5QgwAEAE0x8/s1600/Malarstwo-Polskie-Symbolizm-I-Mloda-Polska_Irena-Kossowska-Lukasz-Kossowski%252Cimages_big%252C25%252C978-83-213-4669-4.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 233px; height: 320px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-8W-TFMU348o/TXM-RxlGQ-I/AAAAAAAAAFs/5QgwAEAE0x8/s320/Malarstwo-Polskie-Symbolizm-I-Mloda-Polska_Irena-Kossowska-Lukasz-Kossowski%252Cimages_big%252C25%252C978-83-213-4669-4.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5580872838329811938" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Autorom tej książki udała się rzecz trudna do wykonania. Zamierzyli się na opisanie jednego z najatrakcyjniejszych w polskiej sztuce okresów artystycznych, wielokrotnie już komentowanych, więc jakakolwiek nowość jest w temacie właściwie niemożliwa. Ale praca Kossowskich nie tylko podsumowuje to, co wiadome, lecz ma spełnione ambicje własnego spojrzenia na mimo wszystko ciągle tajemnicze efekty działalności artystów szalonej i śmiałej wyobraźni. Autorzy "Symbolizmu i Młodej Polski" zaproponowali też idealny pomysł graficzno-merytorycznej prezentacji poszczególnych dzieł. Wnikliwym, często anegdotycznym, tekstom towarzyszą bowiem miniatury ilustracji, po większe, albumowe reprodukcje możemy sięgnąć kilka stron dalej. Dzięki temu czytelność wywodu ogromnie zyskała, niwelując często dolegającą różnym podobnym wydawnictwom konieczność nieustannego kartkowania, które musi burzyć rytm lektury.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tym bardziej że lektura jest fascynująca. O słynnym "Szale" Podkowińskiego, powstałym po długim czasie wewnętrznych niepokojów twórcy, pisze cytowany przez autorów Przerwa-Tetmajer: "Na rozhukanym koniu, na jakiejś apokaliptycznej bestii rzuconej w chaos (...) na wpół leży naga kobieta (...). Ona płonie - ten rumak szalony to szaleństwo jej pragnień, wulkan jej namiętności lawą zionący i wichrem płomieni, to szał jej krwi, jej wyobraźni, jej ciała". To wzajemne zainteresowanie i inspirowanie się malarzy, poetów dokonaniami innych, tak znamienne dla tej zwłaszcza epoki, punktują Kossowscy konsekwentnie. Historiozoficzno-krytyczna interpretacja postaci Stańczyka, który na płótnie Wyczółkowskiego rozpacza nad marionetkowością polskiej szlachty, była z jednej strony nawiązaniem do wizji Matejki, z drugiej - wpłynęła najpewniej na Wyspiańskiego, by umieścić legendarną postać królewskiego błazna w delirycznym akcie "Wesela".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W pięciu rozdziałach zamknięto niewyjaśnialną do końca tajemnicę i wyjątkowy fenomen prądu czerpiącego zarówno z europejskiej tradycji malarskich form, jak i podejmującego dialog z polską tradycją historyczną, artystyczną, intelektualną. Trzeba bowiem pamiętać, że wykwity fal świadomości i podświadomości artystów naszego symbolizmu nigdy nie były całkowicie wolne od narodowych więzów. Przeciwnie - właśnie zanurzone w swojskim kontekście potrafią działać z tą siłą fatalną, o jakiej pisał wieszcz. "Manifesty symbolizmu", "Mity, legendy, biblijne przypowieści", "Zapisy zmierzchu, wizerunki duszy", "Między nostalgią a fascynacją światłem", "Pejzaż rodzimy, religijny rytuał" - w taki sposób zaprogramowana podróż po niesamowitym fragmencie polskiego malarstwa z przełomu wieków XIX i XX wnika w głąb zjawiska, objaśniając techniki i idee, zbliżając jeszcze bardziej do zrozumienia indywidualnych stylów Malczewskiego, Mehoffera, Ślewińskiego, Weissa i innych. Stylów, które tak wiele miały wspólnego. Jeśli się spojrzy na przykład na zestawione przez autorów portrety pędzla Boznańskiej i Pankiewicza, Weissa i Wyspiańskiego widać podobnie poszukujące oko, ekspresję natchnienia zrodzonego w szczególnym czasie, kiedy tęsknota za nowym światem szkicowała odmienną rzeczywistość malarską.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy "Dziewczynka w niebieskim kapeluszu" spoglądała w tę samą stronę, co Dagny Przybyszewska.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;.................................................&lt;br /&gt;Irena Kossowska, Łukasz Kossowski MALARSTWO POLSKIE. SYMBOLIZM I MŁODA POLSKA, Arkady, 2010&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-7877740515606932281?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/7877740515606932281'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/7877740515606932281'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/06/malarstwo-polskie-symbolizm-i-moda.html' title='MALARSTWO POLSKIE. SYMBOLIZM I MŁODA POLSKA'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-8W-TFMU348o/TXM-RxlGQ-I/AAAAAAAAAFs/5QgwAEAE0x8/s72-c/Malarstwo-Polskie-Symbolizm-I-Mloda-Polska_Irena-Kossowska-Lukasz-Kossowski%252Cimages_big%252C25%252C978-83-213-4669-4.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-159734613572732849</id><published>2011-05-30T04:33:00.000-07:00</published><updated>2011-05-31T01:33:18.640-07:00</updated><title type='text'>DON GIOVANNI (Opera Wrocławska)</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-_XEJ2YtuIK4/TeOC2wGVKUI/AAAAAAAAAG0/TUSPH7ctKVA/s1600/don.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 222px; height: 320px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-_XEJ2YtuIK4/TeOC2wGVKUI/AAAAAAAAAG0/TUSPH7ctKVA/s320/don.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5612473437769771330" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Ktoś, kto chciał zaczerpnąć świeżego powietrza w antrakcie niedzielnego (29.05) przedstawienia, musiał się nadziać na wydzierające się grupy kibiców Śląska Wrocław, które ruszyły na rynek, by świętować wicemistrzostwo swojej drużyny. Ciekawa scena. Z jednej strony towarzystwo operowe, z drugiej zielonośląskowcy. Ale sportowymi osiągnięciami naszych piłkarzy zajmiemy się wtedy, gdy przejdą fazę grupową Ligii Europejskiej. Do tej pory zasługują jedynie na gromkość gardeł garstki kibiców (oby nie kiboli). Na razie polska opera z polskim futbolem wygrywa jak Barcelona z Manchester United. Bezdyskusyjnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Don Giovanni” Mariusza Trelińskiego to udany spektakl, doskonale zaśpiewany i naprawdę dobrze zagrany przez solistów oraz niesamowicie dynamiczną orkiestrę. Jari Hämäläinen wprowadził takie tempo, że energia niektórych scen mogła zawrócić w głowie z mocą czaru, jakim tytułowy bohater mamił prawie dwa tysiące kochanek. W oszczędnej scenografii (Borisa Kudlički), momentami przypominającej salę dyskoteki, reszta należała do artystów. A ci dali popisowe show. Komiczny, ale z pewnymi oznakami sumienia Leporello (Bartosz Urbanowicz, czasami niestety słabo słyszalny), cielęco-pragnąca Zerlina (Joanna Moskowicz), zabawnie i prawdziwie przeżywająca swe zdradzenie Elwira (Anna Bernacka) i wdzięcznie zrezygnowany Masetto (Remigiusz Łukomski) odgrywają swoje role z impetem, dbając o muzyczną perfekcję. Największe wrażenie robi jednak duet Anny i Ottavia, bo w podkreślonej kostiumami Arkadiusa konwencji del’arte oni brzmią serio. Wzruszenie buduje zwłaszcza głos Iwony Sochy, co w połączeniu z jej autentycznym aktorstwem tworzy Postać. Kroku dotrzymuje partnerce klasycznie i czysto śpiewający Rafał Bartmiński. A Don Giovanni?&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Główny bohater w  pierwszym akcie to typ antypatycznie zblazowany, więc trudno zrozumieć tych wszystkich bab fatalne zauroczenie. Ale po przerwie wraca awanturnikowi temperament, gdy trzeba zaplanować nową intrygę i jeszcze raz rzucić się w żywioł niebezpiecznej rozpusty. Znakomity zarówno w słodkiej canzonetcie, jak i w ostatnim tchnieniu Mariusz Godlewski chciałby pewnie z tej roli wycisnąć więcej niż jego imiennik reżyser wymyślił. Bo ma potencjał. Treliński znalazł na Mozartowskie arcydzieło interesujący sposób, wikłając postaci w marionetkową teatralność. To działa, ale do czasu. Kiedy wraz ze zbliżaniem się do końca, wchodzi na scenę realność, dramat, kiedy znikają ledowe pasma światła i chowa się inscenizacja, uwaga widzów też przystaje. Niegłupie (choć przecież niegenialne) libretto da Pontego to za mało, by ją zająć. Na szczęście soliści robią swoje. W tym bardzo dobrym spektaklu najbardziej zaskakuje więc fakt, że jest lepszy w dźwięku niż w obrazie, w śpiewie wspaniałych głosów niż w rozwiązaniach inscenizacyjnych sławnego reżysera.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Można się zżymać na pomysł adaptacji spektaklu wystawianego wcześniej w Warszawie i Los Angeles. Operę Wrocławską stać na absolutną osobność i oryginalność. Można też zrozumieć Ewę Michnik, że po porażce „Czarodziejskiego Fletu” chciała Mozarta dopieścić, prezentując już po raz drugi tytuł przez Trelińskiego sprawdzony na innych scenach. Artystycznego sukcesu „Króla Rogera” najnowszy „Don Giovanni” nie powtarza, lecz publiczność powinna być zachwycona.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;………………………………………&lt;br /&gt;W.A. Mozart DON GIOVANNI, libretto L. da Ponte, reż. M. Treliński, kier. muz. J. Hämäläinen, Opera Wrocławska, 29 maja 2011&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-159734613572732849?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/159734613572732849'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/159734613572732849'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/05/don-giovanni-opera-wrocawska.html' title='DON GIOVANNI (Opera Wrocławska)'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-_XEJ2YtuIK4/TeOC2wGVKUI/AAAAAAAAAG0/TUSPH7ctKVA/s72-c/don.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-9204804421411282182</id><published>2011-05-22T13:21:00.000-07:00</published><updated>2011-05-29T15:35:25.490-07:00</updated><title type='text'>Soyka 7 WIERSZY MIŁOSZA</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-yWniupeifNE/TdlxwJdkOWI/AAAAAAAAAGs/lR4UUIsEz7E/s1600/soyka.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 286px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-yWniupeifNE/TdlxwJdkOWI/AAAAAAAAAGs/lR4UUIsEz7E/s320/soyka.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5609639882854250850" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Manierę Stanisława Soyki trzeba polubić, żeby odczuwać przyjemność ze słuchania. Ja miałem na początku barierę, ale w końcu, po pewnym koncercie, kiedy Soyka wystąpił solo, akompaniując sobie na fortepianie, przekonałem się do dość specyficznego stylu wokalisty przed laty szanowanego zwłaszcza za twórczość jazzową. Uwielbiam właśnie jego wersję przeboju "Czas nas uczy pogody", a Soyka śpiewający "Uciekaj moje serce" wzbudza rzeczywisty szacunek (w przeciwieństwie do, na przykład, Katarzyny Nosowskiej, która tę balladę przekombinowała). Wspaniały jest też choćby duet Stanisława z Nickiem Cave'em. Panowie wykonali utwór "Into my arms" z polsko-angielskim tekstem podczas jednego z pamiętnych wieczorów Przeglądu Piosenki Aktorskiej. Wreszcie ciekawie sobie Soyka poradził jako kompozytor i wykonawca nieznanych tekstów Agnieszki Osieckiej na ubiegłorocznej płycie "Tylko brać". Można by więc pomyśleć: artysta w wielkiej formie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niestety, w ręce wpadł mi właśnie najnowszy album, albumik właściwie, na którym można usłyszeć wiersze Czesława Miłosza w interpretacji Stanisława Soyki, także autora muzyki do tytułowych "7 wierszy" naszego noblisty. Trzeba na tę płytę spoglądać z podejrzliwością, skoro trwa kolejny w polskiej kulturze Rok, czyli eksplozja eksploatowania ważnego artysty. Czy spotyka się tu szczera chęć nagrania poezji Miłosza z okazją setnej rocznicy jego urodzin, czy jednak powstaniu "7 wierszy" towarzyszył jakiś koniunkturalny impuls? Rzecz składa się bowiem z owych zaledwie kilku piosenek, a więc jest niepełnometrażowa, kosztując całe 38,99 PLN. Jakkolwiek by było, jeśli bronią się same utwory, to właściwie czemu nie?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Początek mamy trochę teatralny. "Stary człowiek ogląda TV" to taka pięciominutowa poetycko-muzyczna "Ostatnia taśma Krappa", z dialogiem skrzypiec i głosu, z zaskakującym brzmieniem puentujących tekst słów: Więc nie do końca / Nam się ta ziemia podoba / I właśnie do tego / Moglibyście układać muzykę i słowa. Początek może pomysłowy, lecz cokolwiek niedorzeczny, bo akurat tego wiersza w ramę nut nie powinno się wkładać. Traci swoją moc. Druga piosenka, singlowy hymn "Na cześć księdza Baki", zaśpiewany w duecie z Czesławem Mozilem (on też zapowiada swoją osobną płytę z Miłoszem) chwyta i działa. Gitarowy rytm, bezpretensjonalne śpiewanie (co u Soyki zdarza się, jak wiadomo, nieczęsto) to idealny pomysł na stylizowaną perełkę spod pióra poety. Na singiel świetne, stroną B byłby umieszczony na albumie jako numer czwarty utwór "Zapomnij", bardzo w soykowym klimacie z hitów takich jak "Tolerancja" czy "Cud niepamięci". Wcześniejsza "Piosenka pasterska" zwyczajnie nudzi banalną nutą, a legendarny wiersz pt. "Który skrzywdziłeś" psuje zbyt lekko wymyślona partytura i wokalista, który ekspresji Czesława Niemena nie ma. Ma inne zalety. Nie należy do nich autopowtórka. Taką bowiem refleksję dopowiadają przedostatnie "Jasności promieniste".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Soyka nie proponuje tu nic nowego, komponuje jak do własnych tekstów, śpiewa jak zawsze. Jego płyty poetyckie (do "Tryptyku rzymskiego" Jana Pawła II czy sonetów Szekspira) bywały oryginalne, ta nie jest. Może wydano ją zbyt pochopnie? Może warto było poczekać na wenę i dołożyć drugie siedem wierszy, żeby było i za co zapłacić, i czego posłuchać przez kolejne 27'24" (tyle trwa całość, zakończona pięciominutowym instrumentalem)? Dwa numery z tego zestawu i tak już przecież znamy z opublikowanego 2 lata temu "Studia Wąchock". A tak - wyszedł rarytas, no, ciekawostka dla fanów Soyki i przekąska na Miłoszową wiosnę. Daniem głównym ma za to szansę stać się zapowiadany na czerwiec również okolicznościowy album Agi Zaryan, bo chyba nie jesienna propozycja Mozila, w której smak jakoś trudno mi uwierzyć.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;.................................................&lt;br /&gt;Stanisław Soyka 7 WIERSZY CZESŁAWA MIŁOSZA, Universal Music Polska, 2011&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-9204804421411282182?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/9204804421411282182'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/9204804421411282182'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/05/soyka-7-wierszy-miosza.html' title='Soyka 7 WIERSZY MIŁOSZA'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/-yWniupeifNE/TdlxwJdkOWI/AAAAAAAAAGs/lR4UUIsEz7E/s72-c/soyka.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-2385114115917768190</id><published>2011-05-15T16:05:00.001-07:00</published><updated>2011-05-29T15:36:18.818-07:00</updated><title type='text'>DŻOB (Teatr Capitol)</title><content type='html'>Jeśli jesteś, drogi Czytelniku, żądny zabawy i tylko zabawy, jeśli lubisz się śmiać i tylko śmiać, po prostu idź na „Dżoba”, nie pożałujesz. Nie czytaj tej recenzji! Bo może Ci mój tekst zwyczajnie odjąć część euforii, a nawet skłonić, by w antrakcie nie ustawić się w kolejce po bigos i mięso, co byłoby chyba dla Ciebie nie teges. „Dżob” Konrada Imieli i Mariusza Kiljana to koncert-spektakl niebywały, znakomity, wesoły, ale i porządnie przygnębiający. Niemożliwe?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dżob, czyli chałtura, jest zjawiskiem tak częstym w życiu aktora, jak weekend. Znam wielu, których rzeczywistość festynu, występu w centrum handlowym, na imprezie integracyjnej firmy X nie ominęła. Znam niewielu, którzy przetrwali bez takiego udziału. Imiela i Kiljan należą do pierwszego podzbioru. W późnych latach 90. ubiegłego już wieku objechali Karpacz, Opole i inne miasta- mieściny, obsłużyli Dni Buraka Cukrowego, imieniny Krystyny i tak dalej. „Miał być raj, miał być cud, a tu ćwiartka na popicie” – pisała Osiecka w „Sztucznym miodzie”, autorka wykorzystana i w „Dżobie”, bo gdy się intonuje „dziś prawdziwych Cyganów już nie ma”, to „cała sala śpiewa z nami” i „hej amore”. Najczęściej na wyraźne i nierzadko wprost wykrzyczane (z obowiązkowym przekleństwem) życzenie szanownej publiczności. Ktoś tam kiedyś sugerował, iż na coś „nie ma ceny”, „nie kupisz weny” itp., ktoś był w ciężkim błędzie. Istnieje bowiem jedynie kwestia ceny. Aktorzy historycznego Teatru Polskiego, spod skrzydeł Lupy i Jarockiego wyrywają się w teren, bo chcą i muszą zarobić. I nawet gdyby zadzwonił sam Wajda z poważną propozycją, najpierw spojrzeliby w kalendarz, czy aby priorytetowy termin biesiady nie koliduje z karierą, misją, wyzwaniem, sztuką.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spektakl dwóch wrocławskich gwiazdorów (oraz zespołu biegłych akompaniatorów w składzie: Adam Skrzypek, Rafał Karasiewicz, Dariusz Kaliszuk) przynosi dwugodzinną porcję solidnej rozrywki skomponowanej ze szlagierów typu „Czarny Alibaba” czy przebojów Kapeli Czerniakowskiej. Na prośbę rektora uniwersytetu rysowani grubą kreską przez Konrada i Mariusza artyści wygrzebią „Mambo Spinozę”, przejaw ironicznego talentu Starszych Panów (co widzom „Dżoba” akurat podoba się chyba najmniej), dla żony pana dyrektora zaśpiewają „Piosenkę o pokemonach” Bartka Kalinowskiego, też przecież wymyśloną nie na serio. Potrafią zmienić repertuar w minutę, założyć dziwny kostium, dojechać kolorowym busem do byle dziury, odpowiadając na zamówienie. Scenariusz tego koncertu z pewnością w jakimś procencie napisało życie, lecz pod powierzchnią owej repertuarowej brylantyny, znajdziemy w „Dżobie” brylant: podsumowanie naszej epoki, charakteru zabieganych, rozchałturzonych, bezgustych Polaków z przełomu wieków. I dzieje się ta diagnoza na oczach publiki bez przymrużenia oka. Imiela i Kiljan robią z siebie pośmiewisko i totalny kabaret, a jednak z każdą kolejną pieśnią i scenką obserwowaną na ekranie, dialogiem z głośników, a nawet wonią gotującej się strawy, śmiech staje się smutkiem podszyty. Nie niknąc z ust. Zwykle komedianci kierują się zasadą, by kreowane przez nich postaci wydawały się głupsze od widzów, tutaj, zdaje się, bywa odwrotnie. Zwłaszcza że aktorzy tego wieczoru nawiązują także do własnej biografii tragicznej (śpiączka Kiljana, pobicie i operacja Imieli).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„A czy nam coś ta wiedza da?”, jeszcze raz zacytujmy Osiecką. Pojęcia nie mam. Grupa dziewcząt siedzących za mną i twistująco-tupiąco-konsumujące towarzystwo obok nie zdradzali refleksyjnego nastroju. Oni się świetnie bawili i basta. Też fajnie. Dla mnie jednak „Dżob” jest przedstawieniem o czymś absolutnie podstawowym, o nich, o nas, o mnie, o tu i teraz. Przebiegle, bo przerysowanie a subtelnie, opowiada pewną historię, by powiedzieć prawdę o osobach teatru realnego życia. Wszyscy w tej gonitwie uczestniczymy. Niesamowite, w wieku około 40 lat Konrad Imiela i Mariusz Kiljan mają naprawdę świetny, otwarty na ewolucję, spektakl, którym mogą uczcić każdy ze swoich przyszłych artystycznych jubileuszy. Chciałbym zobaczyć, jak sobie radzą w „Dżobie” za lat 30.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;........................................&lt;br /&gt;DŻOB, Teatr Muzyczny Capitol, 15 maja 2011&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-2385114115917768190?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/2385114115917768190'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/2385114115917768190'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/05/dzob.html' title='DŻOB (Teatr Capitol)'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-409351448592481634</id><published>2011-05-03T05:21:00.000-07:00</published><updated>2011-05-08T13:45:22.878-07:00</updated><title type='text'>MUSIAŁAM ODEJŚĆ</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-u8Hf1-2SFhk/Tb_0EVO5QiI/AAAAAAAAAGc/oUmSQuXhuJw/s1600/BinLaden_Musialamodejsc_500px.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 140px; height: 200px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-u8Hf1-2SFhk/Tb_0EVO5QiI/AAAAAAAAAGc/oUmSQuXhuJw/s320/BinLaden_Musialamodejsc_500px.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5602464816728457762" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;A któż to jest ten mały dzidziuś w kaftaniku? / Toż to mały Adolfek, syn państwa Hitlerów! / Może wyrośnie na doktora praw? / Albo będzie tenorem w operze wiedeńskiej?&lt;/span&gt; Zastanawiała się kiedyś poetycko Szymborska, opisując "Pierwszą fotografię Hitlera". Przypomniał mi się ten wiersz, kiedy czytałem, jak Nadżwa Bin Laden wspomina swojego późniejszego męża: "był delikatny, ale nie słaby", "poważny, ale przystępny", "nigdy wcześniej nie znałam chłopca, który by był tak spokojny i mówił w tak łagodny sposób". I zrywał dla niej winogrona, a jego "czujne spojrzenie budziło dreszcz nieznanej emocji". &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Musiałam odejść" zaczyna się od wspomnienia Nadżwy, która jako piętnastolatka poślubiła Osamę Bin Ladena. W ojczystej Syrii wzrastała w rodzinie liberalnej, jeździła na rowerze, grała w tenisa, malowała obrazy. Po ślubie z o rok starszym kuzynem z Arabii Saudyjskiej zmieniło się wszystko. Zamiast sukienek wolno jej było nosić tylko czarne szaty, zakrywające całe ciało i twarz, dnie spędzała głównie w domu, początkowo sama (mąż się uczył i pracował), potem opiekując się dziećmi. Już w czasie wojny w Afganistanie przyszedł na świat czwarty syn Omar, drugi narrator tej opowieści. Jego ojciec porzucił studia, by zaangażować się nie w pomnażanie fortuny Bin Ladenów, właścicieli firmy budowlanej, lecz w walkę o wiarę. "Mój ojciec nie zawsze kierował się w życiu nienawiścią i nie zawsze był człowiekiem znienawidzonym przez innych" - pisze Omar. Umiał się śmiać, choć nieczęsto. Miał fenomenalną pamięć, potrafił (również w sytuacjach towarzyskich) rozwiązywać skomplikowane matematyczne rachunki bez kalkulatora czy kartki. Dzięki zasługom w wojnie przeciw Związkowi Radzieckiemu zyskał sławę. I mniej więcej wtedy mentalnie odleciał w swój świat wypełniony misją dżihadu. Coraz liczniejsza rodzina zaczęła mieszkać w coraz surowszych warunkach, bez nowoczesnych sprzętów, z lodówką włącznie (bo "modernizacja szerzy zepsucie wśród muzułmanów"). Dzieci, które rodziły się również z kolejnych małżeństw w ramach uświęconej religią poligamii, nie miały zabawek. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Obie relacje, Nadżwy i Omara, przeplatają się w tej spisanej przez Jean Sasson książce, kreśląc chronologiczną kronikę dziejów Bin Ladenów od lat siedemdziesiątych do września 2001. Nie jest to rzecz fascynująca, ale interesuje. Wybór Nadżwy ani przez chwilę nie podlega dyskusji, skoro ona sama "wszystkie życiowe sprawy zawierza Bogu" i dopiero po namowach Omara, na kilka dni przed atakiem na World Trade Center, opuszcza Osamę, wyjeżdżając z Afganistanu do Syrii, zabierając ze sobą tylko troje dzieci (pozostałych ojciec nie puścił, ich losu nie znamy, najprawdopodobniej zginęły). Nadżwa kończy swoją opowieść zdaniem o krwawiącym sercu matki myślącej też o "cierpieniu wszystkich innych matek, które więcej nie zobaczą swych córek i synów". Ciekawsza, bo bardziej złożona, wydaje się historia Omara, szykowanego przez ojca na następcę. Od początkowego zapatrzenia w bojownika-bohatera do finalnego buntu 30-letni dziś mężczyzna opisuje własną drogę do pacyfizmu. "Nie jestem do niego podobny. Podczas gdy on modli się o wojnę, ja błagam o pokój" - wyznaje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Musiałam odejść" to tytuł mylący. W oryginale stoi trudna do przetłumaczenia fraza "Growing Up Bin Laden", mówiąca o dorastaniu, dorośleniu, dojrzewaniu. Polski tytuł wyjściowo kładzie akcent na wersję kobiety i w ten sposób książka zostaje zaadresowana do czytelniczek. A gdyby nie Omar, ona by nie odeszła. Nie zrobiła tego wcześniej, ze względu na religię i dzieci, młodzieńczą miłość, pewnie nie zrobiłaby i później, mimo wszystko. Osama powiedział jej w ostatniej rozmowie, że na rozwód nie ma co liczyć (rozwiodła się tylko druga żona Bin Ladena Saudyjka Chadżidża, jeszcze w 1993 roku). Więc nie posłuszna Nadżwa jest tutaj najważniejsza, lecz syn. Ten dzidziuś, który w brzuchu kopał najmocniej, którego matka karmiła dłużej niż trzech starszych potomków, ubierała w sekrecie w dziewczęce stroje. Którego raz jedyny tata wziął na ręce i przytulił, a po latach polecił, by wraz z braćmi zapisał się w meczecie jako kandydat na zamachowca-samobójcę. Ten mały Omarek, syn państwa Bin Ladenów, który wyrósł na przedsiębiorcę budowlanego, ożenił się z Brytyjką, ma syna, mieszka w Dżuddzie, gdzie zaczęło się wspólne życie Nadżwy i Osamy, gdzie jego dziadek tworzył ekonomiczną potęgę najbogatszej niekrólewskiej rodziny w Arabii Saudyjskiej.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;...................&lt;br /&gt;Jean Sasson, Nadżwa Bin Laden, Omar Bin Laden MUSIAŁAM ODEJSĆ. Wspomnienia żony i syna Osamy bin Ladena, przeł. A. Sokołowska-Ostapko, Znak, 2011&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-409351448592481634?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/409351448592481634'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/409351448592481634'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/05/musiaam-odejsc.html' title='MUSIAŁAM ODEJŚĆ'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/-u8Hf1-2SFhk/Tb_0EVO5QiI/AAAAAAAAAGc/oUmSQuXhuJw/s72-c/BinLaden_Musialamodejsc_500px.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-4323604281193110992</id><published>2011-04-21T10:59:00.000-07:00</published><updated>2011-05-05T11:29:22.105-07:00</updated><title type='text'>Nick Trout MIŁOŚĆ TO NAJLEPSZE LEKARSTWO</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-KKFngrrGb1k/TcLsf7nl1tI/AAAAAAAAAGk/tTn-QPbKVts/s1600/2189.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 320px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-KKFngrrGb1k/TcLsf7nl1tI/AAAAAAAAAGk/tTn-QPbKVts/s320/2189.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5603300919726167762" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Weterynarz piszący powieści to na rynku wydawniczym nic nowego. Czytelnicy sięgając po książki Herriota, Sumińskiej, czy właśnie Trouta liczą zapewne na to, że oprócz zwierzęcych bohaterów znajdą w tych lekturach kilka pożytecznych, praktycznych, czy też naukowych informacji. I tak rzeczywiście jest, ale chociaż w tej historii nie brakuje medycznego żargonu, w naszych polskich realiach najnowszą książkę Trouta czyta się raczej jak bajkę lub opowieść z gatunku science-fiction. A jednak, jak sam autor podkreśla we wstępie, to, o czym opowiada wydarzyło się naprawdę, a historie podobne do tych opisanych w książce mają miejsce codziennie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dr Nick Trout to ceniony chirurg weterynaryjny. Pracuje razem z 70 innymi weterynarzami w znanej bostońskiej klinice Angell Animal Medical Center, gdzie w 26 doskonale wyposażonych gabinetach każdego dnia przyjmują liczną gromadę zwierzęcych pacjentów. Trout jest weterynarzem z powołania, a za cel swojej pracy uważa „wzmacnianie i służenie miłości”. Miłości, która łączy człowieka i jego psa, kota, papugę czy chomika. W amerykańskiej klinice lekarze walczą o życie pacjentów i nie ma znaczenia, czy pacjent to „czteroletni królik o imieniu Atlas z dużą puchliną na dolnej szczęce”, który po kilku wizytach u dentysty trafia wreszcie na stół operacyjny doktora Trouta, czy niedoszły reproduktor, basset Łobuz, ze skręconą łapą. Każde życie się liczy, każdy przypadek zasługuje na prawdziwą batalię toczoną przez sztab specjalistów. Czytelnika w znanych nam realiach zadziwia nie tylko ładunek emocji i poświęcenia z jakim weterynarze walczą o życie pacjentów, ale także to, jak bardzo takie podejście jest dla bostońskich lekarzy oczywiste. A sposób, w jaki Trout przedstawia nam swoją codzienną pracę sprawia, że czytając o operacji królika, czujemy się, jakbyśmy mieli do czynienia z powieścią sensacyjną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszyscy pacjenci są dla Trouta czymś znacznie więcej niż tylko medycznym przypadkiem, każdy z nich zasługuje na własną opowieść. Ta historia ma dwie główne bohaterki: Cleo i Helen. Wydaje się, że wszystko je różni: Cleo jest młodziutkim ratlerkiem, spełnieniem marzeń swojej opiekunki, a Helen to stary spaniel, porzucony i zaniedbany, szczęśliwie postawiony przed szansą na nowe, wspaniałe życie. Drogi Cleo i Helen krzyżują się za sprawą weterynarza, któremu powierzono medyczną opiekę nad nimi i to właśnie on postanowił opisać ich dzieje. A czytelnik z przyjemnością i wzruszeniem dzieli z autorem niewymuszone emocje, bez wahania wierząc w przesłanie o głębokim uczuciu, które może łączyć człowieka i zwierzę, które jest w stanie odmienić życie i pokonuje śmierć. Przypadkowi, niezaangażowani w psio-ludzki świat lekturożercy na książkę Trouta nie trafią, a szkoda, może coś by się u nas zmieniło, mniej byłoby doniesień o przemocy wobec zwierząt. Bo „Miłość to najlepsze lekarstwo” gra nie tylko sentymentami i familijnym klimatem. Daje też odrobinę nadziei, że relacja między ssakiem i ssakiem może być lepsza.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;...................&lt;br /&gt;Nick Trout MIŁOŚĆ TO NAJLEPSZE LEKARSTWO, przeł. A. Sak, Wydawnictwo Literackie, 2011&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-4323604281193110992?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/4323604281193110992'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/4323604281193110992'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/04/nick-trout-miosc-to-najlepsze-lekarstwo.html' title='Nick Trout MIŁOŚĆ TO NAJLEPSZE LEKARSTWO'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-KKFngrrGb1k/TcLsf7nl1tI/AAAAAAAAAGk/tTn-QPbKVts/s72-c/2189.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-973207265193317710</id><published>2011-04-17T00:48:00.000-07:00</published><updated>2011-04-17T07:01:43.697-07:00</updated><title type='text'>SZTANDAR ZE SPÓDNICY</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-Z-vmp-mdBQQ/TarNXaOQYYI/AAAAAAAAAGU/6bZCzDtC66s/s1600/2011-04-13%2B18.11.52.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-Z-vmp-mdBQQ/TarNXaOQYYI/AAAAAAAAAGU/6bZCzDtC66s/s320/2011-04-13%2B18.11.52.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5596511289021063554" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Jest w tym spektaklu kilka ciekawych pomysłów inscenizacyjnych, są ambicje kulturowego komentarza, interesująco wymyślona muzyka (Maria Rumińska), scenografia i kostiumy zaprojektowane z głową (Diana Marszałek). Jest też kiepski scenariusz, tekst, który po kwadransie niemiłosiernie szeleści, z którym aktorki radzą sobie średnio. Bo nie mają co grać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwszy akt to powrót do czasów Gabrieli Zapolskiej, autorki wybranych przez reżyserkę Ulę Kijak fragmentów sztuk, prozy, listów, publicystyki. Ubrane w kostiumy z epoki aktorki (w przedstawieniu zrealizowanym wyłącznie przez kobiety występują tylko kobiety) ośmieszają kolejne żeńskie stereotypy. Na scenie pojawiają się: Emancypantka, Kokota, Naiwne Cielę (zaskakująco komediowa Anna Kieca), Cierpiętnica, Spryciula (ciekawa Aleksandra Listwan), Wredna Baba (przyzwoita, zasługująca na lepsze role Ewelina Paszke-Lowitzsch), Głupia Idiotka, Wieśniaczka (ekspresyjna, choć niezdecydowana gwarowo Agata Skowrońska), Babunia. W drugim akcie zmienia się zaledwie czas akcji (lata pięćdziesiąte?). Widzimy obrazki z życia owych babocieląt. Każda z nich wygłosi w pewnym momencie retoryczne zapytanie o przyszłość, czyli ślub, a więc, w tamtych czasach, kobiece być albo nie być. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na stronie internetowej teatru czytamy: „Postaci kobiet są u Zapolskiej zawsze krwiste i bardzo mocno osadzone w swoich poglądach – zauważa Ula Kijak, – zawsze gotowe są walczyć o swoje przekonania do ostatniej kropli krwi i przekonywać świat cały, że jest tak właśnie, jak one same to widzą". Nic z tego nie zostało w scenicznym "Sztandarze ze spódnicy". Postaci teatralne są tylko teatralne, mamy do czynienia z ludzkimi manekinami powtarzającymi swoje nadto dobrze znane mantry. Co z tego, że całość zaprogramowano w konwencji filmowych klipów ze stopklatkami po każdym kolejnym ujęciu. Przez chwilę może to intrygować, po chwili irytuje. Brakuje treści. Czy naprawdę po to się chodzi dziś do teatru, żeby przez dwie i pół godziny słuchać wyświechtanych gadek, obserwować płaskie charaktery, współczując jedynie szyjącym grubym ściegiem wykonawczyniom?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zdaje się, że nietrafiony był pomysł wyjściowy. Zamiast wystawić pełną sztukę i za jej pomocą wyrazić zmienność-niezmienność kobiecych celów, typów, Ula Kijak porwała się na patchwork z podobnych elementów. I poległa, pociągając za sobą pozostałe uczestniczki tego maratonu uniesień nie do zniesienia. Zabrakło tutaj choćby jednej kobiety niejednowymiarowej, która mogłaby jeśli nie zafascynować, to dać się zrozumieć współczesnym widzom. Może należało zrobić po prostu spektakl o Zapolskiej, bohaterce skomplikowanej, a nie babrać się w beztlenowym sosie gotowanym już setki razy?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy wyszedłem na przerwę, zapytałem znajomą o jej odczucia, bo, pomyślałem, kobiecy punkt widzenia bywa różny od męskiego, tak jak świat piłki nożnej od lekcji salsy. Ale nie. Mieliśmy podobne wrażenie co do wyważania otwartych drzwi i mielenia mięsa spożytego. 10 lat temu ta sztuka odbiłaby się pewnie innym echem, ale dzisiaj, przy naszej świadomości? "Sztandar ze spódnicy" polecam tylko zapalonym czytelniczkom magazynów dla pań (tych z niższej półki), tym, dla których najważniejsze jest wyjść za mąż (byle wyjść za mąż), plotki i to, co ludzie powiedzą, tym, które nie słyszały o seksdżenderze, a pani Dulska żyje obok, a nawet wewnątrz nich. To prawdopodobnie ciągle pokaźna publiczność.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z tym, że, jak to się mówi: nie ma chemii między aktorkami, nie ma kontaktu między sceną a widownią. Parę efektownych, choć dalekich od błyskotliwości, zbiorowych grepsów choreograficznych (z żelazkami, wózkami, wiadrami i ziemniakami) oraz podsumowujący finał już w XXI wieku nie wystarczy, żeby z pustego nalać. W ostatniej scenie aktorki najpierw błądzą w czarnych garniturach z nałożonymi na biodra czerwonymi sukiennymi kloszami, potem parafrazują pokutną modlitwę: spowiadam się Bogu wszechmogącemu i wam, bracia i siostry, że zgrzeszyłam idąc do pracy/nie idąc do pracy, chcąc/nie chcąc mieć dziecka, chcąc być człowiekiem. I trzeba dużo dobrej woli, by do tak pasjonującej puenty dotrwać.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;.................................................&lt;br /&gt;SZTANDAR ZE SPÓDNICY wg tekstów Gabrieli Zapolskiej, reż. U. Kijak, Wrocławski Teatr Współczesny, 16 kwietnia 2011&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-973207265193317710?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/973207265193317710'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/973207265193317710'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/04/sztandar-ze-spodnicy.html' title='SZTANDAR ZE SPÓDNICY'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-Z-vmp-mdBQQ/TarNXaOQYYI/AAAAAAAAAGU/6bZCzDtC66s/s72-c/2011-04-13%2B18.11.52.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-8607460386751004476</id><published>2011-04-12T11:35:00.001-07:00</published><updated>2011-05-08T13:58:05.324-07:00</updated><title type='text'>TĘCZOWA TRYBUNA 2012</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-MREeS0T5F2I/TaShg6ug9bI/AAAAAAAAAGM/sNKbYI4ytnU/s1600/tt-pudel.jpeg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 290px; height: 195px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-MREeS0T5F2I/TaShg6ug9bI/AAAAAAAAAGM/sNKbYI4ytnU/s320/tt-pudel.jpeg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5594774223993238962" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Odwalili autorzy "Tęczowej trybuny" kawał treningowej roboty, kreśląc wyraziste postaci, dając im (także dzięki jednemu z najlepszych w Polsce zespołów aktorskich) dusze, podejmując całą listę niezałatwionych tematów naszej rzeczywistości. Jednego nie potrafili: kreślić, kreślić, kreślić, by powstało przedstawienie i ważne, i zajmujące, i atrakcyjne. Tną tutaj tylko metaforyczne komary. Ich europejska plaga stawia pod znakiem zapytania organizację Euro 2012, wprowadza podważający niepokój. Strzępka i Demirski zrezygnowali z chronologii wydarzeń, akcentując zdarzenia i opinie, nie sam przebieg fabuły. Tyle że to, co do przerwy sprawdza się fantastycznie, wartko napisane, wyreżyserowane i grane, po przerwie męczy. W futbolu też tak bywa. 45 minut ciągłych sytuacji podbramkowych, czasem kilka goli, kibice zachwyceni, a po ponownym wyjściu z szatni tempo siada, nogi nie niosą, przeważają długie podania, mniej koronkowych akcji lub szybkich ataków skrzydłami. A każda z teatralnych części trwa w dodatku ponad półtorej godziny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zawiązuje się więc inicjatywa homoseksualistów walczących o przestrzeń do bezpiecznego oglądania piłkarskich meczów podczas Euro 2012, zostają sportretowani poszczególni jej uczestnicy, wszystko w klimacie hippisowskiej komuny, z energią solidarnościowego poruszenia. Nauczyciel (Adam Cywka na swoim, wysokim, poziomie) upija się piwem przed ekranem telewizora z Ligą Mistrzów. Jest ojcem, swoją orientację zrozumiał po związku z kobietą, a może tylko coming-out odbył się późno. Kelner (totalny, rewelacyjny Marcin Pempuś) to nieudacznik z godnością i, jak się potem okazuje, charakterem, Ikona (wyrazisty Igor Kujawski) reprezentuje typ biznesmena-geja, który w życiu sobie radzi jak człowiek, podobnie Trener i Aktor (doskonały Jakub Giel). Czy są szczęśliwi? Oczywiście nie, skoro potrzebują powstańczego zrywu i publiczno-prywatnej akceptacji. Galerię uzupełniają: Pan Spisek (żarliwy Michał Majnicz), zagubiony w tym towarzystwie Hetero-Homo (przeciekawy Mariusz Kiljan) i Dragqueen-Boruc, czyli Michał Chorosiński (wyśmienita rola). Artura Boruca zaprogramowano na sceniczny symbol sławnego piłkarza-geja, a więc kogoś, kto nie istnieje (bo wiadomo, że w futbolu homoseksualistów nie ma, a polskie autostrady przed Euro 2012 jednak w komplecie powstaną). Boruc, Christiano Ronaldo i Ebi Smolarek z plakatów służą w tej sztuce również jako ścienni idole nastolatka i marzenie masturbacyjne byłej żony Nauczyciela (świetna Katarzyna Strączek). W takich to meandrach łysy Kibic (bardzo dobry Michał Mrozek) zbrata się z Kelnerem, a ortodoksyjni członkowie klubu pseudokibica toruńskiej Elany, wykluczeni ze stadionowej widowni, w celu zmiany wizerunku, gwoli powrotu na trybuny, zaangażują się w działalność charytatywną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po przerwie okaże sie, że bitwy o tęczową trybunę nie da się wygrać. Z politykami-urzędnikami. W utopijno-antyutopijnej wizji Demirskiego i Strzępki to władza przeszkadza ludziom pokochać inność. Władza, która za nic lub pozory bierze niebotyczne pensje, cwaniacy utrzymujący ideologiczno-ekonomiczne status quo. Geje i transseksualista w habicie (Agata Skowrońska - oklaski!) mogą sobie poprotestować albo odnieść zawodowy sukces, wypiąć się na mniejszości, żyć własnym, indywidualnym etosem (jak karykaturalnie sportretowany tu Krzysztof Warlikowski). Strzępka i Demirski nie lubią tych na górze, artystycznie ujmują się za słabszymi. Słusznie. Pani Prezydent Hanna (brawa dla Jolanty Zalewskiej) i jej przyboczny (owacje dla Michała Opalińskiego) sami znajdą sposób, "na swej wadze położą nie raz". Jakimś cudem znów zwyciężą w wyborach, tak jak znów zdarzy się cud, gdy na mecz polskich piłkarzy przyjdą widzowie. Pada znamienne zdanie: i piłkarze, i urzędnicy niewiele umieją. Idąc tak daleko w próbie przesuwania społecznych granic, a nawet ich wymazywania, w kolejnych kontrapunktowanych ironią błyskotliwych dekonstrukcjach i poważnych wołaniach o nowy porządek, reżyserka i dramaturg są socjalistami i liberałami w jednym. Coraz też szerzej portretują świat. Bezkompromisowo, ale też bez umiarkowania. Im bliżej końca (którego nie widać) "Tęczowa trybuna" grzeszy niemożliwą do strawienia w takiej ilości retoryką. Na tylu monologach trzeba połamać zęby i nawet tak wspaniali aktorzy, takim tekstem, nie mogą utrzymać zainteresowania widza do finału na zamienionej w kawałek stadionu Scenie im. Grzegorzewskiego. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po obejrzeniu tego zbyt długiego spektaklu najważniejsze wydaje mi się pytanie: czy to jest aby nasz świat? Skoro na pojawiającą się w trakcie przedstawienia propozycję podpisu pod petycją ws. tęczowej trybuny odpowiadają nieliczni. W sytuacji teatru taka oferta to rzecz ryzykowna. Nie wychodzi na scenę gej-autentyk, nie przekonuje do swojej racji ktoś z prawdziwego stowarzyszenia. Jaką wartość ma ewentualny podpis? Wartość teatralnego chwytu. Oglądałem ten spektakl 10 kwietnia, więc jedna myśl dziwić nie powinna: chciałbym, żeby tak ambitnie zaplanowaną sztukę Paweł Demirski napisał o Polaków przypadkach posmoleńskich. Żeby, tak jak tutaj, włożył każdemu bohaterowi do ust osobisty monolog, może nawet piosenkę, prezentując społecznie niejednoznaczny i artystycznie mocny obraz, chyba jednak ważniejszy niż tęczowe trybuny, bardziej lub mniej marginesowe inicjatywy inne (dziennikarze wobec komercjalizacji mediów publicznych). Osobami dramatu mogliby być: Brat-Prezes, Redaktor Jaś z Siostrą Ewą, Pełnomocnik Rodzin Tych, Występujący W Imieniu Tamtych, Ludzie Spod Krzyża Którego Nie Ma Już Pod Pałacem, Polonus, Polak Raczej Normalny, Dziennikarz Niebieskiej Stacji, Ksiądz Który Długo Milczy, Kawalarze z Krakowskiego Przedmieścia, Krytyk Sławek, Prezydent Nie Wszystkich Polaków i tak dalej. Demirski wymyśliłby tysiąckrotnie lepiej. Znalazłoby się miejsce dla Pani Prezydent Hani i Grupy Gejów z "Tęczowej trybuny". Mój postulat motywuję i podziwem, i niedosytem po obejrzeniu najnowszej realizacji Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego. Pod czym się otwarcie podpisuję.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;.................................................&lt;br /&gt;Paweł Demirski TĘCZOWA TRYBUNA 2012, reż. M. Strzępka, Teatr Polski we Wrocławiu, 10 kwietnia 2011&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-8607460386751004476?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/8607460386751004476'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/8607460386751004476'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/04/teczowa-trybuna-2012.html' title='TĘCZOWA TRYBUNA 2012'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-MREeS0T5F2I/TaShg6ug9bI/AAAAAAAAAGM/sNKbYI4ytnU/s72-c/tt-pudel.jpeg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-8557546837940272836</id><published>2011-04-02T14:33:00.000-07:00</published><updated>2011-04-12T11:47:05.658-07:00</updated><title type='text'>POŻEGNANIE JESIENI</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/-l-bcFZIOztQ/TaSeKA0N3wI/AAAAAAAAAGE/ksUXqIpgG7Y/s1600/plakat_pozegnanie-jesieni.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 221px; height: 320px;" src="http://4.bp.blogspot.com/-l-bcFZIOztQ/TaSeKA0N3wI/AAAAAAAAAGE/ksUXqIpgG7Y/s320/plakat_pozegnanie-jesieni.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5594770531955891970" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Widać po tym spektaklu pracę, jaką musieli wykonać realizatorzy. Od teatralnie czytelnej adaptacji (Tomasza Kireńczuka i Piotra Siekluckiego), poprzez baletowy ruch (szczególne brawa dla Marty Malikowskiej-Szymkiewicz i Michała Szweda) do pomysłów na postacie (wyróżniam Dariusza Maja, ale pozostali też na pochwały zasługują). Momentami myślałem nawet, że witkacowski styl powinien odpowiadać dzisiejszej młodości, bo potrafi skrywać poważny stan pod powierzchnią automatycznych pokazowych gestów i ról. Momentami wydawało mi się, iż tego Witkacego napisał Gombrowicz; pojedynek Tempego z Wyprztykiem (Michnika z Dziwiszem?) przypomina starcie Miętusa z Syfonem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Błazeńska nuta i przeciągnięte tonacje poszczególnych charakterów ładnie to wrocławskie "Pożegnanie jesieni" otwierają. Od razu wiadomo, kto kogo gra. Hela (znakomita Szymkiewicz) jest nienasyconą seks-maszyną, Atanazy pięknym młodzieńcem szukającym wrażeń, książę Prepudrech (bardzo sugestywny Krzysztof Zych) zblazo-zafascynowanym absztyfikantem. Dwoistość osobowości ujawnia się trochę później, gdy na scenie pojawia się Łochojski (Krzysztof Boczkowski), zaczyna mówić Zosia (Aleksandra Dytko - odkrycie wieczoru). Dla mnie to jednak trochę za mało, żeby opowiedzieć o współczesnej Polsce, czego najwyraźniej chcą autorzy pierwszej teatralnej adaptacji dość szeroko zakrojonej powieści Witkacego.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chwile na niby nie mają równoważnej kontry w minutach poważnych. Boczkowski doskonale wypada w klimatach groteskowych, niełatwo uwierzyć w autentyczność miłości jego bohatera. Szwedowi brakuje decyzji, kim Bazakbal ma być naprawdę: jakimś śmiesznym fircykiem czy eroto-dekadentem. Może o to chodziło, by pokazać postawy niedookreślone, niewiedzące, błądzące we mgle, raz takie, raz takie, bez zwycięskiego koloru (jedyny Sempe - Piotr Łukaszczyk nie wychodzi z gniewnej roli). Może dlatego tych wypowiedzianych na serio kilka finałowych słów Bolesława Abarta (Starca Pierwszego) i społecznie oskarżające hasła na koszulkach nie chwytają ani za gardło, ani za umysł.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja ze Sceny na Strychu wyszedłem bezrefleksyjnie, nie znajdując w przedstawieniu zrobionym według tekstu Witkacego (choć w mocno zmienionym kształcie) niczego nowego, żadnej olśniewającej kwestii w sprawie naszych wojen polsko-polskich. Nie udało mi się również powziąć przekonania o pozostawaniu człowieka we władzy płci, chuci, instynktu. Pewnie dlatego, że akurat ten wątek już w latach 20. ubiegłego wieku trącił myszką. A chór starców (Abart, Zdzisław Kuźniar, Maciej Tomaszewski), raz na wózkach, raz obok wózków, zamiast wygłosić przekonujący komentarz na temat przemijania, po prostu dygresyjnie prowadzi narrację. No tak, kolejne zagubione pokolenia bawią się w doktora, w uczucia, a i tak wiadomo, jak się to wszystko skończy. Niewiele jak na współczesny teatr.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powiodło się natomiast coś, co do tego teatru powinno być znaczącym, lecz jednak tylko dodatkiem. Zestaw scen komicznych z pewnością się publiczności spodoba. Oprócz podszytego politycznym szyderstwem pojedynku poety z księdzem warto zwrócić uwagę na powalający zbiorowy country-dance i drobiazgi: gdy Prepudrech krzyczy imię swej kochanki z głową w jej pachwinach, gdy goście wychodzą na papierosa (bo w lokalu palić nie wolno). Nagrody domaga się niezwyczajna w teatrze dramatycznym choreografia Mikołaja Mikołajczyka!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wrocławskie "Pożegnanie jesieni" ogląda się z przyjemnością, ale bez satysfakcji. Z sympatią dla scenicznych rozwiązań, ale także z rozczarowaniem z powodu ich prostoty. Zbyt dosłowne "I Want to Break Free" Queenów, zanadto oczywiste disco-polo mogą śmieszyć, wdzięcznie wykonane, mogą również zbić z tropu. Ile tu spektaklu, ile kabaretu? Takie, w sumie bardzo witkacowskie, pytanie brzmi echem jeszcze trzy godziny po wyjściu z teatru.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;PS&lt;br /&gt;I jeszcze jedno: nieszczęsny numer ze skakanką. Na miejscu aktora bym odmówił, na miejscu producenta (dyrektora) też wiedziałbym, co zrobić na generalnej. Takie rzeczy wszędzie, tylko nie w zawodowym teatrze. &lt;br /&gt;.................................................&lt;br /&gt;POŻEGNANIE JESIENI wg Witkacego, reż. P. Sieklucki, dramaturgia: T. Kireńczuk, Wrocławski Teatr Współczesny, 2 kwietnia 2011&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-8557546837940272836?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/8557546837940272836'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/8557546837940272836'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/04/pozegnanie-jesieni-wteatrw.html' title='POŻEGNANIE JESIENI'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/-l-bcFZIOztQ/TaSeKA0N3wI/AAAAAAAAAGE/ksUXqIpgG7Y/s72-c/plakat_pozegnanie-jesieni.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-2960203107138574170</id><published>2011-03-27T00:16:00.000-07:00</published><updated>2011-03-30T02:26:21.044-07:00</updated><title type='text'>ANIOŁY W KOLORZE (32. PPA)</title><content type='html'>Skończyła się 32. edycja Przeglądu Piosenki Aktorskiej, o którym można powiedzieć wiele, trzeba jedno: to była poważna propozycja dla widza-słuchacza poszukującego artystycznej różnorodności, pragnącego wrażeń nieoczywistych i skrajnych. Magda Umer i Basia Raduszkiewicz obok Tanyi Tagaq, Meredith Monk. Mocna "Samotność pól bawełnianych" o homoseksualno-teatralnej wymianie towaru i Chór Kobiet z ambicjami protestu kulturowego. Zjawiska dotąd w Polsce prawie nieznane (Jorane) skojarzone z głośnym "Spamalotem" czy nawiązującym do chałturniczych piosenkarskich występów na festynach "Dżobem". Gwiazda West Endu i Broadwayu Frances Ruffelle w repertuarze porterowo-gershwinowym oraz skromna, lecz wielka Karolina Cicha śpiewająca wiersze Różewicza. I tak dalej. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najważniejszym wydarzeniem PPA jest od lat koncert galowy, najdroższy realizacyjnie i biletowo. Wygórowanym oczekiwaniom bywalców festiwalu niełatwo sprostać, zwłaszcza że ostatnio szef artystyczny całości, Konrad Imiela, zaprasza do reżyserowania gal młodych twórców. A oni nie chcą powielać klasycznej formuły, lecz proponują krok w przód. W tym roku Paweł Passini zamiast jedynie oddać hołd pieśniom znanym z pomnikowych wykonań Ewy Demarczyk postanowił te pieśni przerobić, by zabrzmiały świeżo, nowocześnie, inaczej, by zaistniały w przestrzeni artystycznej wyobraźni naszego dzisiaj. Wraz z Piotrem Dziubkiem, kierownikiem muzycznym koncertu, i plejadą doskonałych, wyrazistych wokalistek zaplanowali wieczór, który będzie się pamiętać długo. Nie tylko zaprezentowano wygięte aranżacje piosenek Koniecznego, Zaryckiego do tekstów Tuwima czy Białoszewskiego, ale również została na wrocławskiej scenie opowiedziana wyjątkowa historia kobiecej emocjonalności, wrażliwości, świadomości. Passini streszcza swoją ideę idealnie:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;embed src="http://www.box.net//static/flash/box_explorer.swf?widget_hash=ick2omvrlh&amp;v=1&amp;cl=0&amp;s=0" width="300" height="100" wmode="transparent" type="application/x-shockwave-flash"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Koncert zaczyna Justyna Steczkowska stylowo, celowo manierycznie (i znakomicie) śpiewając "Grande Valse Brillante", tak jakby to zrobiła naśladowczyni Demarczyk. Za nią scenograficzna głowa-gigant i rusztowania obok. Napis: "Roboty na scenie". Kiedy natchniona pieśniarka wciela się w czarną madonnę, wychodzi sobie z lewej strony mężczyzna-robotnik z przyczepionymi niby-anielskimi skrzydłami i naturalnie wyhodowanym brzuszkiem. Wiemy już mniej więcej, co nas czeka. Po Steczkowskiej niesamowita Justyna Szafran wykonuje najtrudniejszy numer gali ("Czarne anioły" do tekstu Wiesława Dymnego"). Tylko pewna swej sztuki, odważna, otwarta i doświadczona artystka potrafi wejść w taką ekspresję jak Szafran tutaj. "Czarne anioły choć białoskrzydłe / A na ich twarzach miny obrzydłe (...) / Anioły śmierci z głowami węża / I latają w górze i czas swój mitrężą / I trzeba by wszystkie je razem połapać / I w pęczki powiązać i wapnem pochlapać / I wpuścić do nieba czy trzeba nie trzeba". Te "anioły z mojej stodoły" wyznaczają też wizualny rytm koncertu-spektaklu. Bo gdy kobiety-wokalistki, w kostiumach często z pokazu mody, wyśpiewują własne opowieści o życiu z, bez, obok, oprócz, mężczyźni-tancerze przebrani za białoskrzydłych roboli pląsają w tle, szczerzą się do widzów, przypominając raczej niezainteresowane tym całym światem uczuć chochliki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A kobiety są na poważnie (Kinga Preis w "Garbusie", Natalia Grosiak w "Tomaszowie", Renate Jett w "Nähe des Geliebten" wg Goethego), jedynie momentami pozwalają sobie na, również przecież kobiecy, wdzięczny odjazd. Gaba Kulka swinguje "Sur le pont d'Avignion", a Natalia Przybysz jazzowo-soulowo rozwibrowuje "Karuzelę z madonnami". Słyszałem osoby, które tego niewątpliwego muzycznego skoku na legendarne (i archaiczne) nagrania Ewy Demarczyk nie zaakceptowały, rozumiem dystans miłośników talentu pieśniarki z Krakowa. Ale to właśnie dzięki takim kierunkom i takim wersjom te teatralne piosenki zdobywają współczesny teren i nowego słuchacza. Przy okazji mówią też coś innego o innej kobiecie. "Rebeka" Mai Kleszcz pobrzmiewa wyznaniem złej na siebie samą panny, co dała się wpuścić w miłosną złudę, podobnie "Pocałunki" Justyny Antoniak to ballada z pazurem, nie tęskny smętek. Największe wrażenie robi powtórzony na koniec koncertu "Grande Valse Brillante". Gdy na scenę wkracza Stanisława Celińska w czarnej halce, niosąc stołek, na którym zaraz usiądzie, robi się cicho, męskie aniołki znikają. Celińska śpiewa wspaniały tekst Tuwima a capella, wyrażając w pełni dramat porażki, ale i pogodzenia, miłości, żalu, rozczulenia. Coś absolutnie niezwykłego, wzruszającego i porywającego. Stanisława Celińska jest tu po prostu boska! &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie mam pojęcia, jaki będzie żywot piosenek znanych z repertuaru Ewy Demarczyk w kolejnych dekadach naszego wieku, pewnie niezbyt eksponowany, bo to nie są kawałki do radiowego music boxu. Wiem natomiast, że gala Pawła Passiniego zostanie w dziejach wrocławskiego festiwalu jedną z tych najważniejszych, najspójniejszych, najbardziej pamiętnych. Grzechem godnym potępienia byłoby nie zrobić z tego płyty.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;...................&lt;br /&gt;ANIOŁY W KOLORZE, scenariusz i reż. P. Passini, 32. Przegląd Piosenki Aktorskiej we  Wrocławiu, 26.03.2011&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-2960203107138574170?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/2960203107138574170'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/2960203107138574170'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/03/anioy-w-kolorze-32-ppa.html' title='ANIOŁY W KOLORZE (32. PPA)'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-3293095560438323320</id><published>2011-03-24T02:05:00.000-07:00</published><updated>2011-03-24T02:08:24.845-07:00</updated><title type='text'>Kożuchowska, Karolak, Adamczyk, czyli...</title><content type='html'>...CO ZA DUŻO, TO ZA DUŻO&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"To film dla bezpruderyjnego widza, otwartego na nowe doznania. Historia bezrobotnej dziennikarki, która walczy z nadwagą i brakami na koncie skuteczniej niż Bridget Jones i choć o mężczyznach wie znacznie więcej niż wszystkie Lejdis razem wzięte, znalezienie tego właściwego będzie wymagało od niej nie lada wysiłku". To opis promujący premierę w polskim kinie rozrywkowym, "Wojnę żeńsko-męską". Nawiązano więc do ekranowych przebojów sprzed lat, zatytułowano podobnie do nagradzanej "Wojny polsko-ruskiej", bo może dobrze się skojarzy, wreszcie zatrudniono znakomitych aktorów: Sonię Bohosiewicz, Wojciecha Mecwaldowskiego, a na dokładkę m.in. Tomaszów Karolaka i Kota. Brawa za obsadową inwencję! Bohosiewicz i Mecwaldowski grają, na przykład, byłych małżonków w serialu "Usta, usta", Karolaka i Kota można by nazwać weteranami naszych filmów i seriali komediowych. Kiedy się nasi reżyserzy i producenci uprą na jeden kierunek, te same nazwiska, trudno ich od tego błyskotliwego pomysłu odwieść.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mieliśmy sezony na Lindę-twardziela, Pazurę-komika, Zakościelnego-romantyka, teraz trwa kwadrans Piotra Adamczyka. To jemu trafiło się "Śniadanie do łóżka", to on uwikłał się w "Przepis na życie", to jego wymyślono do drugiej części "Och Karola", z wyrafinowanym poczuciem humoru obsadzając w tytułowej roli aktora (świetnego zresztą), który był już Karolem-papieżem. Gdyby spojrzeć na karierę Adamczyka całościowo, można by pewnie wysnuć wniosek o ucieczce od gęby roli, czy to Wojtyły, czy wcześniej Fryderyka Chopina. Taki trick. Tyle że ta kariera dryfuje teraz na mieliznę pop-masowych hitów, skąd bardzo trudno o kolejną zmianę kursu. Robert Więckiewicz? Występuje wprawdzie w rzeczach ambitniejszych, ale od "Różyczki" do "Zwerbowanej miłości" droga niedaleka, a to pewnie nie koniec obsadzania agenta jako agenta. Są jeszcze przykłady Jana Wieczorkowskiego czy Borysa Szyca,  Mateusza Damięckiego, Rafała Królikowskiego. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z kobietami identycznie. Jak tango, to tango. Oprócz Bohosiewicz na występy w polskich produkcjach mogą dziś liczyć Małgorzata Kożuchowska, Marta Żmuda-Trzebiatowska, Małgorzata Socha, Anna Mucha. I tak dalej. Na absolutną nowość rzadko kto dzisiaj postawi, realizując mainstreamowy tytuł. To oczywiście zrozumiałe, lecz potwornie nużące. Kożuchowska jest tu figurą wzorcową. Najpierw naprawdę udana kariera teatralna, potem dwa "Kilery", "Zróbmy sobie wnuka", no i serialowe portfolio: Hanka w wiadomo czym, "Nowa", "Rodzinka.pl", a i "Teraz albo nigdy" czy "Tylko miłość". W końcu: dlaczego nie? Skoro chcą, zapraszają, to trzeba wchodzić. Mimo ryzyka dewaluacji nazwiska, inflacji potrzeb, przyszłych wahań na giełdzie propozycji. No i zmęczenia materiału, czyli widza. Uwielbiam Danutę Stenkę, ale czy naprawdę muszą jej jeszcze instynktownie towarzyszyć właśnie Szymon Bobrowski i Paweł "Kusy" Królikowski? Wystarczy wcisnąć przycisk pilota, żeby ujrzeć te same twarze w rozmaitych konfiguracjach. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I właściwie nie wiadomo, kto winien. Aktor jest od grania. Jak powiedział Piotr Adamczyk przy okazji telewizyjnej dyskusji o polskim kinie: on wykonuje swój zawód. Producent musi zadbać o kasę, więc bierze sprawdzonych. W efekcie czasem trudno się połapać, kto jest kim w którym serialu czy filmie. A ponieważ na zdrowy rozsądek tzw. polskiego show-biznesu nie ma co czekać, może lepiej przełączyć się na inny odbiór? Czyli tam, gdzie Gregory House jest House'em, a nie w piątek dr. Burskim, w czwartek ojcem Mateuszem?&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-3293095560438323320?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/3293095560438323320'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/3293095560438323320'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/03/kozuchowska-karolak-adamczyk-czyli.html' title='Kożuchowska, Karolak, Adamczyk, czyli...'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-1506288999746658941</id><published>2011-03-07T02:04:00.000-08:00</published><updated>2011-03-07T22:33:17.240-08:00</updated><title type='text'>WRONIEC (Wrocławski Teatr Lalek)</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/-10tqtp7a1Zs/TXSuh0H7dpI/AAAAAAAAAF0/AMBWGKODJig/s1600/162010_104964552905012_8380278_n.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 193px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-10tqtp7a1Zs/TXSuh0H7dpI/AAAAAAAAAF0/AMBWGKODJig/s320/162010_104964552905012_8380278_n.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5581277734169704082" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Zdaje się, że nagradzana powieść Jacka Dukaja będzie miała całkiem pokaźny żywot sceniczny. W ciągu trzech ostatnich miesięcy pojawiły się na polskich scenach dwie jej inscenizacje. Pierwszą wystawił stołeczny, prywatny Teatr Kamienica (adaptacja i reżyseria Jerzego Bielunasa), najnowszą Wrocławski Teatr Lalek w wersji Mateusza Pakuły (brawa za tekst) i Jana Peszka (reżyseria). "Wroniec" stawia wyobraźni twórców teatru poważne wyzwanie, ale też daje wielkie możliwości. Oto sześcioletni Adaś opowiada burzliwą historię wędrówki w poszukiwaniu rodziny, porwanej 13 grudnia 1981 roku przez tajemniczego Wrońca. Spotyka na swojej drodze ludzi dobrych i złych, dowiadując się przy okazji, jak wygląda świat dorosłych, zbyt wcześnie dojrzewając do bycia jednym z nich. "To wcale tak nie jest, nic a nic", ale "mogłoby tak być, gdyby było" - przekonywali się w książce Lewisa Carolla Tweedledum i Tweedledee, co Dukaj uczynił mottem własnego dzieła wraz z cytatem z "Drogi" Cormaca McCarthy'ego. Zatem z jednej strony metaforyczna baśń o życiu, z drugiej poapokaliptyczna relacja z podróży ojca i syna ku jakiemuś smutnemu nowemu początkowi. A pomiędzy niesamowity świat do wypełnienia postaciami, dźwiękami, obrazami.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Peszek, który czytał świetny audiobook powieści, zdecydował się obsadzić w roli Adasia nie dziecko, nie lalkę (jak Bielunas), lecz dorosłego, młodego mężczyznę (solidna rola Grzegorza Mazonia). Razem z Robertem Rumasem, autorem doskonałej, samoanimującej się scenografii, wstawił Adama w peerelowskie M, by powspominał, przeniósł się w przeszłość i dokonał rachunku sumienia. Mógł być artystą, tworzyć podobnie przedziwne światy, co rzeczywistość Bubeków, Opornych, Milipantów, Pangłowców, został kolejnym szarym człowiekiem w garniturze, zdolnym do snów (wiszący przez chwilę nad sceną szyld Społem z ogonkiem przy o), bezwolnym na jawie. Bohater przenosi więc nas i siebie w lata osiemdziesiąte, przedstawia charaktery tamtych czasów. Widzimy w pigułce skondensowaną historię Polski, również tę sprzed stanu wojennego, kiedy omamieni przez system zwykli ludzie wyrabiali 1000, 20 000, 250 000 procent normy. A potem przejrzeli na oczy, jak pan Beton, nieoceniony pomocnik i opiekun Adasiowej drogi (przewspaniały Tomasz Maśląkowski). Kołacze się też po głowie refleksja dotycząca naszego wieku telefonów komórkowych już nie na podsłuchu (choć są ciągle tacy, co w to nie wierzą). Że wolność to pojęciowa abstrakcja, być może z drugiej strony lustra.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;90-minutowe przedstawienie Peszka ogląda się z nadteatralnym zaciekawieniem i zadziwieniem. Mija szybciej niż finałowy odcinek najlepiej zrobionego amerykańskiego serialu. W każdej sekundzie dzieje się coś, czy to na pierwszym, czy w drugim planie, otwierają się ściany, na scenę wpadają kolejne postaci, brzmią rozmaite dźwięki. Reżyser i jego współpracownicy wypełnili przestrzeń pomysłami prostymi, ułożonymi jednak na wysokim poziomie skomplikowania, wykonanymi w niezwykłym tempie i z absolutną perfekcją (uznanie dla choreografa Cezarego Tomaszewskiego). Unosi się nad wrocławskim "Wrońcem" duch dawnych awangardowych doświadczeń Jana Peszka, przypomina się jego popisowy "Scenariusz na nieistniejącego, lecz możliwego aktora instrumentalnego", są też bardzo sugestywne elementy nowoczesne, multimedialne (wielki ekran, który śnieży-szarzy-wroni), jest nawet konwencja farsowa (rodzinne otwarcie). Mogłoby być więcej piosenek (muzyka Dominika Strycharskiego), bo te, które są, działają fantastycznie, nie przerywając, tylko rytmizując akcję. Dwie najważniejsze role (Maśląkowskiego i Mazonia) pojawią się w zestawieniach podsumowujących artystyczny rok we Wrocławiu, warto zauważyć pyszny epizod Członka (Marek Tatko, przekonujący także jako mroczny, vaderowski Wroniec), ale chwałę należy oddać całemu zespołowi aktorów. Widać, że mają świadomość występowania w spektaklu znakomitym, choć pewnie tym razem niekoniecznie dla młodszych widzów przeznaczonym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak to się mówi: czapki z głów! Milion procent normy!&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;.................................................&lt;br /&gt;Jacek Dukaj WRONIEC, reż. J. Peszek, adaptacja M. Pakuła, Wrocławski Teatr Lalek, 6 marca 2011&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PS&lt;br /&gt;Premierze towarzyszy książka pt. "Wrocław walczy o wolność", dokumentująca lata 1980-1989 (tekst Beaty Maciejewskiej, fotoedycja Mieczysława Michalaka, opracowanie graficzne Elżbiety Lukierskiej).&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-1506288999746658941?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/1506288999746658941'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/1506288999746658941'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/03/wroniec-wrocawski-teatr-lalek.html' title='WRONIEC (Wrocławski Teatr Lalek)'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-10tqtp7a1Zs/TXSuh0H7dpI/AAAAAAAAAF0/AMBWGKODJig/s72-c/162010_104964552905012_8380278_n.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-1809017792835727692</id><published>2011-03-05T11:07:00.001-08:00</published><updated>2011-03-10T14:01:48.616-08:00</updated><title type='text'>Sara Antczak, Aleksander Małecki WOLNY I DE KLESZ</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/-_3jLTjxWTDM/TXM9C_AFXQI/AAAAAAAAAFk/ABR_xIW206k/s1600/Wolny-i-De-Klesz_Sara-Antczak-Aleksander-Malecki%252Cimages_big%252C27%252C978-83-61154-68-6.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 206px; height: 320px;" src="http://2.bp.blogspot.com/-_3jLTjxWTDM/TXM9C_AFXQI/AAAAAAAAAFk/ABR_xIW206k/s320/Wolny-i-De-Klesz_Sara-Antczak-Aleksander-Malecki%252Cimages_big%252C27%252C978-83-61154-68-6.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5580871484722994434" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Jest w tej książce wiele dobrego. Po drugie język, który prawie niczego nie udaje, nie jest ani specjalnie literacko przetworzony, ani skrajnie imitujący. Po pierwsze jednak: intryga. Ma się nieodpartą ochotę poczytać to, co napisali Sara Antczak i Aleksander Małecki. Oczywiście, z podejrzliwością podchodzi czytelnik do duetowego autorstwa, bo to ciągle jeszcze nietradycyjny sposób i brak nam przyzwyczajenia, ale w tym przypadku łatwo o tym zapomnieć. Wpadając w fabułę. Młody, 24-letni nauczyciel zaczyna pracę w jednym z renomowanych wrocławskich liceów. Ma konto pełne pieniędzy, mógłby nic nie robić, ale wybrał życiową rolę polonisty. Po co? "Chciałem się bawić - wyznaje. - To był mój cel. Nie miałem zamiaru pozwolić, żeby dorosłość stanęła mi na drodze. Więc bujałem się tu i tam. I tak nagle znalazłem praktyki w liceach. I wierzcie mi na słowo, poczułem pieprzone powołanie". Na słowo, rzecz jasna, trudno mu dać wiarę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Michał Wolny, czyli nauczyciel, chodzi w markowych ciuchach (Adidas, Reserved, H&amp;M - więc nie takich znowu markowych), jeździ wspaniałą furą, a nauczycielstwo kojarzy mu się z kontaktem z atrakcyjnie niepełnoletnimi pannami. Jedna z nich zresztą od razu ląduje w jego łóżku i przysporzy mu potem pewnych kłopotów. Ale nie martwcie się, przyszli czytelnicy, nie aż takich, o których myślicie. Michał przejmuje najtrudniejszą klasę w szkole, pełną zbuntowanych nastolatków pałających nienawiścią do każdego, kto kojarzy im się z władzą i życiowym oportunizmem. Początkujący anarchiści znaczą swój świat niechęcią do innych, gettowością, lecz także traumą. Kacpra bije bezwzględny bogaty ojciec, Ninę wychowuje samotna 33-letnia matka-dziennikarka, Ewelina matki już nie ma. Biedne dzieci. Wolny się miota. W końcu jak zabawa, to zabawa. Jednakże rola urzędnika publicznego, wychowawcy zobowiązuje. "Daj spokój, bycie nauczycielem jest do dupy - perswaduje Michałowi kolega chirurg (ksywa Skalpel). - Wracasz, a tu telefony to od uczniów, to od policji. Brak czasu wolnego. Musisz brać odpowiedzialność za to, co oni zrobią. Poderwie cię uczennica i wylatujesz. Pobijesz ucznia i masz sprawę w sądzie". Ale Wolny się uparł.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Relacja między młodym nauczycielem a tylko kilka lat młodszymi licealistami powinna być tutaj kręgosłupem, bo to właśnie ten element naprawdę interesuje, zwłaszcza tu i teraz, w kraju przemian, które jeszcze może da się uformować ku lepszej szkolnej przyszłości następnych pokoleń. Chociaż pewnie się nie da, skoro nikt sobie z problemem anarchizowania się młodzieży nie poradził. Radzi sobie życie, prędzej czy później usamodzielniając i, siłą fatalną, uspołeczniając zapalonych faszystów, anarchistów, punkowców, alterglobalistów. Ale tego jeszcze w tej książce nie znajdziemy. "Wolny i De Klesz" zatrzymuje w kadrze okres licealny, jedynie szkicując ciąg dalszy poprzez żywot Michała lub jego umiarkowanie wyluzowanych kumpli. Wraz z postępem akcji proporcje się chwieją. O Wolnym pisze się coraz mniej, o ludziach z klasy 1D coraz więcej. I coraz bardziej konwencjonalnie, niestety. Pojawiają się nieśmiertelni ikoniczni: Cobain, Morrison, Curtis (czarną tasiemkę z ich nazwiskami nosi Majka). Ważnym punktem staje się koncert Sex Pistols, na który wędrują dwudziestopierwszowieczni fani bez krytycyzmu. Żeby co? Zobaczyć pięćdziesięcioletniego Rottena w Hali Stulecia?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dolega więc tej powieści literacki anarchizm, czyli brak decyzji, kto tu jest bohaterem. Kacper czy Michał? Jednostki czy zbiorowość? Układ między przeciwnymi stronami czy układziki w ramach stron? Trudno czasem zaakceptować radosną umowność i prosty pokoleniowy psychologizm, brak punktu dojścia, schematyzm, nagłe moralizatorskie ciągoty. Ale wygrywają emocje. To dlatego czytamy powieść Antczak i Małeckiego z czymś więcej niż zainteresowaniem. Chcemy przecież poznać dzisiejszą młodzież, nasze dzieci, kilkunastoletnie poczucie humoru, honoru i hormonów, spojrzeć na świat ich oczami, zrozumieć i współodczuć. Rozczarujemy się w finale, lecz bez żalu. Bo młodzi autorzy potrafią wciągnąć w tzw. świat przedstawiony, zarysować naprawdę wyraziste portrety postaci. Wcale niemało jak na debiut. "Wolny i De Klesz" to 300 stron prozy, którą po prostu świetnie się czyta. Bardzo jestem ciekawy następnej książki wrocławskich autorów.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;.................................................&lt;br /&gt;Sara Antczak, Aleksander Małecki WOLNY I DE KLESZ, Jirafa Roja, 2011&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-1809017792835727692?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/1809017792835727692'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/1809017792835727692'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/03/sara-antczak-aleksander-maecki-wolny-i.html' title='Sara Antczak, Aleksander Małecki WOLNY I DE KLESZ'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-_3jLTjxWTDM/TXM9C_AFXQI/AAAAAAAAAFk/ABR_xIW206k/s72-c/Wolny-i-De-Klesz_Sara-Antczak-Aleksander-Malecki%252Cimages_big%252C27%252C978-83-61154-68-6.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-4584455118936552252</id><published>2011-03-04T12:16:00.000-08:00</published><updated>2011-03-04T12:17:39.314-08:00</updated><title type='text'>Skandynawskie kryminały</title><content type='html'>Czy rzeczywiście są takie rewelacyjne? Odpowiedź w dźwięku.&lt;br /&gt;&lt;embed src="http://www.box.net//static/flash/box_explorer.swf?widget_hash=cgoim3301z&amp;v=1&amp;cl=0&amp;s=0" width="300" height="100" wmode="transparent" type="application/x-shockwave-flash"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-4584455118936552252?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/4584455118936552252'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/4584455118936552252'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/03/skandynawskie-kryminay.html' title='Skandynawskie kryminały'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-4444892986756050344</id><published>2011-01-30T11:28:00.000-08:00</published><updated>2011-01-30T11:48:54.580-08:00</updated><title type='text'>JOANNA D'ARC (Opera Wrocławska)</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_nDvE8u8gN10/TUW9ExoNYGI/AAAAAAAAAFY/J--tAFnQvsY/s1600/4d4035a461ac9_k2.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 201px; height: 320px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_nDvE8u8gN10/TUW9ExoNYGI/AAAAAAAAAFY/J--tAFnQvsY/s320/4d4035a461ac9_k2.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5568064404052598882" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Debiutująca na wrocławskiej scenie „Joanna d’Arc” to spektakl udany dzięki geniuszowi Giuseppe Verdiego, interpretacyjnej odwadze Natashy Ursuliak i, przede wszystkim, talentowi Anny Lichorowicz.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwszego bohatera przedstawiać nie trzeba. „Giovanna d’Arco” jest siódmą operą włoskiego mistrza, melodyjną, choć dramatyczną, powstałą także z fascynacji utworami Donizettiego. Oryginalnie libretto Temistokla Solery oparte było na sztuce Fryderyka Schillera i opowiadało historię walecznej i religijnej prostej dziewczyny, która uratowała Francję przed Anglikami, wprowadziła na tron zakochanego w niej Karola VII i którą ojciec podejrzewał o konszachty z szatanem, knując przeciw córce spisek. Więc inaczej niż w historii, ale zgodnie z duchem romantycznej epoki, co naprawdę piękna muzyka Verdiego trafnie podkreśla. We Wrocławiu orkiestra pod energiczną batutą Ewy Michnik akompaniuje chwilami błyskotliwie, jedynie w uwerturze zbyt nieśmiało. A w pierwszej scenie chyba trochę za szybko, bo chór i tenor mają kłopot z dotrzymaniem tempa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dla Natashy Ursuliak, reżyserki przedstawienia, „Joanna d’Arc” to właściwie debiut w poważnym repertuarze. Dotąd wiele asystowała, przygotowywała lżejsze tytuły, również dla dzieci, za chwilę w Lipsku wystawi „Księżniczkę cyrkówkę” Kalmana. Do mniej znanego dzieła Verdiego podeszła bez kompleksów, znacznie przeredagowując niewiarygodne, jej zdaniem, libretto. W wizji Ursuliak (i współpracującej z nią jako dramaturg Annie-Laure Drüner) Joanna i Carlo wychowują się razem, a Giacomo nie jest ojcem, lecz księdzem (równie podejrzliwym, rzecz dzieje się w końcu w czasach inkwizycji). Ona chce wolności, również własnej, życiowego sukcesu, jak byśmy powiedzieli dzisiaj, cokolwiek feministycznie pragnie walki i uznania. Słaby, ciągle porozumiewający się z zausznikiem Carlo jej nie obchodzi, ale pomagając jemu, pomaga ojczyźnie, wypełnia wolę Boga i znajduje osobiste spełnienie. Ksiądz Giacomo, kreowany na podobieństwo kardynała Richelieu, sam pożąda władzy, dla której zrobi wszystko, włącznie z zabójstwem. Logicznie to wygląda na papierze, prawie logicznie wypada na scenie. Prawie, bo wykonawcy śpiewają słowa Solery. Zatem kiedy Giacomo na początku drugiego aktu żali się, że pokładał w córce nadzieje, by to ona zamknęła mu oczy na łożu śmierci, jednak czujemy konsternację. Coś nie pasuje. Może warto by w zmianach pójść jeszcze dalej, czyli odrobinę poprawić niektóre wersy albo z tej arii po prostu zrezygnować?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Siedmiominutową uwerturę poświęca Natasha Ursuliak na przedstawienie idylliczno-dramatycznego obrazu dzieciństwa Joanny i Carla. Giacomo jest tu surowym księdzem-nauczycielem. Po scenie pląsają dzieci. Potem widzimy już Carla dorosłego (niezły Nikolay Dorozhkin) i dorosłą Joannę. Ksiądz pozostaje taki sam, ani na jotę niepostarzony. W tej roli występuje pięknie śpiewający i aktorsko przeciętny tu Mariusz Godlewski, za młody, by mu wiek miał pomagać wraz z żarliwością, jak stoi w libretcie. Dubluje go w obsadzie Bogusław Szynalski, więc jeśli trafią Państwo na niego, nie będzie problemu z identyfikacją. Znaczący drobiazg - jednym przeszkadza, innym nie. Ale poza tym wrocławska „Joanna d’Arc” to spektakl wart obejrzenia, bo cudownie zaśpiewany i zagrany przez Annę Lichorowicz. Zarówno w momentach dramatycznych, jak i lirycznych wspaniały głos młodej śpiewaczki (sopran d’agilita) sprawdza się doskonale. Między mocą i kolaraturą rozgrywa się autentyczna artystyczna magia, którą wzbudziła Natasha Ursuliak, a solistka z ochotą podjęła. Dzięki Lichorowicz zapomina się o statyczności scenicznych obrazów, nieco przytłaczającej scenografii (Claudii Weinhart) i słabej, śladowej choreografii (nie wiadomo kogo). Niepotrzebne są tylko zabawy z mieczem, wprowadzają niezamierzony komizm, podobnie jak krótka, symboliczna sekwencja walk bitewnych. Popracowałbym jeszcze nad sceną, kiedy śpiąca Joanna słyszy głosy. Ciekawa gra światłem bardzo by pomogła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Austriacka reżyserka ostatecznie wygrywa finałem. Płynnie przechodzi od śmierci Joanny do jej nieśmiertelności, ubierając chór we współczesne stroje, dając śpiewakom aparaty fotograficzne do ręki, przenosząc akcję w nasze czasy, gdy kult świętej Dziewicy Orleańskiej trwa (brawa dla idealnie nieruchomej, żywej Joanny z cokołu!). Ten ostatni fragment dodaje do całości cudzysłów, który można by zresztą otworzyć wcześniej, już w uwerturze. Bo poprzez taki (przedni!) pomysł wszelkie wątpliwości i umowności zostają rozwiane, a spektakl zyskuje wymiar uniwersalny. &lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;.........................................&lt;br /&gt;Giuseppe Verdi GIOVANNA D’ARCO, reż. N. Ursuliak, kier. muz. E. Michnik, Opera Wrocławska, 29 stycznia 2011&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-4444892986756050344?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/4444892986756050344'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/4444892986756050344'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/01/joanna-darc-opera-wrocawska.html' title='JOANNA D&apos;ARC (Opera Wrocławska)'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_nDvE8u8gN10/TUW9ExoNYGI/AAAAAAAAAFY/J--tAFnQvsY/s72-c/4d4035a461ac9_k2.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-8412227281185109944</id><published>2011-01-29T05:49:00.000-08:00</published><updated>2011-03-27T15:06:33.723-07:00</updated><title type='text'>ŚCIGAJĄC ZŁO czyli James Bond w Capitolu</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_nDvE8u8gN10/TUQgqa01aBI/AAAAAAAAAFQ/8ucPqs-6gh0/s1600/2011-01-20_13.59.14%255B1%255D.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_nDvE8u8gN10/TUQgqa01aBI/AAAAAAAAAFQ/8ucPqs-6gh0/s320/2011-01-20_13.59.14%255B1%255D.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5567610952464295954" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Wiązałem z rewią „Ścigając zło” osobiste nadzieje, bo lubię bondowskie filmy i cenię przynajmniej część piosenek, które przygody 007 promują. Choć słuchając dwudziestu kilku w ciągu 90 minut, nie można nie ziewnąć. Jedynym sposobem na wykorzystanie Bonda w teatrze muzycznym wydał mi się pastisz, do czego otwarta rewiowa formuła wręcz prowokuje, zwłaszcza że znane są satyryczne możliwości Konrada Imieli, reżysera całości. Imiela zatrzymał się jednak w pół drogi. Może zabrakło mu pomysłów, może chciał, żeby syte było i towarzystwo mieszczańskie, i kompania młodzieżowa. W efekcie wyszło widowisko klasy c, bo nie da się powagi i wzruszenia zmieszać z tzw. odjazdem. Tak jak James nie przełknąłby zmieszanego martini, tak widz nie będzie po obejrzeniu Capitolowej premiery wstrząśnięty ze śmiechu lub przejęcia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zaczyna się intrygująco, gdy Bond w błyszczącym garniturze (Piotr Saul) break-dance’owo-pantomimicznie wchodzi na scenę. Po 30 sekundach czar pryska, bo gość wchodzi technicznie doskonale, lecz za długo. Podczas całego spektaklu Saul-Bond pojawi się nie raz, zawsze wstrzymując tempo, rzadko zdobywając uwagę. Arsenał ruchów robota wyczerpuje się błyskawicznie, o czym reżyser, a także choreograf (Jacek Gębura) wiedzieć powinni. Istnieje taka zasada w amerykańskim kinie, że pierwsze 15 minut decyduje o wszystkim. Jeżeli pierwszy kwadrans nie zadziała, produkcja pada. We wrocławskiej rewii ten czas jest stracony. Okrutnie nudne „From Russia with Love” (śpiewa niezły przecież Maciej Maciejewski) ze wskazującym gestem palca i marnym pokazem mody (przeciętne kostiumy Anny Chadaj) nie może się podobać. Kiedy zaraz potem wychodzi Elżbieta Romanowska, by również zaśpiewać balladę, robi się nudnawo. Na szczęście operetkowej Elżbiecie Kłosińskiej udaje się w cudzysłów wpisać motyw dziewczyny Bonda i delikatnie, przyjaźnie (a pastiszowo) przywołać Shirley Bassey z przeboju z „Goldfingera”. Bogna Woźniak-Joostberens, znakomicie śpiewająca inną piosenkę Bassey „Diamonds Are Forever”, uczyni to później na poważnie. I ten właśnie klimat serio splątany z prześmiewczym harcem staje się największym problemem rewii Konrada Imieli. Wiem, że tak są pomyślane filmy o 007: przymrużenie oka, fragment komedii, a za chwilę normalny thriller, zresztą w każdym tytule naciągany. W teatrze trzeba się było zdecydować, w którą pójść stronę. Tymczasem jeden z najlepszych bondowskich numerów, „Live and Let Die” (McCartneya), strawestowano na pseudo-reggae’ową modłę, a energetycznego „Człowieka ze złotym pistoletem” ubrano w szaty piosenki aktorskiej (bardzo dobra Danuta Rondzisty lub Monika Malec - Capitol nie umieszcza w programie wkładki z aktualną obsadą). Dżungla i błądzenie we mgle zamiast przemyślanej rewii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kilka momentów przedstawienia zupełnie umyka pamięci. Kuriozalnie wypada „A View to a Kill”, gdzie Adrian Kąca z włosami Marka Piekarczyka (z TSA) próbuje stylizować swój śpiew na Simona Le Bona, mając za wizualny akompaniament klony wokalisty Duran Duran czy Limahla. Klony, które za chwilę przywołają fortepianowe szarże Jerry’ego Lee Lewisa, tyle że na elektrycznych klawiszach. Koszmar! Ewelina Adamska-Porczyk postawiła sobie za cel skopiować Madonnę („Die Another Day”) i osiągnęła sukces, z którego kompletnie nic nie wynika. Nie mam pojęcia, dlaczego umieszczono dwie bardzo podobne piosenki („Tomorrow Never Dies” i „The World Is Not Enough”) obok siebie. Obie ładnie brzmiące, dzięki Marcie Dzwonkowskiej / Ewie Szlempo i Justynie Szafran, obie nieprzekonujące z powodu niefortunnego zestawienia. Emose Uhunmwangho też rozczarowuje, bo wprawdzie śpiewa mocno, lecz w obu przebojach identycznie, naśladując soulową manierę amerykańskich wokalistek. W „Goldeneye” powinna ściągnąć te szare spodnie z jakiegoś H&amp;M-u, a w „Another Way to Die” i w utworze kolejnym zadbać o trochę bardziej kreacyjną obecność na scenie. Śpiewanie czasem nie wystarcza (the singing is not enough). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Raz jeden naprawdę się uśmiałem i zebrałem na owacje. Gdy Mariusz Ostrowski na tle olbrzymiego plakatu Seana Connery’ego interpretował „Thunderball”, a poszczególne części twarzy agenta 007 służyły za słynne bondowskie gadżety. Rewelacja! Lecz kiedy na koniec Cezary Studniak brawurowo i wspaniale wykonał „You Know My Name” z „Casino Royale” już nie mogłem dać się porwać ogólnej wesołości (nie zdradzę, o co chodzi, by nie psuć zabawy ewentualnym widzom). Pomysł bowiem jest fantastyczny (Bond przegrywa pojedynek z kimś silniejszym i bardziej charakterystycznym od siebie), ale pachnie pewnym oszustwem. Bo skoro cała rewia mieści się w stanach średnich lub słabych, a te świetne (nieliczne) grepsy idą na finał, to artystyczna zmyłka wydaje się wyrażeniem najwłaściwszym do opisania intencji realizatorów. I idealnie podsumowuje całość. Weźmy chwytliwy popkulturowy temat, przebojowe piosenki, napiszmy do nich polskie teksty (lepsze i gorsze, pióra Rafała Dziwisza), lecz nie do wszystkich, bo po co się nadmiernie męczyć, zbierzmy wykonawców, przecież sobie poradzą, choreograf niech wyciągnie z rękawa parę banalnych układów na tańczące pary, żeby się coś tam działo w drugim planie, na orkiestrę, wiadomo, zawsze można liczyć (Adam Skrzypek zadba o muzyczny poziom), na kilka kabaretowych wstawek też się wysilimy. I już. Dalej popłyniemy z prądem. Najważniejszy i tak jest koniec, aby publiczność zapomniała, co było przedtem. Jak sobie jeździliśmy na mini-astonach martinach po scenie gościnnego Teatru Polskiego do „Living Daylights” i tak dalej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale to nie jest dobry spektakl, bo zabrakło artystycznej konsekwencji, może nawet odwagi. Tej, której nie zbywało Capitolowym twórcom przy okazji „Wiatrów z mózgu”, pamiętnej gali 26. PPA, kontrowersyjnego koncertu „Jak oni słuchają” z przeglądu jubileuszowego czy choćby „Śmierdzi w górach”. Rewia „Ścigając zło” nie jest ani sensacyjna, ani sensowna. Jest taka sobie.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;........................................&lt;br /&gt;ŚCIGAJĄC ZŁO, reż. K. Imiela, kier. muz. A. Skrzypek, Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu, 28 stycznia 2011&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-8412227281185109944?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/8412227281185109944'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/8412227281185109944'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/01/scigajac-zo-teatr-muzyczny-capitol.html' title='ŚCIGAJĄC ZŁO czyli James Bond w Capitolu'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_nDvE8u8gN10/TUQgqa01aBI/AAAAAAAAAFQ/8ucPqs-6gh0/s72-c/2011-01-20_13.59.14%255B1%255D.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-8906332733740463579</id><published>2011-01-22T05:37:00.000-08:00</published><updated>2011-01-22T05:43:03.433-08:00</updated><title type='text'>POGORZELISKO (reż. D. Villeneuve)</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_nDvE8u8gN10/TTreanfgUhI/AAAAAAAAAFI/37wjpCb99OY/s1600/b31ecf717bc8a25.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 224px; height: 320px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_nDvE8u8gN10/TTreanfgUhI/AAAAAAAAAFI/37wjpCb99OY/s320/b31ecf717bc8a25.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5565004838428758546" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Na początku była sztuka pochodzącego z Libanu Kanadyjczyka Wajdiego Mouawada. Autor jest znaną postacią współczesnego teatru, aktorem, reżyserem, dramaturgiem, tłumaczem. Z Krzysztofem Warlikowskim współpracował przy adaptacji „Tramwaju zwanego pożądaniem”. Na ekran tę kameralną opowieść o bliźniakach szukających swojego ojca i brata po śmierci matki przeniósł Denis Villeneuve, 43-letni filmowiec, starszy od Mouawada o rok, zdobywca nagrody Genie za „Politechnikę”. Wierząc w siłę jeszcze jednej historii ludzi, których życie zdeterminowała wojna. Tym razem wojna domowa, religijna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Matka bohaterów, Nawan Marwan (Lubna Azabal), przyjechała do Kanady z wrzącej okrucieństwem Palestyny. Przywiozła ze sobą dwoje dzieci i bagaż nigdy niewyznawanych doświadczeń. Przez 18 lat pracy jako sekretarka notariusza nikomu nie powiedziała słowa o własnej przeszłości, na co dzień mając kontakt z biografiami innych. Jest w tym filmie znacząca scena, kiedy szef Nawan pokazuje jej synowi archiwum i opowiada zarys jednej ze spraw. Czyjaś śmierć nie oznacza końca, często otwiera drzwi, pozostawia tropy – mówi notariusz Lebel (Remy Girard). Za tropem zdjęcia matki z czasów młodości Jeanne i Simon wędrują po wiedzę, której może nie chcieliby znać, która jednak da im oprócz świadomości spokój. Zamiast domysłów, tęsknoty za niewiadomym, pozwoli pójść dalej. Jeanne (Mélissa Désormeaux-Poulin) wyrusza pierwsza, Simon (Maxim Gaudette) dołączy później, gdy już nie będzie miał wyjścia, kiedy chłopięca obrona przed nieuniknionym okaże się za słaba i kiedy trzeba będzie siostrze pomóc. Ona w świat męski nie wejdzie po doprowadzeniu rodzinnego śledztwa do momentu przełomu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie da się o tym filmie pisać wiele z myślą o kimś, kto „Pogorzeliska” nie widział. Zagadka biografii Nawan, Kobiety Która Śpiewa, to istotny powód odkrywania kolejnych scen, to również punkt wyjścia do dyskusji. Rzecz rozgrywa się w dwóch planach. Nawan umiera, pozostawia testament, Jeanne wyjeżdża i podróżuje śladami matki. Opowieść o matce sprzed 35 lat przeplata się ze współczesnością, przy czym widzowie wiedzą dużo więcej od bohaterów, wcześniej dowiadują się prawdy. Chwyt wzięty z komedii doskonale się sprawdza w dramacie. Dzięki temu film Villeneuve’a, ogłoszonego przez magazyn „Variety” jednym z dziesięciu twórców wartych zauważenia, oglądamy z przejęciem. Jak kiedyś von Triera. Dlatego dziwi, że sporo zarzutów wobec filmu dotyczy dosłowności, dopowiadania każdego domysłu, wyłożenia i fabuły, i morału. Tak być tutaj musi. Villeneuve jest w „Pogorzelisku” i artystą, i reporterem relacjonującym zdarzenia, poplątane i nieprawdopodobne. Podobnie robi Almodovar, łącząc gatunki: sagę, telenowelę, thriller, duch mitycznej tragedii. Nie ma sensu bawić się w sekrety, jeśli rozwiązaniem i tak jest tajemnica losu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wcale nie cichym patronem „Pogorzeliska” wydaje się Krzysztof Kieślowski. Od „Dekalogu”, ale i „Przypadku”, od „Niebieskiego”. Co prowadzi również do smutnych wniosków, jeżeli seans odbywa się w styczniu 2011, tuż po ogłoszeniu tzw. krótkiej listy kandydatów do Oscara w kategorii „najlepszy film obcojęzyczny”. „Pogorzelisko”, uhonorowane Grand Prix ostatniego Warszawskiego Festiwalu Filmowego, znalazło się w półfinałowej dziewiątce z wielkimi szansami na nominację, może nawet nagrodę (Kieślowski, nominowany w 1994, wygrał warszawską imprezę 19 lat temu „Podwójnym życiem Weroniki”). A my, czyli specjalna komisja bez pojęcia, wysyłamy do wyścigu o najważniejszy kinowy laur „Wszystko co kocham”, z nadzieją, że Amerykanie dadzą się złapać na solidarnościowe sentymenty i softpunkowo-młodzieżową kontrę. Licząc, iż hucuł zwycięży Araba. To nie te czasy. Na legendę Solidarności nie poleci już nikt, nawet my sami, widząc, co z tą legendą zrobili Polacy. Przewijająca się w „Pogorzelisku” wojna muzułmańsko-chrześcijańska waży we współczesnym świecie więcej, tak jak sztuka kanadyjskiego reżysera (i dramatopisarza) liczy się bardziej niż błahy filmik Borcucha.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PS&lt;br /&gt;Pokaz specjalny filmu odbędzie się 27 stycznia o godzinie 19:00 w Sali Koncertowej Radia Wrocław, zaproszenia na seans można wygrywać codziennie od 19 do 26 stycznia w Radiu RAM 89.8FM.&lt;br /&gt;.........................................&lt;br /&gt;POGORZELISKO, reż. Denis Villeneuve, Kanada, 2010&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-8906332733740463579?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/8906332733740463579'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/8906332733740463579'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/01/pogorzelisko-rez-d-villeneuve.html' title='POGORZELISKO (reż. D. Villeneuve)'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_nDvE8u8gN10/TTreanfgUhI/AAAAAAAAAFI/37wjpCb99OY/s72-c/b31ecf717bc8a25.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-5143840786666708938</id><published>2011-01-09T03:24:00.000-08:00</published><updated>2011-01-11T00:50:21.391-08:00</updated><title type='text'>UTWÓR O MATCE I OJCZYŹNIE (Teatr Polski we Wrocławiu)</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_nDvE8u8gN10/TSmkKHDVGCI/AAAAAAAAAFA/wwn7p-uBSkE/s1600/utworomatce_170_300.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 170px; height: 201px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_nDvE8u8gN10/TSmkKHDVGCI/AAAAAAAAAFA/wwn7p-uBSkE/s320/utworomatce_170_300.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5560155708564248610" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Przyznam od razu, że w „Utworze o matce i ojczyźnie” w wersji Jana Klaty interesowała mnie właściwie wyłącznie teatralna robota. Bo nominowany do Nike literacki oryginał znam od miesięcy, a treść zawarta w naprawdę znakomitym poemacie Bożeny Umińskiej-Keff to też żadna nowość. Temat niewolniczej relacji między matką i córką, rodzicami i dziećmi, a nawet ojczyzną i jej obywatelami, znajduje się w sferze naszej wiedzy codziennej, powszechnej, choć, oczywiście, Osiecka miała rację, gdy w innej sprawie pytała: „a czy nam coś ta wiedza da?”. Powtarzalność schematu jest tutaj chyba czymś więcej niż sprawą świadomości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak się ten spektakl zresztą rozgrywa w warstwie wizualnej i częściowo też dźwiękowej, podkreślane są elementy pierwotne, jak malunki na skałach-szafach (scenografia Justyny Łagowskiej), jak wojownicze makijaże na twarzach aktorów, rytmiczna intonacja zdań czy plemienny ruch (choreografia Maćka Prusaka). W słowach ta prymitywność ludzkich emocji wyraża się czasem sekwencją wyzwisk skierowanych przez córki Korusie-Usie do matek Demeter-Meter. Matki mają swoje mityczne historie tragiczne, z II wojną w tle, z komunistyczną nagonką na Żydów, z Michnikami, Urbanami, Rakowskimi, Blumsztajnami w rolach. Córki chcą się słusznie z tego rodzinnego jarzma dziejów i starszych kobiet, które automatycznie zawłaszczają ich życiową przestrzeń, wyzwolić, jak niewolnicy z amerykańskiego południa czy naród żydowski z biblijnej niewoli. „Nie dość, że siedzę w czterech ścianach sama, to jeszcze nie mam do kogo gęby otworzyć” – brzmi znajomo? Klata podkreśla w tekście Keff znaczenia prywatne, motywy narodowe chowając na drugi plan. Wprawdzie biało-czerwona chorągiewka tkwi wetknięta w podłogę sceny (po imponującym balecie Haliny Rasiakówny), ale malutka, dziecięca, pierwszomajowa, nie husarska ani nawet stadionowa czy okienna. Muzycznie też nie słyszymy o ojczyźnie, lecz o ludziach (wzruszająco dźwięcząca melodia przeboju Stonesów/Marianne Faithfull „As Tears Go By”).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Robiłem kilkakrotnie ranking aktorów występujących w najnowszym spektaklu Jana Klaty, bo kreacje są dla poziomu „Utworu o matce i ojczyźnie” decydujące. Za każdym razem zmieniała się kolejność. To jedno z tych przedstawień, według których można ustalać wzór pracy zespołowej. Nie po raz pierwszy u Klaty wszyscy stają się równoważni i po raz kolejny wspaniale za swoim teatralnym przywódcą podążają. Wielki jest sukces sztuki aktorskiej w tej skromnej pod względem teatralnych środków sztuce. Można się tylko zachwycać kunsztem Pauliny Chapko, Dominiki Figurskiej, Anny Ilczuk, Kingi Preis, Haliny Rasiakówny, Wojciecha Ziemiańskiego, wyliczać sceny warte zapamiętania. Mój numer jeden to komediowa gra na perkusyjnych instrumentach cielesnych. Drobiazg, lecz dłonie same się do oklasków wyrywają. Poza tym szczególnie godne zauważenia są: mocna scena zbiorowa w szafie i pomysłowe splątanie warkoczy aktorek, kiedy może się nawet przypomnieć wiersz Różewicza.   &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Anna R. Burzyńska w eseju o teatrze Jana Klaty pisze, że u niego „tak naprawdę najistotniejsze jest nie to, co na scenie, ale to, czego tam nie ma”. Zupełnie się z tą tezą nie zgadzam. Przeciwnie, u Klaty liczy się właśnie to, co na scenie, co pokazane, zaprezentowane, wyperformowane. Co zresztą bywa zarzutem do jego twórczości. Klata bardzo i często dba o to, by powagę i głębię zestawiać z humorem i efektownością, by sytuacje zironizować, okpić, zdekonstruować (tu tekst Bożeny Keff idzie mu w niewymagający ideowej adaptacji sukurs). Tym razem reżyser rzadko szarżuje (demonstracja owłosionych pach), raczej aranżuje całość kameralnie, głównie na monologi (jak w "Transferze") i duety postaci. Wyrzucił z libretta swego spektaklu ostry epilog, nie skusił się na wykorzystanie najsłynniejszego coveru "Rivers of Babylon", więc nie Boney M, lecz aktorzy śpiewają w finale rastafariański psalm.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po świetnym „Utworze o matce i ojczyźnie” zostaje w widzu podziw dla artystycznego mistrzostwa, zgoda na sceniczne racje, katharsis nie doświadczamy. Ale czy w dzisiejszych czasach do teatru chodzimy po katharsis?&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;.........................................&lt;br /&gt;Bożena Keff UTWÓR O MATCE I OJCZYŹNIE, reż. Jan Klata, Teatr Polski we Wrocławiu, 8 stycznia 2011&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-5143840786666708938?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/5143840786666708938'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/5143840786666708938'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/01/utwor-o-matce-i-ojczyznie-teatr-polski.html' title='UTWÓR O MATCE I OJCZYŹNIE (Teatr Polski we Wrocławiu)'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_nDvE8u8gN10/TSmkKHDVGCI/AAAAAAAAAFA/wwn7p-uBSkE/s72-c/utworomatce_170_300.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-5001463341155366705</id><published>2011-01-05T08:58:00.000-08:00</published><updated>2011-01-05T09:01:34.326-08:00</updated><title type='text'>Tadeusz Różewicz MARGINES, ALE...</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_nDvE8u8gN10/TSSjuwN2_ZI/AAAAAAAAAE4/iynMpRSXulY/s1600/Okladka__Margines_ale.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 250px; height: 315px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_nDvE8u8gN10/TSSjuwN2_ZI/AAAAAAAAAE4/iynMpRSXulY/s320/Okladka__Margines_ale.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5558747863694376338" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Pisanie (mówienie) o książce Tadeusza Różewicza na temat pisania, twórczości, bycia artystą jest dość niezwykłym zajęciem, żeby nie powiedzieć głupim. Jak by się sam Różewicz wyrazić mógł. I chyba nie trzeba tego ściślej uzasadniać. Czyż jednak człowiek w swej zdarzającej się nam czasem mądrości nie czyni rzeczy niemądrych?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na "Margines, ale..." składają się teksty zebrane z różnych źródeł, niepoetyckie i niedramatyczne, choć i poezji, i dramatu w nich nie brakuje. To listy, notatki, mowy, podziękowania, autorskie objaśnienia do własnych utworów, szkice o innych, a także felietony publikowane kiedyś w "Odrze" czy nekrologi kierowane do zmarłych przyjaciół. Większość wyróżnia znana z wierszy różewiczowska intymność, tu zadziwiająco rzadko ujmowana w ironiczny cudzysłów. Choć zapewne niektórzy będą się doszukiwać drugiego dna choćby w tym krótkim adresie do świeżo wtedy upieczonej noblistki: "(...) czy się cieszę? Oczywiście, że się cieszę, przecież to druga kobieta-Polka otrzymała wielką Nagrodę. Mamy więc teraz trzech mężczyzn i dwie kobiety". I może będą mieli rację? Bo przecież można było inaczej. Od tamtego października minęło ponad czternaście lat, Różewicz zbliża się do swojej dziewięćdziesiątki, Szymborska powita podobny jubileusz za lat parę. W sprawie płciowości polskiego Nobla nic się dotąd nie zmieniło. W pozostałych też niewiele - taka myśl się kołacze po głowie podczas lektury marginesowych uwag pana Tadeusza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest pewien etap w życiu tzw. świadomego czytelnika literatury, kiedy tzw. ambitna powieść bywa murem nie do przejścia. Etap zniechęcenia fabułą od początku do końca, tradycyjną strukturą, śledzeniem losów poprzez narracyjne sierpy i cepy. Wtedy chętnie się sięga po rozmaite sylwy, zbiory i puzle. Wtedy idealny wydaje się "Margines, ale...". Bo z jednej strony opowiada mnóstwo ciekawych historii autorskich i ludzkich po prostu, a z drugiej przybliża do zrozumienia tego skromnego wielkiego fenomenu Tadeusza Różewicza. Który zadziwia tutaj czymś, co nazwałbym męską serdecznością w licznych korespondencyjnych kontaktach, sentymentalnych relacjach, który przyznaje się z rozbrajającą szczerością do poetyckich przyjaźni i wpływów Leopolda Staffa, Juliana Przybosia, ale i Kochanowskiego, Norwida, Syrokomli, Asnyka, nie pomijając np. Miłosza. A zaraz potem dodaje, że uczy się również od własnych epigonów czy poetów kiepskich. Wszystko po to, by po długim okresie życia i doświadczeń dojść do formy równej Mickiewiczowskiemu arcydziełu "Polały się łzy me czyste...". Każda właściwie strona tej przebogatej książki przynosi coś ciekawego: wyznanie, opinię, anegdotę, odpowiedź. Na pytanie błahe: "Co ja robiłem na sali kina w ten piękny, letni dzień już o godzinie 9 rano?" (na obleganym przez ośmioletnie dzieci seansie "King Konga") i pytanie podstawowe, czyli "Dlaczego piszę?".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Te właśnie, znajdujące się na marginesie spraw twórczych i bieżących, "pytania zadawane samemu sobie" (z odpowiedziami) są w najnowszym Różewiczowskim zbiorze najbardziej interesujące. Ostatecznie też dają dowód na to, że Różewicz zawsze szukał / szuka, że pisze tekst nieustannie otwarty i otwierany, niepodległy. I może dlatego ten  wieńczący próżny Nobel ciągle go omija.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PS&lt;br /&gt;A czy wiedzieli Państwo, że pierwszą literacką miłością Tadeusza Różewicza były "Syzyfowe prace"?&lt;br /&gt;.................................................&lt;br /&gt;Tadeusz Różewicz MARGINES, ALE..., wybór i opr. J.Stolarczyk, Biuro Literackie, 2010&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-5001463341155366705?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/5001463341155366705'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/5001463341155366705'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/01/tadeusz-rozewicz-margines-ale.html' title='Tadeusz Różewicz MARGINES, ALE...'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_nDvE8u8gN10/TSSjuwN2_ZI/AAAAAAAAAE4/iynMpRSXulY/s72-c/Okladka__Margines_ale.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-8582403783635724766</id><published>2011-01-04T12:17:00.000-08:00</published><updated>2011-01-04T12:20:00.448-08:00</updated><title type='text'>Eugeniusz Dębski MOHERFUCKER</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_nDvE8u8gN10/TSOA5TtjVII/AAAAAAAAAEw/K8T6KgHTHdQ/s1600/eugeniusz_debski_moherfucker%25283%2529.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 200px; height: 200px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_nDvE8u8gN10/TSOA5TtjVII/AAAAAAAAAEw/K8T6KgHTHdQ/s320/eugeniusz_debski_moherfucker%25283%2529.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5558428087137555586" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Najnowsza książka wrocławskiego pisarza zaczyna się od przerażającej jatki na zapuszczonym petersburskim podwórku. Niby zniedołężniała staruszka, zagadnięta przez młodzieńca o imieniu Saszka, zamiast wysupłać żądaną kasę masakruje grupę reketierów. Bo to nie staruszka, lecz guimon, potwór prawie niezabijalny, coś w rodzaju obcego z filmu Ridleya Scotta i następców. A powieść o nie tylko zdrową ciekawość wzbudzającym tytule „Moherfucker” typowym horrorem też nie jest.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Głównego bohatera, agenta ABW Kamila Stocharda, poznaliśmy już na kartach „Hell-p”, gdzie wraz z amerykańskim, choć urodzonym w Polsce, kolegą ścigał guimony w różnych naszych świętych miejscach, jak Wadowice czy Toruń. I zasłużył na miano Moherfuckera, terminatora ukrytej pod futerkowym beretem armii. W drugiej części zapowiadanego na tetralogię cyklu Stochard będzie robił to samo, tyle że we współczesnej Rosji Władimira Putina. Nową zawodową przyjaźń zawrze z kapitanem Kostią Sukoninem, pieczołowicie dbającym o higienę jamy ustnej policjantem, nie będzie chciał się przespać z przepiękną agentką Zemfirą Warakanową, mimo jej wielkiej na polskiego macho ochoty. Tego jednego Eugeniuszowi Dębskiemu darować nie mogę. Nie można by, zwracam się do autora, Zemfiry jakoś wyreperować, aby wystąpiła w kolejnej książce? Wy, pisarze SF, macie swoje sposoby. Stochard to w ogóle trochę dziwny typ. Męski, ale czy do końca? Pije wódkę, lecz pali e-papierosy, no i jakoś tak tkliwie myśli o Jerrym Wilmowskim, tym specjaliście od guimonów z Ameryki...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czyta się „Moherfuckera” świetnie. Fabuła płynie wartkimi falami, raz po raz barwionymi na krwisto czerwony kolor, w żadnym fragmencie nie trafia na mieliznę, nawet monologi postaci mają dynamikę dialogu. Zdarza się i zmiana perspektywy narracji. Dębski lubi sobie też nierzadko zrobić wycieczkę kulturową. Wysyła na przykład Kamila na koncert Leonarda Cohena w Hali Stulecia, a Sukoninowi, który stacjonował kiedyś z rosyjskim wojskiem w Legnicy, karze skomentować „Małą Moskwę” Waldemara Krzystka. Kiedy zadomowiony w stolicy Stochard dowiaduje się o zesłaniu do Wrocławia, szef mówi mu: „Jedziesz do Breslau. Wiesz, Krajewski, Dutkiewicz, Miodek, Gucwińscy”. Na dworcu widać neon „Dobry wieczór we Wrocławiu”, a bohater wspomina swoje studenckie czasy, gdy chodził do nieczynnego dziś kina Oskar, znajdującego się nieopodal wrocławskiej siedziby ABW.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ogromną rolę pełnią wtręty rosyjskie, tłumaczone w przypisach, zarówno językowe, jak i topograficzne. Gdzieniegdzie autor rzuci niewymuszoną anegdotą, są nawiązania do literatury i kultury popularnej. Rozebrana Zemfira paraduje w łaźni z blizną w okolicach wątroby, co Kamilowi przypomina scenę z „Nagiej broni”, oboje mieszkają w olbrzymim mieszkaniu, w którym powstawały „Zapiski z martwego domu” Dostojewskiego. Motto powieści wzięte jest z „Mistrza i Małgorzaty”, motyw złej mocy emitującej sny i szukającej nosicieli, zaczerpnął Dębski od Lovecrafta. Odrobinę irytuje wątek znajomości Stocharda z Majką, spotkaną po latach we Wrocławiu, bo nie wiadomo, po co się ta sprawa pojawia, skoro nie ma znaczenia dla fabuły i urywa się, jak to się u nas mawia, ni w pięć, ni w dziewięć, czyli ni k siełu ni k gorodu, jak by powiedział Sukonin. Ale czepiać się nie będę, bo „Moherfucker” to tak wciągający dreszczowiec z ambicjami, że drobiazgi nie mogą tej stylistycznie doskonałej książce zaszkodzić. Ciąg dalszy nastąpi podobno za kilka miesięcy, znów w Rosji, którą dzięki Eugeniuszowi Dębskiemu przypomnimy sobie jeszcze bardziej.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;........................................&lt;br /&gt;Eugeniusz Dębski MOHERFUCKER, Runa, 2010&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-8582403783635724766?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/8582403783635724766'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/8582403783635724766'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2011/01/najnowsza-ksiazka-wrocawskiego-pisarza.html' title='Eugeniusz Dębski MOHERFUCKER'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_nDvE8u8gN10/TSOA5TtjVII/AAAAAAAAAEw/K8T6KgHTHdQ/s72-c/eugeniusz_debski_moherfucker%25283%2529.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-1760055965549395074</id><published>2010-12-29T15:20:00.000-08:00</published><updated>2010-12-29T15:34:22.211-08:00</updated><title type='text'>Kamil Śmiałkowski PRZEDWIOŚNIE ŻYWYCH TRUPÓW</title><content type='html'>Odradzałem Państwu kiedyś lekturę tzw. literackiego mash-upu pt. „Duma i uprzedzenie i zombie”, czyli tworu powstałego na podstawie, a raczej nawozie popularnej powieści Jane Austen. Prorokowałem wtedy żartem, że kolejne będą inne dzieła światowego kanonu, nie przewidziałem, że za rasowanie własnej klasyki wezmą się Polacy. A przecież mogłem się tego spodziewać, znając upodobanie rodaków do wszelkich kulturowych zrzynek. Na ślad książki „Przedwiośnie żywych trupów” trafiłem czytając znakomitą w swoim gatunku kryminalnej fantastyki powieść Eugeniusza Dębskiego pod nieco niecenzuralnym tytułem „Moherfucker” (recenzja niebawem). Wśród tytułów-nowości widniało sobie właśnie „Przedwiośnie” podpisane przez autora głównego, a więc Stefana Żeromskiego, oraz autora drugiego, podautora, Kamila Śmiałkowskiego. Dziennikarza mającego na wydawniczym koncie leksykony o Jamesie Bondzie i wampirach. Całkiem zresztą niezłe. Jego „Przedwiośnie żywych trupów” jest, niestety, tragiczne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nad pomysłem żerowania na cudzym pastwić się nie będę. Dla kasy różni ludzie robią różne brzydkie rzeczy – ich grzech, ich pokuta. Przyjrzyjmy się samej robocie. Śmiałkowski mówił w jednym z wywiadów, iż unowocześnienie utworu Żeromskiego polegało na zmianach, w sumie, niewielkich, przyznawał się do zaledwie dziesięcioprocentowej ingerencji w tekst-oryginał. To, w sumie, prawda. Porównajmy fragment, gdy Cezary pracuje na porewolucyjnym cmentarzysku, jeszcze w Baku:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Żeromski-Żeromski: &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Przywykł do tego zajęcia, przyzwyczaił się nawet do wstrętnej woni rozłożonych trupów. Nastawiał nozdrza pod wiatr lecący z wolnych górskich pustyń i obojętnie spełniał swe obowiązki, myśląc o rzeczach i sprawach weselszych od widoku, który wciąż miał przed oczyma. Weselszą była przede wszystkim myśl o jadle, którego skąpo, lecz w porcjach niezawodnych i stałych oraz w wiadomych terminach udzielali zwycięzcy. Ostatnimi czasy, wśród głodówek oblężenia i „na wojnie”, Cezary Baryka bardzo wyszczuplał i stracił na sile. Zdarzały mu się minuty zamroczeń i „podpierania się nosem”, toteż teraz jadł przyznaną mu i przeznaczoną dlań mamałygę z nieopisaną rozkoszą&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Żeromski-Śmiałkowski: &lt;span style="font-style:italic;"&gt;Przywykł do tego zajęcia, przyzwyczaił się nawet do wstrętnej woni rozłożonych trupów. Nastawiał nozdrza pod wiatr lecący z wolnych górskich pustyń i obojętnie spełniał swe obowiązki, myśląc o rzeczach i sprawach weselszych od widoku, który wciąż miał przed oczyma. Weselszą była przede wszystkim myśl o jadle, które czasem udało mu się w ramach pracy zorganizować. Nocami po cichu wracał do niektórych celowo płyciej zakopanych ciał i posilał się mózgami&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Subtelna różnica, przyznać trzeba. Co poza tym? Czarek gryzie rękę matki, gdy ta już leży w grobie, kocha ojca, jednocześnie pożądając jego mózgu, a na warszawskiej medycynie z zapałem kraje truposze (tak jak u Żeromskiego), z tym, że pan Szymon Gajowiec ujawnia się w nowej wersji jako „jeden z najwybitniejszych w Polsce nekromantów” i utrzymuje podopiecznego w stanie out-of-zombie za pomocą tabletek. Kiedy ich zabraknie podczas Barykowego pobytu w Nawłoci, Czaruś będzie sobie musiał radzić, smakując klerykalny sok z głowy księdza Anastazego i płyn mózgowy otrutej Karusi. A panna Wanda rozłoży w pewnej chwili skrzydła, unosząc się w niebo i tyle o niej słyszano, tyle ją widziano. I tak dalej. Daleko idących zmian językowych nie znajdziemy. Redukcje są kosmetyczne. Zresztą w kwestii języka Śmiałkowski miał łatwe zadanie, wszak już u autora głównego, wbrew obiegowym opiniom o trudnym stylu, pojawiają się wyrażenia typu: „wygląda cwanie” czy też „miała szesnaście lat, a jednak nie mogła przeleźć z piątej do szóstej klasy szkoły państwowej”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przeleźć przez takie „Przedwiośnie”, „Przedwiośnie żywych trupów”, to zajęcie kompletnie bezsensowne. Bo ani błyskotliwej zabawy pastiszowej, ani poważnej lektury nie zaznamy. Przeróbka Śmiałkowskiego jest zbyt grzecznie ubabrana w straszny wątek, by umrzeć ze śmiechu, a jeśli interesuje nas przeczytanie powieści-legendy, po wstrętnie woniejący brudnym zyskiem klon sięgać nie będziemy. Jeszcze przed wydaniem tej nietrafionej publikacji Kamil Śmiałkowski zapowiedział w wywiadzie dla Stopklatki: „Jak tylko to wyjdzie, uważam, że powinniśmy iść dalej i wydać antologię nowel pozytywistycznych. Jaki potencjał tkwi chociażby w ‘Antku’?!”.  Wprawdzie nie wyszło, ale do spokojnej głowy w sprawie przyszłego ataku literackich wampirów na naszych pisarzów jakoś mi daleko.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;.........................................&lt;br /&gt;Stefan Żeromski, Kamil Śmiałkowski PRZEDWIOŚNIE ŻYWYCH TRUPÓW, Runa, 2010&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-1760055965549395074?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/1760055965549395074'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/1760055965549395074'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/12/stefan-zeromski-kamil-smiakowski.html' title='Kamil Śmiałkowski PRZEDWIOŚNIE ŻYWYCH TRUPÓW'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-4219688703562620048</id><published>2010-12-25T05:25:00.000-08:00</published><updated>2010-12-29T15:17:44.275-08:00</updated><title type='text'>ROMEO I JULIA (Opera Wrocławska)</title><content type='html'>Premiera pełnospektaklowego baletu w dzisiejszych teatrach operowych, również we Wrocławiu, należy do okazji świątecznych. Raz na sezon to stanowczo za mało, by upoić baletowych miłośników. Więc jeśli już uda się wejść na afisz, to z tytułem wartym oczekiwania. Jak mistrzowski "Don Kichot" Minkusa przygotowany kilkanaście miesięcy wcześniej przez Beate Vollack. Jak "Romeo i Julia"?&lt;br /&gt;   &lt;br /&gt;Jerzy Makarowski, choreograf wrocławskiej wersji jednego z najpopularniejszych baletów XX wieku, podjął decyzję karkołomną. Oczyścił libretto z tanecznych epizodów, by zaprezentować historię tragicznej miłości w możliwie czystej formie. Nie znajdziemy więc tutaj dekoracyjnych "tanuszków", jak deklarował przedpremierowo niegdysiejszy solista Teatru Wielkiego w Warszawie, potem artystyczny emigrant realizujący w teatrach niemieckich. Cała siła inscenizacji koncentruje się na tytułowej parze i konflikcie między rodzinami, a sceniczne wydarzenia narracyjnie spaja i organizuje pantomimicznie zaprogramowana postać Fatum. I to jest pomysł atrakcyjny, wręcz szekspirowski, niepokojąco zagrany przez Gienadija Rybalchenko, ale niewystarczający, czego świadomość Makarowski zapewne miał. Stąd niezbyt udane próby dodania do kameralnego spektaklu elementów widowiska.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwszą część trzeba przetrwać. Niestety, wieje nudą. Szermiercze walki bardzo się dłużą, wyglądają jak zajęcia w szkole aktorskiej, a nie teatralny, czy też filmowy, jak chciał choreograf, zestaw coraz to ciekawszych popisów. W kółeczku, w duecie, panowie i panie, stykając klingi, krzycząc, popatrując na siebie wilkiem przedstawiają stopień zwaśnienia stron. W epoce 3D taki staroświecki taniec z szabelkami uchodzi tylko przez chwilę. Makarowski nie poczuł w tej sprawie umiaru. Jedna jedyna spełniona scena dzieje się w pokoju Julii, jeszcze dziewczyny, która broni się przed kobiecością. Potem następuje czytelny wprawdzie, lecz konwencjonalny bal (także w scenografii rozegrany zbyt oszczędnie), a spotkanie przyszłych zakochanych nie grzeszy namiętnością. Ten chłód da o sobie znać w najbardziej rozczarowującym fragmencie spektaklu, czyli w duecie Julii i Romea (biegły Sergii Obemerok). Absolutnie zawodzi tu Makarowskiego choreograficzna wyobraźnia lub może po prostu serce do tanecznych intymności. Soliści są technicznie znakomici, ale bez pomocy choreografa cóż mogą zrobić, co zatańczyć? Zwłaszcza że i wybrana muzyka Prokofiewa opiera się właściwie na jednym powracającym temacie. Szkoda tej, klasycznie ujętej, pierwszej części przedstawienia, bo przepływa przed widzem zbyt obojętnie. Dobrze przynajmniej, że wzrok zatrzymują kostiumy (Ryszarda Kai), no i pojawia się Fatum.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zastrzeżenia co do nierównej inscenizacji są poważne, ale artystom należą się wyłącznie brawa! Spisują się fantastycznie, a Nozomi Inoue jako Julia potwierdza swój aktorski talent, nie tracąc nic z tanecznej perfekcji. Kiedy trzeba jest eteryczna, gdy jej postać rozwija się z biegiem akcji, potrafi pokazać, jak Julia staje się kobietą, walczy o siebie i ukochanego, mimo ciężaru rodzinnych uprzedzeń. W drugiej odsłonie widzimy w Operze Wrocławskiej całkiem inny balet niż przed antraktem. Przede wszystkim tancerze wykorzystują współczesne formy tańca, momentami rewelacyjnie, co świadczy o wysokich umiejętnościach i dojrzałej wszechstronności wrocławskiego zespołu. Wreszcie coś się naprawdę dzieje, choć w ograniczonych mikroświatach, w relacjach między bohaterami. Tu fabuła odchodzi na drugi plan, interpretacja należy do widzów. Co czuje Julia, która musi wybierać z możliwości nie do pogodzenia? Co czuje jej matka (bardzo dobra w drugim akcie Sylwia Piotrowicz), której kochanek został zabity przez zięcia? Kim jest Fatum? Ojcem Laurentym, pragnącym szczęścia i zgody, czy mroczną mocą prowadzącą ludzi tam, gdzie panuje nienawiść, dokąd zresztą sami siebie doprowadzają? Chyba jednak to drugie, co sugeruje choćby wyrazista, przewodnia figura zastygania w pozie niemal dziecięcej kołyski. Mamy więc kawał świetnie zatańczonego teatru tańca i z teatru wychodzimy w sumie usatysfakcjonowani.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;.................................................&lt;br /&gt;Sergiusz Prokofiew ROMEO I JULIA, insc. i choreografia Jerzy Makarowski, premiera w Operze Wrocławskiej 19 grudnia 2010&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-4219688703562620048?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/4219688703562620048'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/4219688703562620048'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/12/romeo-i-julia-opera-wrocawska.html' title='ROMEO I JULIA (Opera Wrocławska)'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-4349647345190871489</id><published>2010-12-17T02:18:00.000-08:00</published><updated>2010-12-17T02:25:39.413-08:00</updated><title type='text'>Andrzej Grabowski MAM PRAWO...CZASAMI...BANALNIE</title><content type='html'>Kiepska płyta świetnego aktora. Ma prawo, ale po co? Więcej w dźwięku:&lt;br /&gt;&lt;embed src="http://www.box.net//static/flash/box_explorer.swf?widget_hash=f0j4p9xeso&amp;v=1&amp;cl=0&amp;s=0" width="300" height="100" wmode="transparent" type="application/x-shockwave-flash"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;br /&gt;....................&lt;br /&gt;Andrzej Grabowski MAM PRAWO...CZASAMI...BANALNIE, Universal Music Polska, 2010&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-4349647345190871489?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/4349647345190871489'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/4349647345190871489'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/12/andrzej-grabowski-mam.html' title='Andrzej Grabowski MAM PRAWO...CZASAMI...BANALNIE'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-2308494754180267904</id><published>2010-12-09T12:34:00.000-08:00</published><updated>2010-12-29T15:36:52.623-08:00</updated><title type='text'>Grzegorz Chojnowski ALAIN BERNARD</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_nDvE8u8gN10/TRvF9sCQ1FI/AAAAAAAAAEo/P8Uia0_deQk/s1600/ok%25C5%2582adka.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 222px; height: 320px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_nDvE8u8gN10/TRvF9sCQ1FI/AAAAAAAAAEo/P8Uia0_deQk/s320/ok%25C5%2582adka.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5556252228874982482" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Nakładem Wydawnictwa ISKRY ukazała się książka dokumentująca lata pracy Alaina Bernarda w Polsce. Dla osób zawodowo zajmujących się tańcem Bernard jest postacią, bez której trudno wyobrazić sobie taneczną nowoczesność. To on, pojawiając się w końcu lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia w Gdańsku, ucząc swoich pierwszych polskich studentów, sprowadził do nas jazz, styl dziś niezwykle popularny, zdobywający coraz więcej baletowej przestrzeni. Zanim Alain Bernard przyjechał do Polski zaledwie nieliczna grupa tutejszych tancerzy wiedziała, na czym polega specyficzna technika tańca jazzowego, główny element amerykańskiego musicalu. Niewielu wyjeżdżało za granicę, nauka jazz dance wydawała się klasycznie kształconej młodzieży abstrakcyjną atrakcją. Kiedy jednak zostały stworzone możliwości do corocznych kontaktów ze szwajcarskim ekspertem, ochoczo z nich korzystali zarówno uczniowie ostatnich lat szkół baletowych, jak i czynni, sławni już w kraju soliści. Tak rodziło się u nas zainteresowanie innym stylem, zaczęło budowanie nowej rzeczywistości. W 1981 roku Bernard zdążył przygotować dwa pierwsze w polskiej historii jazzowe balety, a po stanie wojennym wrócił, by kontynuować pracę, którą zdecydował się pioniersko podjąć. Znów uczył, inscenizował kolejne spektakle, również czysto klasyczne. Jego dawni studenci stawali się nauczycielami, on sam doczekał się laurów od środowiska.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po przeszło trzydziestu latach od pierwszych letnich kursów Alaina Bernarda w Polsce nowoczesny taniec przeżywa tu prawdziwy złoty okres. Czas więc na spojrzenie wstecz, na jedno ze źródeł obecnej popularności stylu jazz, na przypomnienie zjawiska, jakim nie tylko w polskim świecie tańca jest szwajcarski choreograf, pedagog, tancerz, dociekliwy badacz, znawca baletowych dziejów,  komentator wydarzeń bieżących, znany w Europie kolekcjoner. To właśnie jemu chciało się kiedyś przyjechać na Wschód, na Białoruś, Litwę, do Estonii, Czech, do Rosji, by do baletowej tradycji klasycznej dołożyć w tych krajach też już bogatą tradycję tańca jazzowego. Najczęściej przyjeżdżał do Polski, gdzie znalazł przyjaciół i szacunek, gdzie jego praca okazała się wyjątkowo potrzebna, gdzie w końcu zamieszkał.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czytelnik znajdzie w tym opracowaniu pełen przegląd polskiej działalności Alaina Bernarda, nauczyciela kilku pokoleń tancerzy i choreografów, inscenizatora pamiętnych baletów, zwieńczony obszernym wywiadem z bohaterem. Na końcu zamieszczono szczegółowe kalendarium bogatego dorobku szwajcarskiego mistrza z lat wizyt i pobytu w Polsce. Warto jednak pamiętać, iż to zaledwie mała część całości, bo Alain Bernard na długo przed przyjazdem do nas zasłużył na miano „ojca tańca jazzowego” w rodzimej Szwajcarii, prowadził zajęcia na całym świecie, z sukcesem wystawiał spektakle. To, że przystanek Polska stał się dla niego przystanią, jest również zasługą wielu mądrych ludzi stąd, artystów i działaczy baletowej kultury, którzy w odpowiednich chwilach widzieli w Alainie Bernardzie człowieka przeznaczonego do wypełniania historycznie znaczącej misji, nauczenia Polaków stylu jazz, a przy okazji odświeżenia polskiego życia baletowego. Niniejsza książka tę misję dokumentuje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;...................................&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Alain Bernard to choreograf, który łączy w sobie wiele zalet, wrażliwość plastyczną, choreograficzną, muzyczną, a także, co bardzo istotne, cierpliwość pedagogiczną. Rzadko spotykałem w życiu ludzi tego pokroju, obdarzonych takim talentem, jaki ma Alain Bernard” (Bogusław Kaczyński)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Na pewno nie byłoby w Romie takiego dobrego baletu, gdyby nie Alain. To on stworzył te trzy trudne choreografie („Coppélia”, „Dziadek do orzechów”, „Kopciuszek”). Każda na wysokim poziomie artystycznym, podobała się publiczności. Osiągnęliśmy sukces, to czysty rachunek” (Maria Krzyszkowska)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Robił na nas wielkie wrażenie. Znakomicie pokazywał każde ćwiczenie, dokładnie wiedzieliśmy, czego wymagał” (Maria Kijak)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Alain Bernard był postacią wyjątkową. Wymagał od nas wielkiej dyscypliny, traktowaliśmy pracę z nim jako duże wyzwanie. Mieliśmy dzięki temu większe możliwości rozwoju” (Roman Komassa)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Dla nas to było po prostu w tamtych czasach prawdziwe odkrycie. Alain Bernard potrafił dotrzeć do swoich studentów, pokazać nam odmienny styl. Był też dla nas wzorem, ze wszystkich sił starałam się jego taniec naśladować” (Renata Tomaszewska)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Gdy z podziwem obserwowaliśmy jego taniec, zapominaliśmy, że jesteśmy nie widzami, lecz uczniami” (Ewa Wycichowska)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;...................................&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Fragment wywiadu z Alainem Bernardem, zamieszczonego w książce:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;- Co pan wiedział o Polsce przed przyjazdem na pierwsze warsztaty?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Nic, zupełnie nic. Oczywiście oprócz wiedzy na temat wielkich nazwisk polskich tancerzy z historii baletu, choćby gwiazd Diagilewa. To był czas żelaznej kurtyny, niewiele informacji stąd docierało do Szwajcarii. Kiedy uczyłem w Dreźnie, w szkole u Gret Palluca, miałem kilku polskich uczniów. Jakiś czas później otrzymałem list z pytaniem, czy byłbym skłonny poprowadzić kursy w Polsce. Gdy przyjechałem, zacząłem się interesować, jak zawsze to robię w nowym kraju, tutejszym życiem baletowym, światem tańca. I powoli zacząłem rozumieć, co się dzieje, jakie są tu zespoły, kto im przewodzi i tak dalej. Wcześniej tego nie wiedziałem. To był skok do zimnej wody, jak mówi się w języku niemieckim.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;- Czyli skok na głęboką wodę, jak mawiamy w Polsce.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Ze Szwajcarii przyjechałem samochodem. Bardzo spodobała mi się polska wieś, piękne krajobrazy. Wszystko wspaniałe, zachęcające. Oprócz hotelu. Pamiętam też sklepy, w których nie było nic poza herbatą. A ja miałem dużo pieniędzy zarobionych tutaj, nie mogłem ich wywieźć , wymienić na zachodnią walutę. Musiałem wydać, ale na co? Zatem gdziekolwiek pracowałem, zabierałem swoich studentów do restauracji, żeby zjedli przyzwoity obiad, nie to, co dostawaliśmy na kartki w stołówce.   &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;- Musi pan mieć duszę pioniera skoro zdecydował się pan w tamtych czasach pracować na wschodzie Europy.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Na Zachodzie też pracowałem. W Szwajcarii nazywają mnie ojcem tańca jazzowego. Nikt przede mną nie zajmował się tam jazzem. Kiedy po powrocie ze Stanów założyłem własną szkołę, uczyłem jazz dance, bo nikt go nie znał. Potem były m.in. Niemcy, Bułgaria, no i Polska. W pewnym sensie tutaj też zostałem ojcem tańca jazzowego. Powadziłem zajęcia dla tancerzy przygotowujących musical „Metro”, wielu moich polskich studentów uczyło i uczy tego stylu. W ten sposób staje się coraz bardziej rozpowszechniony i popularny. Podobnie w Szwajcarii. Wszyscy pedagodzy starszej generacji brali udział w zajęciach w mojej szkole.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;...................................&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Alain Bernard – wybitny tancerz, choreograf, pedagog, kolekcjoner i historyk baletu. Tańca klasycznego uczył się w ojczystej Szwajcarii oraz m.in. w nowojorskiej School of American Ballet George’a Balanchine’a. Był pierwszym studentem, który otrzymał stypendium prestiżowej szkoły Marthy Graham, gdzie przez dwa lata poznawał jej technikę. Tańczył od Nowego Jorku po Paryż. Prowadził w Bernie własną szkołę tańca jazzowego. W wielu krajach tworzył choreografię do baletów jazzowych i klasycznych. Do Polski przyjechał po raz pierwszy w latach 70. XX wieku. Pracował tu jako pedagog, choreograf i juror konkursów baletowych. Dziś mieszka na Mazurach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Grzegorz Chojnowski – z wykształcenia anglista i polonista. Od 1994 roku jest dziennikarzem prasowym, radiowym i telewizyjnym (m.in. TVP, Polskie Radio, Gazeta Wyborcza, Notatnik Teatralny, Der Neue Merker, Fraza, Ha!art). W Radiu Wrocław prowadzi autorski Wieczór z Kulturą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;...................................&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;SPIS TREŚCI&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wstęp 5&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Let’s Jazz It 9&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Fascynacja i tortura 10&lt;br /&gt;Nowa jakość 14&lt;br /&gt;Metoda 19&lt;br /&gt;Trudne otwarcie na świat 24&lt;br /&gt;Lepsze teraz 29&lt;br /&gt;„Zatańczmy jazz” 32&lt;br /&gt;Oberek w stylu jazz 34&lt;br /&gt;„Jazz dla dwunastu...” 38&lt;br /&gt;Postscriptum po latach, czyli „Celebration” 42&lt;br /&gt;Szwajcarski Wschodnioeuropejczyk 45&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A to właśnie Polska, czyli Opera Nova 47&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pomóc w rozwoju sztuki baletowej 47&lt;br /&gt;Balet mój widzę ogromny 49&lt;br /&gt;Wielki balet to żart 50&lt;br /&gt;Prawda czasu 53&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czysta klasyka. Alain Bernard i Teatr Muzyczny „Roma” 57&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Coppélia” 61&lt;br /&gt;„Dziadek do orzechów” 73&lt;br /&gt;„Kopciuszek” 81&lt;br /&gt;Czysty rachunek. Rozmowa z Marią Krzyszkowską 91&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Od walców do tanga w Operze Wrocławskiej 95&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Valses” 96&lt;br /&gt;„Tangos” 100&lt;br /&gt;Liczy się rezultat. Rozmowa z Marią Kijak 106&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pełnia satysfakcji. Wywiad z Alainem Bernardem 111&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kalendarium i varia 137&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Indeks nazwisk 168&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;........................&lt;br /&gt;Grzegorz Chojnowski ALAIN BERNARD – POLSKI ROZDZIAŁ, Iskry, 2010&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-2308494754180267904?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/2308494754180267904'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/2308494754180267904'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/12/grzegorz-chojnowski-alain-bernard.html' title='Grzegorz Chojnowski ALAIN BERNARD'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_nDvE8u8gN10/TRvF9sCQ1FI/AAAAAAAAAEo/P8Uia0_deQk/s72-c/ok%25C5%2582adka.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-8183973886666287150</id><published>2010-12-09T11:50:00.000-08:00</published><updated>2010-12-09T12:28:54.172-08:00</updated><title type='text'>Angelus 2010 Reportaż</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_nDvE8u8gN10/TQE6O5gGhNI/AAAAAAAAAEU/b6odi1dDk48/s1600/Zdj%25C4%2599cie0164.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 240px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_nDvE8u8gN10/TQE6O5gGhNI/AAAAAAAAAEU/b6odi1dDk48/s320/Zdj%25C4%2599cie0164.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5548780243525207250" /&gt;&lt;/a&gt; We Wrocławiu przyznano po raz piąty literacką nagrodę Europy Środkowej ANGELUS. W gronie siedmiu finalistów znaleźli się autorzy rumuńscy: Norman Manea, Eginald Schlattner, polscy: Wojciech Albiński, Jacek Dukaj, Zbigniew Kruszyński, Antoni Libera, i pisarz węgierski György Spiró. Stawką była statuetka Angelusa i 150 tysięcy złotych (oraz 20 tys. zł dla tłumacza).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oto relacja z gali (4.12.2010) i wywiady:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;embed src="http://www.box.net//static/flash/box_explorer.swf?widget_hash=t95bm32qs3&amp;v=1&amp;cl=0&amp;s=0" width="300" height="100" wmode="transparent" type="application/x-shockwave-flash"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W poprzednich latach wrocławską nagrodę wygrywali: Czech Josef Skvořecky, Węgier Péter Esterházy, Austriak Martin Pollack oraz pisarz ukraiński Jurij Andruchowycz. Angelus to obok nagrody Nike najcenniejsze wyróżnienie literackie przyznawane w Polsce.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-8183973886666287150?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/8183973886666287150'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/8183973886666287150'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/12/angelus-2010-reportaz.html' title='Angelus 2010 Reportaż'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_nDvE8u8gN10/TQE6O5gGhNI/AAAAAAAAAEU/b6odi1dDk48/s72-c/Zdj%25C4%2599cie0164.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-2680367743849335170</id><published>2010-11-30T01:15:00.000-08:00</published><updated>2010-12-04T15:13:10.309-08:00</updated><title type='text'>Angelus 2010</title><content type='html'>Cztery książki polskie, dwie rumuńskie, jedna autora węgierskiego. Tegoroczna siódemka finału Nagrody Literackiej Europy Środkowej wydaje się bardzo wyrównana. Trudno w tym roku wskazać murowanego faworyta, jak w latach ubiegłych. Nie ma wśród nominowanych niekwestionowanej gwiazdy europejskiej literatury, jaką jest zwycięzca sprzed roku Josef Skvorecky, są za to, jak zwykle, powieści tylko znakomite. Pojawia się duża szansa na wygraną Polaka, co w krótkiej, pięcioletniej historii nagrody, przyznawanej książce prozatorskiej napisanej w języku polskim lub tłumaczonej na polski, jeszcze się nie zdarzyło. Tym razem jury może być mniej gościnne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zbiór opowiadań "Achtung! Banditen!" Wojciecha Albińskiego to kolejny w naszej literaturze powrót do ciągle żywych, bo najgłębiej traumatycznych wydarzeń II wojny światowej. One kiedyś rozłamały porządek polityczno-społeczny Europy, postawiły niewyjaśniony znak zapytania etycznym dziejom cywilizacji, zostawiając niejeden ślad w ludzkich psychikach. Autor dziś ponad siedemdziesięcioletni miał w roku 1939 zaledwie cztery lata. Tamten wrzesień i miesiące następne zostały tu uchwycone fotograficznie i rzeczowo, w przemieszaniu surowego faktu z dotyczącą konkretnej sceny grozą, ale i ironią znajdując jeszcze jeden sposób, aby wyrazić niepojęte. Perspektywa dziecka, punkt widzenia nierzadko wykorzystywany w wojennych narracjach, okazuje się pomysłem ciągle nośnym i po ludzku wzruszającym. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Wroniec" Jacka Dukaja to oryginalna w idei i stylu opowieść o stanie wojennym, ze zrozumiałych względów literacko niewyeksploatowana. Też relacja dziecka. „Tamtej zimy zdarzyło się, że brzydcy panowie zastąpili w telewizji także niedzielną bajkę” - pisze chłopiec, którym Dukaj w 1981 roku był. Gdy dorósł, zajął się fantastyką, zasłużył na karkołomne nazwanie go nowym Lemem. "Wroniec" nie jest jednak powieścią fantastyczną. Opowiada o historii poprzez klucz baśniowy. Tytułowy Wroniec porywa Adasiowi tatę, a potem pozostałych najbliższych, pojawiają się Bubecy i Milipanci oraz pan Oporny. Krytycy wskazywali na powinowactwa z Lewisem Carrollem czy braćmi Grimmami. Nominacja do nagrody IBBY już była, teraz czas na więcej?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wrony kraczą o zwycięstwie Dukaja, ale czarnym koniem być może Zbigniew Kruszyński i jego "Ostatni raport", raport byłego agenta SB, ale i działacza podziemnej opozycji. Główna postać to człowiek niepozbawiony wdzięku, co doceniają także kobiety. Jego potrzeba pisania, notowania, relacjonowania zdaje się kompulsywną obsesją, co z kolei dla ipeenowskich annałów znaczenia nie ma. Dla ogarnięcia tamtych trudnych, wcale nie jednoznacznych, czasów i zrozumienia człowieka uwikłanego ma ogromne. Demaskatorska i przewrotna powieść Kruszyńskiego, który w latach 1980. musiał emigrować do Szwecji, wiele mówi o nas, Polakach zaplątanych w komunizm i wolność. "Nawet jeśli nie zostawię po sobie dzieła wiekopomnego (już zostawiłem), to wiem, że każdy mój przecinek, każda moja kropka sięgnęły celu, sięgnęły i przeszyły na wylot” - pisze narrator.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Antoni Libera ze swoim "Godotem i jego cieniem" też nieźle pasuje do tego w historii zanurzonego towarzystwa, bo wydał bardzo osobistą powieść-wyznanie, wyraz fascynacji dziełem Samuela Becketta, a przy tym zapis ciekawego procesu inspiracji kimś innym, by dotrzeć do własnego głosu. Libera przez lata tłumaczył i wystawiał sztuki irlandzkiego mistrza teatru absurdu aż sam zaczął pisać. "Godot i jego cień", z okładką przedstawiającą starego, co prowadzi młodszego, to autobiografia artysty na tle rzeczywistości kilku dekad polskiego wieku XX. Wiec studentów przeciwko zamknięciu "Po prostu", pies Łajka w kosmosie, Wolna Europa, w warszawskim Teatrze Współczesnym Jerzy Kreczmar reżyseruje Becketta (z Tadeuszem Fijewskim w jednej z ról). A Libera poznaje swój, nasz świat.  &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzięki Angelusowi (a raczej fali, jakiej poddali się w poprzednim roku polscy wydawcy) wiemy dziś więcej o współczesnej literaturze rumuńskiej. "Powrót chuligana" i "Fortepian we mgle" to dwie powieści, po przeczytaniu których czuć środkowoeuropejską wspólnotę doświadczeń. Chuliganem jest Żyd, dysydent, wygnaniec, kosmopolita, mieszkający w Nowym Jorku Norman Manea, znany pisarz, dzisiejszy Odys-Ulisses, odwiedzający rodzinny kraj po dziesięciu latach od decyzji o emigracji. I rekapitulujący własny los. Cytujący Herberta, przywołujący Gombrowicza, jeśli szukać polskich akcentów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Druga z rumuńskich książek, "Fortepian we mgle" Eginalda Schlattnera, to znów panorama dwudziestowiecznych dziejów poprzez tradycyjny Bildungsroman. Dorastanie Clemensa, potomka bogatej saskiej rodziny, a więc w Rumunii nacji mniejszościowej, skłania do refleksji nad tożsamością całego narodu, a i całej środkowej Europy. "Do tysiąc osiemset osiemdziesiątego szóstego roku w tym kraju każda miejscowość miała niemiecką nazwę. Cesarstwo Austrii!" - mówi w pewnym momencie wuj bohatera. - "Tam, chłopcy i dziewczęta, jest zamek. Pozostały z niego jedynie podziemia, lochy, w których sławny reformator Franz Davidis oddał Stwórcy swą pobożną, acz rozdartą duszę. W każdej epoce wsadzano za kratki niewinnych ludzi. Ten wielki człowiek pozostanie uosobieniem prawdziwego Siedmiogrodu, homo transsilvanicus, mieszanki Węgra i Sasa. Do tego mówił po łacinie, a nawet po rumuńsku, językiem chłopów; próbował wszystkich wyznań, które wtedy były w modzie: katolickiego, luterańskiego, kalwińskiego i unitariańskiego. Tylko u nas, w Siedmiogrodzie, nie palono unitarian na stosie!". A u nas w Polsce mieliśmy przecież Rzeczpospolitą wielu narodów i wyznań.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nieobca polskiej duszy powinna być osiemset stronicowa książka Węgra György'ego Spiró pt. "Mesjasze". Bo opowiada o wyznawcach dziewiętnastowiecznego mesjanizmu, o polskiej emigracji w Paryżu, o Andrzeju Towiańskim, uzdrowicielu, szarlatanie, mistyku, demagogu, proroku. O Mickiewiczu i Słowackim, którzy zapadli na tę przedziwną i do dzisiaj fascynującą chorobę-nie chorobę. Mesjanizm ma w naszej historii złą prasę, nie daje się jednak ocenić w kategoriach "czarne-czarne, białe-białe". Jak wszystko. Spiró, umiejący mówić po polsku doskonały znawca tutejszej literatury, tłumacz dramatów Wyspiańskiego, był w niegdysiejszej Polsce nawet na cenzurowanym za szarganie naszych narodowych świętości, czyli Wojciecha Bogusławskiego. Od czasu tamtej fatalnej nagonki z powodu wydanej na początku lat 1980. powieści "Iksowie" minął na szczęście czas i zmieniła się Polska. Przynajmniej na tyle, by książkę uczciwie analizującą mesjanizm nagrodzić choćby nominacją do prestiżowej nagrody. A może będzie i zwycięstwo?&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PS&lt;br /&gt;Wygrali MESJASZE!&lt;br /&gt;.................................................&lt;br /&gt;Wojciech Albiński ACHTUNG! BANDITEN!, W.A.B.&lt;br /&gt;Zbigniew Kruszyński  OSTATNI RAPORT, Wydawnictwo Literackie&lt;br /&gt;Antoni Libera GODOT I JEGO CIEŃ, Znak&lt;br /&gt;Norman Manea POWRÓT CHULIGANA, przeł. K. Jurczak, Pogranicze&lt;br /&gt;Eginald Schlattner FORTEPIAN WE MGLE, przeł. A. Rosenau, Czarne&lt;br /&gt;György Spiró MESJASZE, przeł. E. Cegielska, W.A.B.&lt;br /&gt;Jacek Dukaj WRONIEC, Wydawnictwo Literackie&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-2680367743849335170?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/2680367743849335170'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/2680367743849335170'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/11/angelus-2010.html' title='Angelus 2010'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-5596930755277388284</id><published>2010-11-20T04:57:00.000-08:00</published><updated>2010-11-20T09:56:56.261-08:00</updated><title type='text'>Magdalena Samozwaniec MOJA SIOSTRA POETKA</title><content type='html'>Do twórczości Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej trzeba mieć zapewne jakąś kobiecą słabość, aby polubić, nawet pokochać, wiersze, do których zawsze pasowało mi określenie: panieńskie. A przecież ich autorka przeżyła 49 lat (i trzy małżeństwa), do końca pisząc. W tym roku minęła 65. rocznica śmierci Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i przy tej okazji pojawiła się książka wyjątkowa. To tom wierszy Lilki, jak poetka nazwała siebie samą w dzieciństwie, wybranych przez jej młodszą siostrę Magdalenę Samozwaniec, też literatkę. Co, zdaje się, dziś trzeba przypominać, bo młodsze pokolenia pewnych nazwisk już nie kojarzą. Z własnej winy, zaniechania, lecz również z grzechów uproszczonej edukacji, popkulturowego zainteresowania tym, co teraz. Więdnie nam i poezja jako rodzaj sztuki, bo czasy mamy niepoetyckie. Więc taka książka jak ta jest dzisiaj samotnym kwiatem wśród trawy, pożółkłym liściem na pustym drzewie, używając języka wyobraźni Jasnorzewskiej. Czytelnikowi pozwala powrócić do tekstów może kiedyś niedocenionych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;„Jestem sama. / Babcia mi na imię - / czuję się jako czarna plama / na tęczowym świata kilimie” („Starość”). Albo: „Podaj mi płaszcz --- deszcz pada... / koniec z pogodą, niestety... / To nie deszcz? nie, to łzy spadły / z jakiejś dalekiej planety...” („Łzy”). Nietrudno takie zbyt łatwo zrymowane wiersze wyśmiać. Gdyby ktoś przyszedł z nimi do jakiegoś literackiego biura, zostałby pogoniony brakiem odpowiedzi. Ale twórczość Lilki nie jest jednak tak oczywista. Bo pod powierzchnią gładkiej frazy, pełnej zresztą bezpretensjonalnego wdzięku, tkwi i całościowe spojrzenie na świat, wszechświat, i ogólnoludzka prawda, która bywa najprostsza z możliwych. Że marzymy o wielkiej miłości, jak marzyła Jasnorzewska od lat najmłodszych, że podobnie jak ona boimy się starości, zauważamy piękno przyrody, że żal nam dziecka w nas samych, co „płacze nocami w kominie, że je zapomniano, zgubiono, / że miejsce jego zajęła jakaś niedobra kobieta...” („Ja”). „Najwyższym złem” była dla poetki wojna, która zmusiła ją do emigracji, skąd pisała listy choćby do męża Stefana. Umieszczała tam również swoje wojenne wiersze, jak ten z października 1942: „Wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani, / śpiewał żołnierz, aż kulą w łeb trafiony urwał. / Pozwólcie mi błąd jeden sprostować, kochani: / Przede wszystkim nie pani żadna, ale k...”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rafał Podraza, edytor książki powstałej dzięki odnalezieniu listu Magdaleny Samozwaniec do kuzynki Anny Kruczkiewicz, pisze, iż ta „powszechnie aprobowana” poezja „do dziś wcale się nie zestarzała”. Zestarzała, w wielu elementach, w wielu tekstach. Ale ta wiekowość bywa także siłą, zwłaszcza w tak spójnym, stylowym opracowaniu i wydaniu. Oprócz wierszy są tu ilustracje, zdjęcia, reprodukcje ze zbiorów prywatnych i muzealnych. Jasnorzewska patrzy na nas z fotografii wykonanej w Świnoujściu w 1901 roku, z innej, pochodzącej z próby „Baby-dziwo” z roku 1938 czy z portretów namalowanych przez ojca Wojciecha Kossaka oraz Stanisława Ignacego Witkiewicza, męża stryjecznej siostry Jadwigi Unrug (jej poświęciła Lilka wiersz „Bal”). Na dołączonej płycie Samozwaniec deklamuje osiem wierszy, a całość otwiera znakomity, osobisty esej Magdaleny na temat Marii, przygotowany kiedyś dla „Przekroju” i z nieznanych przyczyn tam nieopublikowany. „Moja siostra poetka” to literacko-graficzne wspomnienie po jednej z najważniejszych postaci polskiej liryki XX wieku, no i po poezji, której już nie ma. Wiersze-róże (np. „Kto chce bym go kochała”) sąsiadują z wierszami-bławatkami, tworząc bukiet momentami tylko uroczy, chwilami przejmujący.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;.........................................&lt;br /&gt;Magdalena Samozwaniec, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska MOJA SIOSTRA POETKA, PIW, 2010&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-5596930755277388284?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/5596930755277388284'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/5596930755277388284'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/11/magdalena-samozwaniec-moja-siostra.html' title='Magdalena Samozwaniec MOJA SIOSTRA POETKA'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-4446768855650014863</id><published>2010-11-17T13:21:00.000-08:00</published><updated>2010-11-17T14:18:42.336-08:00</updated><title type='text'>TRANSATLANTYK (Wrocławski Teatr Współczesny)</title><content type='html'>Posłuchaj:&lt;br /&gt;&lt;embed src="http://www.box.net//static/flash/box_explorer.swf?widget_hash=jsl3ykg7i9&amp;v=1&amp;cl=0&amp;s=0" width="300" height="100" wmode="transparent" type="application/x-shockwave-flash"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poczytaj (i poczuj różnicę):&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dla mnie to jedno z sezonowych zaskoczeń. Dlatego, że trzydziestolatek zrobił przedstawienie klasycyzujące w środkach, że w ciągu dziewięćdziesięciu minut myślimy o Polsce i Polakach, że oglądając po raz kolejny teatralnie zaadaptowany tekst Gombrowicza, ani przez chwilę się nie nudzimy. Wchodzimy na widownię i od razu widzimy olbrzymie cmentarzysko bocianów, nie orłów, a z głośnika słychać piosenkę Davida Bowiego i Pata Metheny'ego "This Is Not America". Jakub Kamieński, odtwarzający rolę Witolda Gombrowicza, snuje się po scenie, by za chwilę dać sygnał do rozpoczęcia narodowej wiwisekcji. Nie na siłę, raczej od niechcenia, z dystansem i luzem współczesnej młodzieży, ale też z podskórną troską o to, co z tą Polską jest i będzie. Bo to, co było lepiej zostawić historii. Najważniejszą postacią tego ciekawego przedstawienia jest Gonzalo, gej, który staje po stronie Gombrowicza, aby nasz anty-wieszcz "sam przeciwko wszystkim nie był". Gonzalo ma w tej znajomości cel ukryty, oczywiście, czyli zbratanie się z Ignasiem, synem tzw. patrioty - Tomasza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Transatlantyk" jest traktowany w polskiej kulturze jako odpowiedź na pocztówkową legendę "Pana Tadeusza", legendę, bo łatwo znaleźć w Mickiewiczowskim arcydziele mrok i krytykę, mimo miłosno-ojczyźnianej melodii. Andrzej Wajda starał się to wydobyć w swoim filmie, zupełnie źle zinterpretowanym swojego czasu przez recenzentów i widzów. Robi to również Tumidajski, posługując się tekstem dużo bardziej krytycznie oczywistym. Kiedy Tomasz zauważa, że jego syn zbacza na erotyczne manowce, zarazem też wkraczając w świat nowoczesny, ma, we własnym mniemaniu, jedno wyjście: zabić syna. Żeby nie było wstydu dla nazwiska, dla rodziny, dla honoru, dla Boga, dla ojczyzny. Taką ostrogą powodowani członkowie nadwiślańskiego narodu chcą bronić przedmurza tradycji i religii, nie mając pojęcia o prawdziwej tożsamości mieszkańców kraju różnorodnego, coraz bardziej wielowyznaniowego i wieloetnicznego, niekoniecznie tylko heteroseksualnego. Czyli europejskiego. "Nie chcesz czym innym, nowym stać się?" - pyta Gonzalo Gombrowicza w jednej ze scen. Natomiast rodacy autora próbują polskości czy też polactwa i nie dają rady. Nie pomaga recytowanie słów pana Cogito, plucie na Dzieło. Za mało. Zabić ministra, prezydenta, żonę prezydenta? Mało. Złożyć ofiarę z syna (w końcu "Polska Chrystusem narodów"), przez Synczyznę wrócić do Ojczyzny? Nie przesadzajmy. Mimo że najważniejsza jest Polska, to chodzi o to, by żyło się lepiej, a zgoda buduje. W XXI wieku. Co jednak z tego, skoro od lat tą naszą zgodą staje się taniec, mazur, krakowiak, chodzony, polonez, kujawiak.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na "Transatlantyk" warto się do Współczesnego wybrać, bo to kawałek dobrego teatru, umiejętnie wyważonego między kabaretem a thrillerem, mądrze rozmawiającego o tym, co najistotniejsze.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;.................................................&lt;br /&gt;TRANSATLANTYK, wg Witolda Gombrowicza, adaptacja i reżyseria Jarosław Tumidajski, Wrocławski Teatr Współczesny, 2010&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-4446768855650014863?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/4446768855650014863'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/4446768855650014863'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/11/transatlantyk-wrocawski-teatr.html' title='TRANSATLANTYK (Wrocławski Teatr Współczesny)'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-3862796883343446397</id><published>2010-11-07T01:12:00.000-07:00</published><updated>2010-11-09T11:44:13.193-08:00</updated><title type='text'>Dariusz Michalski KALINA JĘDRUSIK</title><content type='html'>"Co ostatecznie zostało po Kalinie Jędrusik? Co zostało i gdzie?" - pyta Dariusz Michalski w posłowiu do własnej książki o legendarnej aktorce. Odpowiada, oczywiście, że niewiele. Że tabloidowa pamięć pożywia się, rzecz jasna, gorszycielską częścią jej charakteru i biografii, a tzw. wiedza powszechna powierzchowną, a więc szczątkową, biografią aktorsko-piosenkarską. Sam wyznaje, iż nie jest pewien własnego stopnia poznania bohaterki tej ponad sześćsetstronicowej monografii, złożonej z wypowiedzi bliższych i dalszych znajomych peerelowskiego demona seksu, ale też przecież dziewczyny idealnej na jesień. Optymizm autora, który odpytał imponującą liczbę osób, wydaje się cokolwiek romantyczny. Dziwnym trafem Kalina Jędrusik, ale też np. zmarła niedawno Elżbieta Czyżewska czy żyjące damy i huzarki polskiej kultury: Nina Andrycz, Barbara Krafftówna, niewiele dziś mówią kolejnym generacjom. Dlaczego? No właśnie. Adam Hanuszkiewicz (jeszcze jeden doraźnie niby niezapomniany) wspomina, jak Gustaw Holoubek "zwierzył się Kalinie, że się niepokoi, co teraz będzie z teatrami i w ogóle co on będzie grał". Ona trzeźwo odpowiedziała: "Guciu, myśmy już byli!". A chodziło o czas po stanie wojennym...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bo przed stanem wojennym to działo się jeszcze jakoś, całkiem wspaniale. U Wajdy była niesamowitą Lucy Zuckerową, u Hasa cudownie dojrzałą Wąsowską, u Axera, a raczej Swinarskiego, Polly Peachum. W polskiej, teatralnej, premierze "Śniadania u Tiffany'ego" zagrała Holly Golightly. Adaptował jej niezwykle utalentowany i niezwyczajnie niedoceniany po latach Stanisław Dygat, muzykę komponował nieszczęśnie zmarły Krzysztof Komeda, tekst piosenki napisała nieodżałowana Agnieszka Osiecka. Lata sześćdziesiąte... Lecz bądźmy sprawiedliwi i rzetelni, jak autor. Bywało niewesoło, jak to w życiu. Zimą 1972 roku, z objazdów, Dygatowa pisała do Dygata, którego tytułowała "Kochanym Koteńkiem": "W zespole stosunki raczej nieprzyjazne. Właściwie poza koniecznym: 'dzień dobry', 'teraz pani na scenę', 'do widzenia' itd., nie rozmawiamy wcale. Jestem więc zupełnie samotna, wcale by mnie to nie obchodziło, gdyby nie świadomość, że cały ten ich do mnie oziębły stosunek wynika z podwyższenia przeze mnie stawki". Pięć lat później wyznawała swą nadzieję na trzecią zawodową młodość, czyli dojrzałość: "W moim trudnym życiu aktorskim miałam wiele przestojów. Bardzo mi się one przydały, właśnie do pracy nad sobą. Myślałam wtedy - może zakwitnę kiedyś w wielkiej roli? I teraz mam grać George Sand w "Lecie w Nohant". Może ta rola będzie przełomem w mojej pracy?". I była, i nie była. Według Aleksandry Wierzbickiej, Jędrusik "nie lubiła teatru, złościła się: kiedy inni ludzie odpoczywają, ona musi pracować". Bo ją Bóg stworzył chyba do filmu jednak, tyle że polski film od zawsze nie potrafił prawdziwych pereł pielęgnować albo te perły same się topiły w przypadkach życia. A może problem tkwił w niej? Bo, jak otwarcie scharakteryzowała aktorkę Osiecka (cóż, że już po jej śmierci):  "Kalina wchodziła do jakiegoś pomieszczenia i natychmiast wykonywała całą etiudę na temat swego seksu. Gdy miała dekolt, to tak długo kręciła biustem, aż ktoś powiedział: Ale masz cudny dekolt". A z drugiej strony, mogła z ożywieniem rozmawiać z woźną Studium Nauczycielskiego (wspomnienie Gustawa Grackiego) i rzucić do zaniepokojonej skutkami odchudzania Xymeny Zaniewskiej: "Wiesz, mnie zanim dupa zleci, to cycki opadną".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Więc jaka była? Na szczęście taka jak ją pamiętamy, czego książka Dariusza Michalskiego dowodem. Dowiadujemy się o Jędrusik wielu nowych szczegółów, nie tracąc uprzedniej własnej wizji jednej z najbardziej malowniczych osobowości polskiej kultury XX wieku. Nauczycielki sprawozdawały w zwyczajowych szkolnych ocenach: "czasami uparta, odpowiada niegrzecznie", "posiada bujną fantazję", "często wychodzi bez potrzeby z klasy", "brudzi umyślnie ręce atramentem", "bierze czynny udział w pogadankach". Potem była wojna, teatr, no i starszy o siedemnaście lat Staś Dygat, jej mężczyzna, może i życiowy ciężar. Chyba tkwiła gdzieś pomiędzy formatującym ją Stasiem a Kaliną-gwiazdą, nie będąc do końca sobą (jak wszyscy?), w związku co prawda towarzysko otwartym, lecz niekoniecznie wolnym. Wielka miłość, ale czy wielkie spełnienie? Ale to właśnie dzięki miłości aktorka gdańskiego Teatru Wybrzeże znalazła się w stolicy i zawitała do teatru Erwina Axera. Spełniona wydaje się za to "Kalina Jędrusik" pióra Dariusza Michalskiego, który osobiście zetknął się w dziennikarskiej pracy z bohaterką, wykonał pracę godną prawdziwego uznania, wybierając właściwą formę dla tej wyjątkowej biografii. Utkana z cytatów, nienaganna edytorsko, książka rysuje też panoramę minionego czasu, ludzi odeszłych lub odchodzących z naszego świata i z owej mitycznej, nieistniejącej powszechnej pamięci. Bo to, czy Kalina, a także Stanisław, Starsi Panowie, Marilyn, Ojciec, Mama, Zosia, zostaną zapamiętani, czy zapomniani, zależy od pojedynczej ludzkiej woli. Jakoś, kiedyś, gdzieś zainspirowanej. Na przykład przez Michalskiego.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;.................................................&lt;br /&gt;Dariusz Michalski KALINA JĘDRUSIK, Iskry, 2010&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-3862796883343446397?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/3862796883343446397'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/3862796883343446397'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/11/dariusz-michalski-kalina-jedrusik.html' title='Dariusz Michalski KALINA JĘDRUSIK'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-2249630127255740403</id><published>2010-11-02T14:38:00.000-07:00</published><updated>2010-11-07T01:42:32.668-08:00</updated><title type='text'>KOBIETY NIEZAPOMNIANE</title><content type='html'>Szczerze przyznam, że do takich książek podchodzę z rezerwą. Bo nie uważam, by kobietom należało się w kulturze szczególne traktowanie w czasach już postfeministycznych, kiedy świadomość tych, którzy jeszcze czytają literaturę, jest sprawami równości płci wypełniona. W latach 90. ubiegłego wieku - owszem, absolutnie, to była konieczność i wydano wtedy trochę publikacji oddających właściwą przestrzeń, zauważających, przypominających o kobiecej roli w dziejach. Po drugie, z zasady nie przepadam za podobnymi składankami, zbyt przypadkowe się wydają. "Kobiety niezapomniane" są bowiem zbiorem szkiców na temat czterdziestu jeden nieżyjących bohaterek życia własnego i społecznego, napisanych przez czterdzieści jeden dziennikarek, znanych, mniej znanych, gwiazd telewizji, reporterek, publicystek radiowych i prasowych. Iwona Schymalla, Maria Szabłowska, Monika Luft, Brygida Grysiak, Katarzyna Kolenda-Zaleska, Janina Paradowska, Jolanta Fajkowska, Małgorzata Domagalik, Katarzyna Kaczorowska czy, na przykład, Jolanta Pieńkowska stworzyły skromne objętościowo, treściwe portrety postaci znaczących i naznaczonych przede wszystkim piętnem ludzkiego losu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kto tu jest, kogo nie ma. To najpierwsze pytanie musi się pojawić po spojrzeniu na spis treści. Wyboru dokonywały autorki, więc, wiadomo, żadnej reprezentatywności ani przewodniego klucza nie znajdziemy. Święta Faustyna, Róża Czacka, Aniela Godecka i z zupełnie innymi biografiami: Michalina Wisłocka, Irena Krzywicka, Gabriela Zapolska. Barbara Radziwiłłówna i Zofia Kuratowska, Helena Modrzejewska i Agata Mróz. Lista długa, a poszczególne nazwiska mówią wiele, bywa, że dużo mniej. Natalię Tułasiewicz kojarzą pewnie tylko zainteresowani, choć urodzona w Rzeszowie w 1906 roku nauczycielka szkół poznańskich i tajnych kompletów podczas II wojny, jedna z tych polskich siłaczek, co do końca pełniła służbę innym, mogłaby stanąć w naszej historii obok Janusza Korczaka. Albo Tekla Bądarzewska-Baranowska, przypomniana rok temu radiowym reportażem Katarzyny Michalak i Doroty Hałasy, nagrodzonym zresztą prestiżową Prix Italia. Niemal wszyscy zagadnięci na ulicy nabraliby powietrza, marszcząc czoło bez szans na poprawną odpowiedź. Kim była, kim jest kobieta-kompozytorka wykonywanej na całym świecie "Modlitwy Dziewicy"? Annę Jantar słyszeliśmy wszyscy, Halinę Poświatowską ciągle się czyta, Kamila Skolimowska wzbudzała w nas olimpijski ogień zwykłej-niezwykłej radości. Takiej jak kilkadziesiąt lat wcześniej inne pokolenie Polaków doznawało dzięki pierwszemu złotemu medalowi Haliny Konopackiej. Wanda Rutkiewicz, Irena Sendlerowa, Maria Skłodowska-Curie, Pola Negri, Agnieszka Osiecka to też przecież kobiety różne. Do podziwiania, do pamiętania, do odkrywania. Kobiety czynu, kobiety słowa: tragicznie zmarła pod Smoleńskiem Anna Walentynowicz, zabita przez psychicznie chorego kochanka Krystyna Skarbek, stuletnia w chwili śmierci profesor Elżbieta Zawacka, cichociemna w stopniu generała brygady, albo filozofka Barbara Skarga, też łączniczka AK, więźniarka łagru, wybitny (wybitna) naukowiec. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Profesor Skarga zostawiła po sobie zacytowany tu przez Katarzynę Janowską testament etyczny: "Trzeba brać odpowiedzialność", "obywatelstwo ma sens moralny", "sojusz polityki i etyki jest zawsze możliwy", "na nienawiści nigdy niczego zbudować nie można", "tam, gdzie panuje podejrzliwość, zamiera wszelka więź". Inne testamenty można wyczytać z biografii każdej z wybranych do albumu postaci, od każdej się czegoś nauczyć w zadumie nad człowiekiem i światem. Teksty są lepsze i gorsze, powierzchowne i próbujące w krótkiej formie zmieścić to istotne więcej. W jednych dziennikarki chowają się w cień, w drugich wykorzystują swoje spotkania z bohaterkami. Katarzyna Lengren przytacza anegdotyczne dziś dziecięce zetknięcie ze wspaniałą tłumaczką literatury dla dzieci Ireną Tuwim. Ale Joanna Laprus-Mikulska nie mogła osobiście poznać Lucyny Ćwierczakiewiczowej, królowej kulinarnych bestsellerów z XIX wieku. Więc wprawdzie moje inicjalne wątpliwości co do charakteru takich jak ta publikacji nie znikły zupełnie, momentami spotęgowane nadmiernym wyeksponowaniem autorek poszczególnych szkiców (biogram plus duża fotografia wykonana przez Zofię Nasierowską), to etyczno-estetyczna uroda tej kobiecej książki w końcu sprawiła, że dałem za wygraną. Gdy przestałem myśleć o kobietach i kobiecości, pomyślałem o osobowościach. Niezapomnianych. I całe szczęście, że nie kobiece podejście w tej publikacji zwycięża, lecz porządne dziennikarstwo, bo tylko tak takim bohaterkom powinno się hołdować.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PS&lt;br /&gt;Dochód ze sprzedaży ma pomóc powrócić na rynek pracy kobietom po urlopie macierzyńskim.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;.................................................&lt;br /&gt;KOBIETY NIEZAPOMNIANE, Muza, 2010&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-2249630127255740403?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/2249630127255740403'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/2249630127255740403'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/11/kobiety-niezapomniane.html' title='KOBIETY NIEZAPOMNIANE'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-1228349325130487479</id><published>2010-10-26T13:52:00.000-07:00</published><updated>2010-10-28T15:36:47.198-07:00</updated><title type='text'>Michał Zygmunt LATA WALK ULICZNYCH</title><content type='html'>Kreacją głównego bohatera Michał Zygmunt wyraźnie (i wyraziście) aspiruje do autorstwa powieści znaczącej pokoleniowo. Sam jest tym z roczników 1970., o których upomnieli się swojego czasu rówieśnicy z "Ha!artu", ale znajdą tu siebie i swoje emocje i młodsi, i starsi. Pod warunkiem, że w środku czują tę typową dla rodaków gorycz, ostatnio skrywaną pod półprzezroczystą peleryną mozolnego kredytowego dorabiania się albo tzw. totalnej olewki. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bardzo symbolicznie się ta książka zaczyna, od rozdziału zatytułowanego "Koniec", kończąc, rzecz jasna, na "Początku", co wcale nie oznacza zwykłej odwrotności, raczej przewrotność. Wspomniana postać centralna, narrator całości, nazywa się Polak, Marek Polak i przez niemal całe życie, relacjonowane nam od przedszkolnego Wrocławia lat 1980. do warszawskiej współczesności XXI wieku, walczy i kocha, jak obwieszcza się tutaj mottem z Ernsta Jüngera. Jego problemem zdaje się to samo, co drążyło ów egzystencjalny lej również w psychice bohatera poprzedniej powieści Zygmunta "New Romantic". To, że ta cała walka skierowana jest przeciw zbyt wielu wrogom, a nawet braciom, kolegom (koleżankom), zbyt wielu modelom społeczno-ekonomicznym, że zamiast jednego systemowego przeciwnika, który rękami zomowców wymiata naród z kościołów, istnieje ich demokratyczna rzesza. W którą stronę się więc skierować?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Strony są różne także geograficznie. W chaosie biografii Polaka odwiedzamy zarówno Niemcy, Wielką Brytanię, jak i Nową Rudę, Podkarpacie czy Afrykę. Widzimy w miarę normalnego chłopca, a po latach kogoś, kto tak o sobie mówi: "Nazywam się Marek Polak i mam tylko trzydzieści lat. Ale czuję się, jakbym miał pięćdziesiąt. Służba nie drużba, potrafi dać w mordę i wycisnąć ostatnie poty. Wojna jest wojna, nawet jeśli ją nazwać misją stabilizacyjną". I handluje bronią. Wcześniej, za płacę bliską minimalnej, wypożyczał filmy jako pracownik jednej z placówek międzynarodowej sieci. Na przykład do pudełka po filmie familijnym wkładał porno i taki gratisowy dodatek proponował rodzinnym klientom. Handlował też sobą w Tiergarten. Pojawiają się w tej powieści ostre sceny erotyczne (bardzo dobrze napisane), przemoc, świat zwulgaryzowany, mroczny, ale i konteksty nie tylko popkulturowe. Judith Butler i Madonna, Elton John i Depeche Mode, John Coltrane, David Bowie, Bruno Jasieński, Ian Curtis, Puchar UEFA i KRUS. Długo by wymieniać. A, i Sławoj Żiżek, jego absolutnie nie mogło zabraknąć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeśli to ostatnie zdanie zabrzmiało ironicznie, nie będę się z tej ironii wycofywał, ale o krytykę "Lat walk ulicznych" proszę mnie nie posądzać. Uważam, iż powieść Michała Zygmunta to książka coś podsumowująca, trudno jeszcze ogarnąć, co, bo chodzi o nasze teraz, przedstawiająca światu autora, którego trzeba czytać, żeby czegoś się o świecie dowiedzieć. Przede wszystkim doskonała językowo. Dawno nie czytałem tak dynamicznej, zanurzonej w potoczności (uliczności), a przy tym jednak ciągle klasycznej polszczyzny literackiej. Między zjadliwą satyrą na rzeczywistość a skrajnie osobistą relacją z dojrzewania kryje się tęsknota za czymś, dla czego warto żyć. To jest romantyzm, no dobrze, neo czy postromantyzm, to jest poszukiwanie. Siebie, ojczyzny, miłości, mieszkania, własnego etosu do uwierzenia, może polubienia i zagospodarowania. Wprawdzie nie dawałbym na taki los dużych szans majorowi Markowi Polakowi, ale pisarzowi Michałowi Zygmuntowi - zdecydowanie tak.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;...................&lt;br /&gt;Michał Zygmunt LATA WALK ULICZNYCH, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2010&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-1228349325130487479?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/1228349325130487479'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/1228349325130487479'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/10/micha-zygmunt-lata-walk-ulicznych.html' title='Michał Zygmunt LATA WALK ULICZNYCH'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-723183329036363473</id><published>2010-10-16T15:28:00.000-07:00</published><updated>2011-01-11T11:52:09.721-08:00</updated><title type='text'>Festiwal Opery Współczesnej (Opera Wrocławska)</title><content type='html'>Zgodnie z przyjętą niedawno zasadą ograniczonego dawania szansy nie dotrwałem do końca opery „La libertà chiama la libertà”, ostatniego odcinka trylogii Knapika/Fabre’a. Inscenizacja Michała Zadary znudziła mnie mocno. Może reżyser powinien był pomyśleć o narracyjnym streszczeniu poprzednich spektakli cyklu? Może coś by się rozjaśniło? Jeśli są tu jakieś zamysły, symbole, metafory, to kompletnie nieatrakcyjnie podane. Ciekawie wypadł tylko fragment z chórem w roli głównej, lecz już przejście w bardzo, bardzo konwencjonalnie zaprojektowany występ baletu zaczęło na mnie wpływać inspirująco. Do obojętności. Najlepiej zamknąć oczy, bo muzyka Eugeniusza Knapika jest wspaniała, chciałbym ją usłyszeć, w tym wykonaniu, pod batutą Jacka Kaspszyka, na płycie. Koniecznie bez tłumaczenia libretta Jana Fabre’a, który, jeśli wierzyć polskiemu przekładowi, sformułował kilka oczywistych pytań, zasygnalizował jakieś podstawowe problemy, wyrażając nadzieję, że publiczność poczuje emocjonalną wspólnotę. Nie poczuła, zwłaszcza że ostatnia przed antraktem scena dłuży się niemożliwie. Dwie w wyrafinowany sposób niepodobne do siebie bliźniaczki (chyba) coś tam próbują pokazać, a pierwszy męski solista wieczoru wspaniałym barytonem (Mariusz Godlewski) wyśpiewuje pseudopoetyckie frazy, pomagając sobie wyciągniętą do pustego gestu ręką. Kaman, jak mówi młodzież XXI wieku, uwolnić tego nieszczęsnego, monotonnie wymachującego skrzydłami gołębia z projekcji i rozejść się do prywatności! Niech żyje wolność!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A dwa tygodnie wcześniej byłem w tym samym gmachu przy Świdnickiej na operze-cudzie, fantastycznie zrealizowanych „Legendach o Maryi”, mało u nas znanego czeskiego kompozytora Bohuslava Martinů. W pomysłowej, wciągającej, bogatej inscenizacyjnie, ruchowo, głosowo, wizualnie wersji podpisanej przez Tomasza Szredera (kierownictwo muzyczne) i Jiřiego Heřmana, artystycznego szefa Teatru Narodowego w Pradze, mogli się popisać wszyscy wykonawcy. Zarówno soliści, jak doskonały chór (!) czy balet. Zauroczony rolami Anny Bernackiej, siłą i pięknem głosu Evgeniyi Kuznetsovej, a przede wszystkim kreacjami Anastazji Lipert, podziwiałem ideę całości i poszczególne odsłony, sprytnie nawiązujące do motywów wziętych z biblijnej przypowieści i ludowych legend. W epizodzie Kata baletowo błysnęła niezidentyfikowana jeszcze przeze mnie śliczna i utalentowana tancerka (obsada z 1 października). Odkrywać tak udanie wykorzystany potencjał literatury, muzyki, sztuki plastycznej i wokalnej to czysta przyjemność, niezapomniane przeżycie. Cztery wcielenia kobiecych wartości, postacie błądzące i odnajdujące drogę do prawdy, dobra działają w kontekście propozycji Fabre’a jak antidotum lub, używając muzycznej terminologii, kontrapunkt. Dla pozornie tylko błyskotliwej tezy o tym, że „zło jest źródłem wszelkiej przyjemności” (cytat zapamiętany z „La libertà chiama la libertà”). U Martinů liczy się człowiek stworzony, u Fabre’a człowiek sfabrykowany. Podobnie dzieje się w przypadku sztuki. Tam widzom towarzyszy zachwyt nad nieoderwanym od rzeczywistości artyzmem, tu zmęczenie sytuacją wypreparowaną w zaciszu indywidualisty. Postuluję, aby "Legendy o Maryi" grać tak często, jak to możliwe (dekoracje muszą co jakiś czas wędrować od Wrocławia do Pragi i z powrotem). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;II Festiwal Opery Współczesnej skończył się zatem spektaklem nierównym, zaczął magicznie spełnionym. Pomiędzy widzieliśmy znane z desek wrocławskiego teatru uznane dzieła Szymanowskiego, Pendereckiego czy Prasquala, głośną warszawską „Zagładę domu Usherów” Glassa oraz znakomitą tegoroczną premierę „Matki czarnoskrzydłych snów” Hanny Kulenty w elektryzującej inscenizacji Eweliny Pietrowiak. Żałujcie ci, którzy nie uczestniczyliście. Z kronikarskiej uczciwości trzeba nadmienić, że przed premierą opery Eugeniusza Knapika rozdawano pracownikom opery dyplomy i medale. Zasłużone – OK, ale czyż nie lepszą okazją byłby specjalny koncert jubileuszowy sprzed miesiąca? Na ewentualną przyszłość warto zapamiętać, że kiedy przypina się ordery w imieniu prezydenta Rzeczpospolitej, świadkowie muszą stać. A gdy nagroda pochodzi od ministra to już możemy wygodnie pozostać w pozycji siedzącej. Tak zwany protokół. Nic jednak nie przebije zachowania prezydenta Wrocławia, Rafała Dutkiewicza, przed polską prapremierą „Legend o Maryi”. Pan prezydent bowiem najpierw z luzackim uśmiechem machał ze sceny do orkiestry, domagając się odmachiwania, a zaraz potem głaskał po głowie siedzącego tuż przed kurtyną aktora-narratora spektaklu. Niby dowcipnie mówił przy tym: „Proszę się nie martwić, wszystko będzie dobrze!”. Takim zachowaniem wysyła się wyraźny sygnał. Że teatr to rzecz niepoważna, podatna na niewyszukany żart. A przecież jest odwrotnie!&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;.........................................&lt;br /&gt;II Festiwal Opery Współczesnej, Wrocław, 2010&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-723183329036363473?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/723183329036363473'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/723183329036363473'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/10/festiwal-opery-wspoczesnej-opera.html' title='Festiwal Opery Współczesnej (Opera Wrocławska)'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-6359697965095472452</id><published>2010-10-12T11:52:00.000-07:00</published><updated>2010-10-14T15:22:08.265-07:00</updated><title type='text'>Olivier Bellamy MARTHA ARGERICH. DZIECKO I CZARY</title><content type='html'>Podobno Argerich nie lubi tej książki. Nie mam pojęcia, dlaczego. Że autor opowieści, francuski dziennikarz Olivier Bellamy, zdecydował się na styl cokolwiek popularny? Że stara się blisko swą bohaterkę podejść? Tak jak chyba nikt przedtem? Że pisze tyle samo o życiu muzycznym, co o sprawach prywatnych? To właśnie nadaje tej książce rytm, sprawia, iż smakuje, bo czytamy o kobiecie czasem po prostu niepewnej, może nawet lekko chwilami zagubionej, a także o artystce niepozbawionej tremy po tylu latach występów. Argerich jest tutaj ludzka, czyli całościowa, nie tylko genialna, z temperamentem, przekonana i przekonująca, jak by się zdawało. Nie tylko dowcipna. Jak wtedy, gdy po sukcesie genewskim zaproponowano jej wykonanie II koncertu Brahmsa. Odpowiedziała: "Poczekam aż mi urośnie broda".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszystko zaczyna się od anegdoty, czyli w sposób wzięty z wysokiej literatury i dobrego dziennikarstwa. Jesteśmy razem z pianistką w Ferrarze, gdzie w lutym 2004 roku ma zagrać, zaledwie po raz drugi przed publicznością, III koncert Beethovena. Zaplanowano nagranie, dyryguje Claudio Abbado. Argerich się denerwuje, podobnie organizatorzy. Bywało już w przeszłości, że odwoływała występy. O zmiennych nastrojach argentyńskiej mistrzyni krążą legendy. Koncert dochodzi do skutku, widownia oklaskuje, ale wirtuozka ocenia siebie surowo: "Trochę zbyt wyszukane" - stwierdza po przesłuchaniu taśmy. Od anegdoty Olivier Bellamy przechodzi do biografii. W kolejnych rozdziałach daje czytelnikom poznać drogę cudownego dziecka z Buenos Aires do najwyższych laurów świata muzyki (ze zwycięstwem w konkursie chopinowskim z roku 1965), do najlepszych sal, do blasku sławy, ale i jej cieni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy miała 7 lat, dała pierwszy oficjalny koncert w Teatro San Martin (grała Mozarta, Beethovena i Bacha). Tuż przed uklękła w łazience: "Jeżeli zagrasz choć jedną fałszywą nutę, umrzesz na miejscu" - powiedziała do siebie. Dowiadujemy się szczegółów jej nauki w Argentynie u Vincenzo Scaramuzzy czy, już po emigracji do Europy, w Genewie u Madeleine Lipatti, dokąd wysłał ją poprzedni profesor Friedrich Gulda, przekonując: "Zaczynasz grać tak jak ja. To niedobrze". Obserwujemy od środka długie europejskie tournée, pobyt w Brukseli, konkursy w Bolzano, Warszawie. Jesteśmy przy narodzinach pierwszej z trzech córek, przy zawiązywaniu się i końcu relacji z wykształconym w Princeton chińskim kompozytorem Robertem Chenem. Nie brakuje dość obszernego fragmentu dotyczącego jurorowania w konkursie chopinowskim numer dziesięć, kiedy bezkompromisowo poparła Ivo Pogorelicia, sprzeciwiając się pozostałym sędziom i demonstracyjnie wycofując z prac jury. Po raz kolejny uosabiając niezależność i ogień.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A przy tym wszystkim życiowe credo Marty Argerich to fraza "Żyj i pozwól żyć innym". Charles'owi Dutoit, swojemu mężowi-dyrygentowi mówiła: "Wy, Szwajcarzy, macie zegarki, a my, Argentyńczycy, mamy czas", gdy zżymał się, że zawsze, po najdłuższej podróży, znajduje chwilę na filiżankę kawy. Myliłby się jednak ten, kto posądzałby jej geniusz wyłącznie o emocje. Bruno Seidlhofer, kolejny z wielkich nauczycieli Argerich, wymienił kiedyś troje pianistów, których cenił szczególnie wysoko: u Guldy muzyka płynie z głowy, u Freire z serca, u Argerich przez palce. O tym, z jakiego źródła i jakich doświadczeń, opowiada ta dynamicznie napisana, perfekcyjnie skonstruowana książka. Żywa i prosta w odbiorze, bo o człowieku, nie tylko o pianistce.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;.................................................&lt;br /&gt;Olivier Bellamy MARTHA ARGERICH. DZIECKO I CZARY, przeł. J. Giszczak, Wydawnictwo LIterackie, 2010&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-6359697965095472452?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/6359697965095472452'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/6359697965095472452'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/10/olivier-bellamy-martha-argerich-dziecko.html' title='Olivier Bellamy MARTHA ARGERICH. DZIECKO I CZARY'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-4384847300040948332</id><published>2010-10-03T12:34:00.000-07:00</published><updated>2010-10-04T02:03:33.287-07:00</updated><title type='text'>SZOSA WOŁOKOŁAMSKA</title><content type='html'>Wartko interesująca jest "Szosa Wołokołamska", na którą, przyznam szczerze, specjalnie nie liczyłem po nie tak w końcu dawnej premierze "Cementu" tego samego Hainera Muellera we Wrocławskim Teatrze Współczesnym (w reżyserii Wojciecha Klemma). Ideologiczna estetyka tamtego przedstawienia była nie do zniesienia. Ale, jak się okazuje, Mueller Muellerowi nierówny. Barbara Wysocka wykonała pracę od podstaw, ujmując zwarty, monologujący tekst niemieckiego dramaturga w sztukę kameralną, rozpisaną na trzech aktorów. Począwszy od czytelnego scenariusza, skończywszy na niezwyczajnych pomysłach realizatorskich, reżyserka-aktorka po raz kolejny pokazała, że trzeba się z nią liczyć jako z postacią z przyszłej ekstraklasy polskiego teatru. Jej pewność inscenizacyjna, a przy tym otwartość na współpracowniczy wkład w spektakl przyniosły w przypadku "Szosy Wołokołamskiej" efekty godne uznania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sama sztuka do łatwych nie należy, temat też nieporywający. W dzisiejszej Polsce mamy bowiem non-stop trwający festiwal rozliczeń z historią i w większości czujemy się potwornie zmęczeni ciągłą walką pamięci jednych z pamięcią drugich. Chcielibyśmy wreszcie pójść naprzód, może na chwilę się odciąć, zresetować, zdemartyrologizować. A Mueller grzebie w historii. Przywołuje II wojnę światową, lata 1950., haniebny rok 1968, dowodząc, iż najtrafniejszym emblematem niemal całych dwudziestowiecznych dziejów tzw. środkowo-wschodniej części Europy są czołgi. Te mechaniczne, ale i te symboliczne, niewidzialne, obecne w świadomości lub podświadomości, gdy kafkowski ktoś-nikt zostaje zetknięty z machiną systemu nie dla ludzi. W takim świecie Szekspirowskie "być albo nie być" (Mueller napisał kiedyś słynny tekst "HamletMaszyna") to pozbawione znaczenia słowa, słowa, a przecież także problem do rozwiązania. Kula w łeb od plutonu kolegów za dezercję, kula w łeb z własnego pistoletu za przegrane życie, kula od losu w chorą na raka pierś. Albo poddanie się społecznej roli człowieka-biurka, jaką trzeba zagrać w takim czasie, nie innej przestrzeni (świetna scena!). Autor "Szosy Wołokołamskiej" nie wyemigrował nigdy z NRD, choć on akurat mógł.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest to więc spektakl o przeszłości, niemówiący niczego nowego nam tu i teraz, choć pewnie twórcy chcieliby, żeby było inaczej. Żebyśmy zrozumieli, czym ten XXI wiek mamy podszyty, skąd te czerwone ślady pod paznokciami. Byśmy zdobyli się na dialog, choć struktura tekstu, tragedia życia skłania do zamknięcia się w sobie. No ale w końcu brzmi tylko mantryczne "nie zapomnimy", i szczera, i niełatwa do uwierzenia deklaracja. Historia uczy również tego, że nie uczy. To, co we wrocławskiej "Szosie" najcenniejsze, to Teatr. Nie widać tu bowiem słabego punktu, ani sekundy nieprzemyślanego, puszczonego działania. Wszystko znaczy, od idealnie zaprojektowanej scenografii (Wysocka), poprzez doskonale dobraną muzykę (Wysocka), po arcyważne projekcje (Lea Mattausch) i światło (Justyna Łagowska). Wszystko gra. A aktorstwo - najwyższej próby. Adam Cywka, Rafał Kronenberger, Adam Szczyszczaj w "Szosie Wołokołamskiej" wzlatują na poziomy chyba jeszcze wyższe niż w swoich wcześniejszych rolach. To zarazem cud-rzemiosło i sztuka. Ciekawe, ile w zbudowaniu takich postaci pomogła aktorka-reżyserka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wreszcie znakomita premiera w Polskim!&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;...................&lt;br /&gt;Heiner Mueller SZOSA WOŁOKOŁAMSKA, reż. Barbara Wysocka, Teatr Polski we Wrocławiu, 3.10.2010&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-4384847300040948332?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/4384847300040948332'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/4384847300040948332'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/10/szosa-wookoamska.html' title='SZOSA WOŁOKOŁAMSKA'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-534719705155209241</id><published>2010-09-28T13:56:00.000-07:00</published><updated>2010-10-02T09:48:33.517-07:00</updated><title type='text'>Mizuro, Ostaszewski KOGO KOCHAM, KOGO LUBIĘ</title><content type='html'>Jestem w stanie się założyć, może nie o palec, jak pewien wyrywny dziennikarz, że większość recenzji tej książki będzie się zaczynać od zdań w stylu "gdy krytycy literatury przechodzą na drugą stronę mocy, prawdopodobieństwo porażki wzrasta wprost proporcjonalnie do redukcji znamion energii sukcesu", co w wolnym tłumaczeniu na retorykę względnie zrozumiałą znaczy po prostu: "czy to możliwe, by krytyk literacki napisał porządny kryminał lub w ogóle porządną powieść?". Odpowiedź na tak postawione pytanie wbrew pozorom łatwa nie jest, bo wprawdzie wiadomo, iż krytyk zna wszystkie chwyty, umie twórczo stukać w klawisze laptopa, lecz ta preinstalowana świadomość może przeszkadzać. Niedawno mieliśmy w sumie dość udane wejście smoczkini Magdaleny Miecznickiej w świat ludzi piszących, sukcesy odnoszą Joanna Bator i Inga Iwasiów, teraz porwali się na własną prozę kolejni. Marta Mizuro, recenzentka i redaktorka przepoważnej "Odry" oraz Robert Ostaszewski, redaktor jeszcze bardziej niszowych pism "Fa-art" i "Dekada literacka", oboje laureaci nagrody im. Frydego, przyznawanej przez stowarzyszenie krytyki literackiej. W duecie, bo, jak objaśniał starszy pan, jeżeli robić coś, to nie indywidualnie. We dwoje łatwiej znieść klęskę, choć, z drugiej strony, trudniej skonsumować zwycięstwo. No i napisać zwartą opowieść sensacyjną.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kryminał to gatunek piekielny, precyzyjny, nieznoszący amatorszczyzny, niezapewniający alibi, jeśli coś pójdzie nie tak, jeśli literacki plan wypali niedoskonale. Poprzeczka została zatem wysoko zawieszona, zwłaszcza że "Mroczna seria", pod której auspicjami rzecz wydano, staje się powoli polską klasyką popularnej literatury sensacyjnej. Istnieją oczywiście poradniki pisania książek z dreszczykiem, zawierające szczegółowe reguły gry, ale w każdej sztuce, a nawet rzemiośle, liczy się to coś więcej. Najprościej to coś osiągnąć poprzez wymyślenie oryginalnych bohaterów i/lub niespotykanej dotąd (zbyt często) aury. Na przykład czasoprzestrzennej (jak u Marka Krajewskiego), na przykład obyczajowej (jak choćby u Szwedów). Mizuro z Ostaszewskim też tak właśnie próbują. Dodając do rezerwuaru środków powieściotwórczych aurę podtekstu kulturowego, no i zwykłego pastiszu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Po zmyciu sterty naczyń Gajewski mógł więc znów udać się do swojej samotni. Umościł się w fotelu i z lubością wgłębił w oglądanie obrazków z najnowszego numeru "GQ", edycja brytyjska, stwierdziwszy jednak, że Dylan Jones &amp; S-ka wciąż nie lansują krawatów w bałwanki, przerzucił się na Memento Mori Iana Rankina. Odłożył książkę mniej więcej po czterdziestu stronach. -Taa - powiedział do siebie".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzeba przyznać, że odwagi autorom "Kogo kocham, kogo lubię" nie brakuje. Po czterdziestu stronach ich powieść też w końcu można odłożyć, skoro najważniejsza postać, nadkomisarz krakowskiej policji Jan Gajewski, okazuje się być modnisiem, znawcą perfum, mistrzem kulinariów, całkowicie spantoflarzałym w domu, z którego chętnie się wynosi, kiedy dzieci i żona brzmią zanadto dziecięco i małżeńsko. "Boże, niech kogoś zabiją, niech ktoś zadzwoni" - myśli sobie błagalnie pan Jan w takich momentach. I czasem zostaje wysłuchany. Czasem wyciąga go z domowego chaosu niejaki Marek Sroka, współpracownik, by nie używać dwuznacznego określenia partner, pozujący na macho, słuchający Rammsteinu, palacz mocnych, właściciel zdezelowanego volkswagena kobieciarz. Srokę i Gajewskiego uzupełnia młodsza aspirant Beata Źrenicka, "Pamela Anderson z trupiego patrolu", jak ją nazywa Marek. Sami Państwo widzą, że takiego zestawu poważnie traktować się nie da. Tak jak nie da się poważnie podejść do tej książki, dla której kryminalny gatunek i tak zwana intryga są zaledwie pretekstem. Do literackiej zabawy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tak tę powieść należy czytać. Nie chodzić po nitce do kłębka, nie śledzić zabójczych tropów, nie zgadywać, czemu zginęli Płatek czy Kotwicka. Wyjaśni się samo, przy okazji ironiczno-dowcipnej narracji, stąd i zowąd biorącej motywy i drobiazgi. "Stowarzyszenie sfrustrowanych policjantów", "Baby, ach te baby", "Brzydka ona, brzydki on" - tak zatytułowano trzy z piętnastu rozdziałów, Zadyma, Beniowski, Mleczko, Rabarbar - takie nazwiska nosi czterech z kilkudziesięciorga charakterów. "Kogo kocham, kogo lubię" - taki tytuł do prawdziwego kryminału też przecież nie przystaje. Książka duetu Mizuro-Ostaszewski bywa błyskotliwa, zwłaszcza w dziedzinie chichotu z naszej popkulturowej cywilizacji, i w tej, pojedynczej, dawce może być lekiem na zło telewizyjnych seriali sensacyjnych czy brutalnych literackich dreszczowców. Tylko po co wydawać ją w "Mrocznej serii"? Dla jaj?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A początkowe pytanie o to, czy krytycy literaccy potrafią być autorami? Odpowiedź zależy od konkretnych krytyków, i konkretnych autorów. Tutaj Mizuro-Ostaszewski (w skrócie MO) częściej pozostają krytykami niż zdobywają się na autorstwo. I może dobrze.   &lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;............................................... &lt;br /&gt;Marta Mizuro, Robert Ostaszewski KOGO KOCHAM, KOGO LUBIĘ, W.A.B., 2010&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-534719705155209241?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/534719705155209241'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/534719705155209241'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/09/marta-mizuro-robert-ostaszewski-kogo.html' title='Mizuro, Ostaszewski KOGO KOCHAM, KOGO LUBIĘ'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-3610376158931441960</id><published>2010-09-12T06:03:00.000-07:00</published><updated>2010-09-12T12:04:57.892-07:00</updated><title type='text'>BIAŁE MAŁŻEŃSTWO</title><content type='html'>Początek tego spektaklu utkany jest z dwóch bliźniaczych scen, w których najpierw główne bohaterki, nastoletnie dziewczyny, czytają podręcznik obyczajów zwierząt i dzikich, potem rodzice Bianki dobierają się do jej młodzieńczych poezyj. Komiczny wstęp zostaje przedłużony rozmową panów deklamujących niby wulgarne, niby pretensjonalne wyjątki i dowcipy. Brzmią m.in. słynne strofy Tetmajera ze skądinąd ślicznego erotyku "Lubię, kiedy kobieta...". I ta pastiszowa, może nawet parodystyczna konwencja świetnie się w "Białym małżeństwie" ciągle sprawdza. Ale nie jako lustro społecznych gier z seksualnością, lecz ludzka komedia z dawnej epoki, do obserwowania i chichotania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gorzej się dzieje, gdy w przedstawienie według dramatu Tadeusza Różewicza wpycha się ton serio, motyw traumatyczny, elementy pogłębiające. Zbyt wiele bowiem grzybów w tym z modernizmu wziętym lesie. Podobno autor inspirował się biografią Narcyzy Żmichowskiej, polskiej sufrażystki, pisarki, a zwłaszcza jej związkiem z Pauliną Zbyszewską. Historia Bianki unikającej heteroseksualnych zachowań, wychodzącej wbrew sobie za mąż tuż po dziwnie spóźnionej pierwszej miesiączce, kojarzy się także z losem Marii Komornickiej, poetki, która w 1907 roku ogłosiła, że jest mężczyzną, Piotrem Odmieńcem Włastem. Ostatni moment spektaklu sugeruje właśnie androgyniczny trop, choć w przeciwieństwie do Komornickiej, zmarłej w zakładzie psychiatrycznym, Bianka nie wydaje się szalona, tylko zagubiona w świecie oczekiwań nie dla niej. Ona woli przytulić się do przyjaciółki, a wszelka emocja męsko-damska prowadzi do spazmów. W XXI wieku taki scenariusz trudno uznać za coś więcej niż literacki wymysł lub dokument. Epoka coming-outów nie sprzyja ambicjom uczynienia z tekstu Różewicza dramatu pojemnego i gęstego. Tu Krystyna Meissner idzie za daleko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na pewno nie jest nowe wrocławskie "Białe małżeństwo" przedstawieniem o kondycji erotycznej Polaków, nie może być. Nie zobaczyłem też pochwały seksu i seksualności, opowiedzenia się po stronie ciała, jak deklarowała przedpremierowo reżyserka. Wszystkie postaci mają przecież z ciałem jakiś problem. Matka, bo jej temperament nie dorównuje ochotom niekochanego męża, rozbuchana ciotka, bo z konieczności pości, dziadek, bo pipki i dupki ma już za sobą i dziś jedynie przekupuje Paulinkę, by za czekoladki dawała mu zdjętą z siebie garderobę. No i Beniamin, młodzieniec, który po prostu źle wybrał, zamiast w zdrowej trzpiotce zakochał się w nadwrażliwej lub, jak kto woli, pokręconej Biance, czym zresztą powtarza niegdysiejszy krok przyszłego teścia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Piotr Łukaszczyk (Beniamin) radzi sobie doskonale w kolejnej (po "Pułapce") Różewiczowskiej roli, klasą błyszczy Katarzyna Michalska jako Paulina. Ona jedyna z tego towarzystwa znalazłaby we współczesnym świecie naprawdę swoje miejsce. Katarzyna Bednarz (Bianka) przekonuje w najważniejszych scenach, szczególnie w ostatniej. Stylowo grają Elżbieta Golińska (matka) i Ewelina Paszke-Lowitzsch (ciotka) oraz Jerzy Senator (ojciec), gorzko-frywolny jest Jacek Piątkowski (dziadek). Warto zwrócić uwagę na nagie nimfy pląsające w rytm znakomitej muzyki Piotra Dziubka, ruchem wymyślonym przez niezawodnego Maćka Prusaka. Dzięki scenografii Andrzeja Witkowskiego dwie najlepsze sekwencje scen tego spektaklu, ironiczno-poważne grzybobranie i błyskotliwy, witkacowski w formie, ślub tak są udane.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Brakuje mi więc tylko w zajmującym i atrakcyjnym wizualnie "Białym małżeństwie" Tadeusza Różewicza i Krystyny Meissner czegoś, co mogłoby prawdziwie zająć nas dzisiaj, ludzi z europejskiego miasta, może nie metropolitalnego, lecz zdecydowanie bardziej i świadomych, i rozluźnionych w kwestii seksu niż nasi rodzice. Nie twierdzę, że życie erotyczne nie sprawia nam już kłopotów, przeciwnie, ale w tym tekście, tak zaprezentowanym, samych siebie raczej nie znajdziemy.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;.................................................&lt;br /&gt;Tadeusz Różewicz BIAŁE MAŁŻEŃSTWO, reż. Krystyna Meissner, Wrocławski Teatr Współczesny, 10 września 2010&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-3610376158931441960?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/3610376158931441960'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/3610376158931441960'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/09/biae-mazenstwo.html' title='BIAŁE MAŁŻEŃSTWO'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-272404120567398882</id><published>2010-09-08T07:23:00.000-07:00</published><updated>2010-09-08T07:26:39.173-07:00</updated><title type='text'>Seth Grahame-Smith DUMA I UPRZEDZENIE I ZOMBI</title><content type='html'>No i doczekała się w końcu biedna Jane Austen skrajnej formy hołdu, a może szyderstwa, bo z tą książką sprawa wcale nie jest taka prosta, a prawda o niej niepowszechna. Seth Grahame-Smith, amerykański spryciarz, literacki cwaniak i numerant, wziął bowiem na warsztat najsłynniejszą powieść słynnej Brytyjki i przerobił na romansidło horrorem podszyte. Całość nazwał (wraz z wydawcą-inspiratorem) "Duma i uprzedzenie i zombi", a potem sprzedali to (na razie) w światowym nakładzie miliona egzemplarzy. Dla zapewnienia sobie wątłego alibi premierowo opublikowali to dzieło dokładnie 1 kwietnia 2009 roku. No i trafili, choć trafniej byłoby powiedzieć: nabrali czytelników na Lizzy i Darcy'ego w niby to odrestaurowanej konwencji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Smith usiadł sobie przy biurku, przy którym pisywał dotąd niepowieści o tym, jak przetrwać seans horroru, o tym, kogo i jak przeprosić za prezydenturę George'a Busha. Przy tym samym meblu opisał niedawno losy Abrahama Lincolna, sławnego... łowcy wampirów. Ta ostatnia pozycja pojawiła się w marcu bieżącego roku jako pobestsellerowy skok na jeszcze jedną kasę. Uczciwie przyznajmy panu Smithowi skromność, ponieważ kolejność autorstwa na nieprzyjemnie brzydkiej okładce polskiego wydania "Dumy i uprzedzenia i zombich" graniczy z przyzwoitością: najpierw Jane Austen, po niej Seth Grahame-Smith. A rzecz skonstruowana jest po prostu: fabuła, a nawet frazy wyjęte z panny Austen, wypełnione tylko treścią skręcającą ku tematom tradycyjnie dreszcz wzbudzającym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Austen zaczyna swą książkę tak (tłumaczenie Magdaleny Gawlik-Małkowskiej):&lt;br /&gt;"Powszechnie znana prawda głosi, że majętny kawaler potrzebuje do szczęścia tylko żony. Chociaż poglądy bądź uczucia owego kawalera zazwyczaj są nieznane, gdy po raz pierwszy zjawia się w sąsiedztwie, okoliczne rodziny z miejsca zaczynają go traktować jak prawowitą własność jednej z córek". Po czym następuje dialog między panią Bennet i "drogim panem Bennet".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Grahame-Smith własny początek zaprojektował w formie poniższej (przekład Aldony Możdżyńskiej):&lt;br /&gt;"Jest prawdą powszechnie znaną, że zombi, który posiadł jeden mózg, pragnie ich coraz więcej. Nigdy przedtem prawda ta nie stała się aż tak oczywista jak podczas niedawnych ataków w Netherfield Park, gdzie horda nieumarłych wyrżnęła w pień i pożarła wszystkich osiemnastu domowników.&lt;br /&gt;- Drogi panie Bennet - pewnego dnia pani Bennet zwróciła się do męża - czyś słyszał, że w Netherfield pojawili się nowi mieszkańcy?".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dalej w podobnym stylu i tonie. Aż do końca,kiedy w oryginale Lady Catherine wysyła do młodych małżonków obraźliwy list, a w przeróbce Lady Katarzyna nasyła na posiadłość w Pemberley piętnastu ninjas. Rozdziałów i tu, i tu mamy po 61. Perypetie podobne, lecz zamiast staroświeckich konwenansów okrasa horroru. Elizabeth i Darcy są tutaj zaplątani bardziej w pojedynki z grasującymi po Anglii truposzami, niż w towarzyski flirt dla pensjonarek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Więc wyobrażam sobie, iż "Duma i uprzedzenie i zombi" to powieść dla kogoś, kto chce porechotać z bezwdzięcznej akcji przemienionej dla zwykłej zgrywy (znam takich obywateli czytelników) albo dla kogoś, kto nie cierpi wstecznej aury świata Jane Austen, dalekiej przecież od chcącego dziś zapanować w kulturze feminizmu. W posądzanie Smitha o ambicje dekonstrukcyjne bym się nie zapędzał, bo książka zwyczajnie jest na taki kierunek za słaba. W dodatku po "Dumie i zombich" wydawnictwo Quirk wydrukowało kolejne pozycje z pasożytniczej serii (zmienili się tylko tzw. autorzy): "Rozważna i romantyczna i morskie potwory" oraz prequel niniejszej, traktujący o inicjacji Elizabeth Bennet w krucjatę przeciw zombim. Jane Austen pewnie przewraca się w grobie, może śmieje z politowaniem. A Hollywood podobno kręci film, z Natalie Portman. W zaświatach wielcy pisarze zakładają się o to, kto następny. U tamtejszych bukmacherów łeb w łeb idą: "Anna Karenina i gremliny" oraz "Zbrodnia i kara w krainie Muminków".   &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Książka do odstrzału! Wróć! Do przebicia drewnianym kołkiem.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;............................................&lt;br /&gt;Jane Austen, Seth Grahame-Smith DUMA I UPRZEDZENIE I ZOMBI, G+J, 2010&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-272404120567398882?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/272404120567398882'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/272404120567398882'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/09/seth-grahame-smith-duma-i-uprzedzenie-i.html' title='Seth Grahame-Smith DUMA I UPRZEDZENIE I ZOMBI'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-2353207480457128103</id><published>2010-09-05T12:51:00.000-07:00</published><updated>2010-09-05T14:58:18.665-07:00</updated><title type='text'>KLAUS DER GROSSE i BIESY</title><content type='html'>W piątek poszedłem na pokaz skromnego spektaklu przygotowanego za małe pieniądze na konkurs off Przeglądu Piosenki Aktorskiej. "Klaus der Grosse", który tamten konkurs wygrał, wchodzi właśnie na stałe na afisz Wrocławskiego Teatru Współczesnego. I naprawdę jest to przedstawienie udane. Nie żadna rewelacja dekady, ale godzina teatru dającego impuls do rozmowy z samym sobą na temat tego, co było i będzie, co miało być, co może być, a czego powinniśmy się ustrzec. Jako ludzie o ambicjach przekraczających odbębnienie biurowych, korporacyjnych, jednoosobowych obowiązków. Praca to część życia, a nie konieczna, monotonna przerwa w życiorysie. Taki ideał. Ciągle weń wierzę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Klaus der Grosse", zainspirowany sylwetką Klausa Nomi, niemieckiego artysty-wokalisty-performera, w latach 1970. dość znanego dzięki karierze w Stanach Zjednoczonych, to godzina opowieści ruchowo-mimiczno-śpiewanej o mężczyznach (i jednej kobiecie), zmagających się z naturalnym rytmem życia. Graniczne napięcie między młodością a dojrzałością, wcale nie tożsamość czy płciowość, wydaje mi się tu najistotniejsze. Bohaterowie są zagubieni w dorosłości, która oferuje nieciekawą egzystencję od-do, używają tańca i śpiewu do wyrażenia siebie i doskonale dają się zrozumieć. A na koniec, prezentując w stylu Klausa Nomi marionetkowe show do "Total Eclipse", zostawiają jednak optymistyczną wersję wydarzeń. Ze zwykłego życia, z niezgody na nie, tworzy się czasem wyrazista Sztuka (Klausa Wielkiego).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wykonawcy przedni, a po Maćku Prusaku, sprawcy całego zamieszania, cenionym choreografie teatralnym (stały współpracownik Jana Klaty, obecnego na spektaklu wśród widowni), widać, że ma za sobą kilka lat spędzonych w pantomimie Tomaszewskiego. Za to nie wiedziałem, że Marta Malikowska-Szymkiewicz potrafi tak śpiewać! Zastrzeżenia? Do części otwierającej przedstawienie, do sceny WF-u symbolizującego młodzieńczy odcinek naszego życia. Dlaczego tak niewiele się tutaj dzieje, dlaczego najbardziej energetyczny okres został przedstawiony jako jeszcze jeden nudny kierat pełen pustych gestów? Mocniejszy, może komediowy, slapstickowy start mógłby tylko pomóc.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;................................................&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W niedzielny wieczór poszedłem na "Biesy", repertuarową produkcję dużego teatru, w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego. Przyznaję: nie dość przygotowany, bo powieści Dostojewskiego nie czytałem. Znam tylko wersje filmowe. W konfrontacji z teatrem młodego reżysera poległem zupełnie. Na niewygodnym krześle Sceny na Świebodzkim, z nie bardzo już wytrzymałym kręgosłupem, nie miałem choćby promila woli, by dotrwać do końca. Gdyby nie było antraktu w tym trzygodzinnym (podobno) spektaklu, zdaje się, iż po raz pierwszy w życiu wstałbym i przemierzając prawie całą długość widowni, wyszedłbym bez najmniejszego żalu ani wstydu. Półtorej godziny scenicznej maligny wystarczy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pamiętałem wprawdzie o tym, co powiedział mi w wywiadzie niezwykle interesujący i miły w rozmowie reżyser. Że tak naprawdę dąży do teatru-instalacji, że szuka nowej formy. Ale nie byłem w stanie mu (i wykonawcom) tym razem kroku dotrzymać. Może poprowadzenie jakiejś drastycznie skróconej całości w stylu niemego kina (tak jak się rzecz zaczyna) byłoby Pomysłem? Kompletnie nie wiem, po co te ciągnące się w nieskończoność dialogi o niczym, bo bez kontekstu zamierzonego przez Dostojewskiego nie sposób pojąć ich sensu. Nie umiem wytłumaczyć, dlaczego Marcin Czarnik (Wierchowieński) musi tyle razy powtórzyć nazwisko Stawrogina podczas zwracania się do tej postaci, granej bez ikry przez Katarzynę Warnke z bujnymi blond włosami. Przecież ani głusi, ani ślepi, ani niepojętni nie jesteśmy. Przynajmniej nie do tego stopnia. Podobał mi się Adam Szczyszczaj (Kiryłow) w przekonującej roli człowieka zawieszonego między wcieleniem w Chrystusa a kimś, kto sobie na przekór stara się przekonać świat o nieistnieniu Boga. Podobało się kilka obrazów i mikroidei (świetna dziewczyna z monetami w ustach). Ale z największym entuzjazmem przyjąłem okrzyk "Przerwa" i przyjemny chłód wrocławskiego wieczoru, gdy otworzyłem drzwi wyjściowe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bo od nowego sezonu zamierzam nie czekać na przełomy, puenty, przebłyski, oklaski i ukłony, jeśli wszystko mi mówi, że trzeba iść. Tam, gdzie jest życie, a nie nudne błądzenie w teatralnym lesie. Mimo iż tak ten las uwielbiam.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;...................&lt;br /&gt;KLAUS DER GROSSE (Wrocławski Teatr Współczesny), reż. Maćko Prusak; BIESY wg Dostojewskiego (Teatr Polski we Wrocławiu), reż. Krzysztof Garbaczewski&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-2353207480457128103?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/2353207480457128103'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/2353207480457128103'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/09/klaus-der-grosse-i-biesy.html' title='KLAUS DER GROSSE i BIESY'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-4313353897019403028</id><published>2010-09-04T06:42:00.000-07:00</published><updated>2010-09-04T06:44:30.826-07:00</updated><title type='text'>OSKAR I INNE...</title><content type='html'>Niektórzy zwiedzają tę wystawę po bożemu, czyli od wejścia do sali na pierwszym piętrze kamienicy Pod Złotym Słońcem. Ale wielu kieruje się wprost do gabloty ze złotolśniącym Oscarem nr 2987, przyznanym Andrzejowi Wajdzie przez Amerykańską Akademię Filmową w 2000 roku. Okazja do zobaczenia na żywo najważniejszej nagrody filmowej świata jest sprawą wyjątkową i trudno się dziwić, że pozostałe wyróżnienia bledną w blasku statuetki-marzenia wszystkich filmowców. Lecz nie tylko Oscar zasługuje tu na szczególną uwagę, bo niedaleko do podziwiania mamy Złotą Palmę festiwalu w Cannes za "Człowieka z żelaza", srebrne berlińskie niedźwiadki czy gdyńsko-gdańskie lwy. Nieźle się prezentuje europejski Feliks za całokształt czy francuski Cezar za "Dantona", trochę skromniej ważne nagrody zdobyte w San Sebastian (Srebrna Muszla za "Wesele"), Moskwie ("Ziemia obiecana") czy Mediolanie ("Krajobraz po bitwie").&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W liczbach też brzmi to imponująco, bo nagród jest kilkaset, licząc statuetki, medale i dyplomy. Wszystkie, z wyjątkiem paru, ofiarowane przez Wajdę wrocławskiemu Ossolineum. Obok starannie wyeksponowanych w gablotach wyróżnień na mini ekranach można podejrzeć wybory scen z najważniejszych tytułów, a kiedy podejdziemy bliżej do elektronicznego portretu reżysera, zobaczymy, iż złożony został z pikselowych kwadratów, przedstawiających filmowe fotosy. Miesza się więc multimedialna nowoczesność i prezentacja tradycyjna, tak doskonale przepróbowana jakis czas temu w tym samym Ossolineum podczas wystawy poświęconej Juliuszowi Słowackiemu. Nic dziwnego, za najnowszą odpowiadają ci sami autorzy: kuratorka Małgorzata Orzeł i pomysłowi artyści z wrocławskiej ASP, Jakub Jernajczyk oraz Magdalena Kacprzak-Gagatek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To, co od razu przychodzi do głowy po obejrzeniu tak wielu przedmiotów odebranych przez Wajdę w ciągu dziesiątek lat twórczej pracy, to nie tylko wspomnienie chwil spędzonych w kinie, ale i bogactwo form, jakie była w stanie zaprojektować ludzka wyobraźnia. Są tutaj bowiem nagrody-rzeźby niezwykłej urody lub/i pomysłu. Od zwiewnego Don Kichota, przyznanego przez Polską Federację DKF-ów za "Człowieka z marmuru", dosłowną Złotą Pieczęć (belgradzkie uznanie dla "Dyrygenta"), przez śliczną sarenkę za "Piłata i innych" (Bambi, czyli Niemiecka Nagroda Filmowa), po praskiego Złotego Golema. Jest Złota Kaczka, Żaba, Grono, Orły, jest Srebrna Karawela, zdobyta za "Smugę cienia" w Kolumbii, nie zapomniano o pomniejszych wyróżnieniach wojewody podlaskiego czy liceum plastycznego. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odbierając Oscara (na co dzień własność Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego), Andrzej Wajda mówił: "Przyjmuję tę zaszczytną nagrodę jako wyraz uznania, nie tylko dla mnie, ale dla całego polskiego kina". Szkoda, że po 10 latach od tamtej wizyty reżysera w Los Angeles widoków na nowego Wajdę (i nowe prawdziwe międzynarodowe sukcesy) w polskim kinie nie ma. Ostatnimi dotąd fabułami nominowanymi do Oscara były (w odwrotnie chronologicznej kolejności): "Katyń" (2007), "Człowiek z żelaza", "Panny z Wilka", "Ziemia obiecana" (1976). I to jedyny gorzki akcent wizyty na tej wspaniałej wystawie.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;............................................&lt;br /&gt;OSKAR I INNE... Nagrody filmowe Andrzeja Wajdy, Ossolineum, Wrocław, 2010 (dostępna do 21 września, codziennie oprócz poniedziałków)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-4313353897019403028?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/4313353897019403028'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/4313353897019403028'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/09/oskar-i-inne.html' title='OSKAR I INNE...'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-6123698968323338380</id><published>2010-09-01T21:39:00.000-07:00</published><updated>2010-09-01T21:42:01.097-07:00</updated><title type='text'>Zdzisława Górska PRZYLĄDKI MOJEJ NADZIEI</title><content type='html'>"Najgorsze jest to, że wszystko mija", pisze Zdzisława Górska w jednym z tekstów zamieszczonych w książce "Przylądki mojej nadziei". Ale też z innych fragmentów daje się wyczytać nie tyle radość życia, co jego rytm, bieg, któremu trzeba się poddać. Choćby po to, by nie mieć "wiele czasu na rozmyślania" albo "duszy rozwartej jak kosmiczny cyrkiel nad Atlantykiem". Górska przyznaje się do autobiografii emigrantki, czyli tej nie do końca spełnionej, bo rozpiętej między tęsknotą a tytułową nadzieją. Autobiografii szans i strat niedających się zbilansować, lecz tylko wyliczyć. Nikt bowiem nie zna tamtej alternatywnej drogi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Znajdziemy w tym zbiorze felietonów, które bywają listami, kartkami z dziennika, a nawet szkicami krytycznymi, tematy przeróżne, nierzadko zwietrzałe, do zapomnienia, teksty gazetowe, niekonieczne, jak te o polskich sportowcach. Mamy też, na szczęście, coś więcej, w większej ilości. To, co najbardziej interesujące, to wypowiadane wprost i pojawiające się na komentarzowym marginesie zapisy obserwacji (i wniosków) dotyczących życia jako podróży, nieustannych wyjazdów-powrotów, gdy trzeba (niechętnie) "pożegnać się z mewami" i wejść (równie niechętnie) "w świat bez uśmiechu, w ludzi niezadowolonych".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Często się w literaturze czyta o rozmaitych skrajnych koniecznościach, niewolnych wyborach, wzniecaniu sztucznych entuzjazmów, pożarach bezstresowo zostawianych za sobą mostów, Zdzisława Górska patrzy na to wszystko trochę inaczej. Godzi się z wydarzeniami, szuka dla nich wytłumaczenia, zaczątku czegoś nowego-dobrego, równocześnie jednak czuje uświadomiony niepokój i nutę buntu. A więc, mówiąc kolokwialnie, wchodzi w to autentycznie, zdobywając się na mądry dystans. Intuicyjny, nie ironiczny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po osobistych tekstach z "Przylądków mojej nadziei" zostaje więc obraz dookreślony i niejednoznaczny, czyli po prostu prawdziwy, bliski każdemu z nas, czytelnikom w pewnych chwilach tożsamo zdziwionym czasem i światem. Dopóki autorzy będą potrafili tworzyć podobną wspólnotę myśli, emocji, sentymentów wokół konkretnego, własnego, pojedynczego życia, książka będzie ważną potrzebą człowieka wędrującego przez los. W przypadku Zdzisławy Górskiej los polsko-amerykański, amerykańsko-polski, z przystankami w wielkim Wiedniu i wiejskim Bardzie. Między innymi.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;............................................&lt;br /&gt;Zdzisława Górska PRZYLĄDKI MOJEJ NADZIEI, Reduthon, 2010&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-6123698968323338380?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/6123698968323338380'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/6123698968323338380'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/09/zdzisawa-gorska-przyladki-mojej-nadziei.html' title='Zdzisława Górska PRZYLĄDKI MOJEJ NADZIEI'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-4288631488289451385</id><published>2010-06-30T16:14:00.000-07:00</published><updated>2010-07-20T12:48:11.168-07:00</updated><title type='text'>Teatr im. Siemaszkowej w Rzeszowie</title><content type='html'>Teatr im. Siemaszkowej w Rzeszowie to miejsce dla mnie absolutnie wyjątkowe. Miejsce pierwszej teatralnej miłości, z której się nigdy nie wyrasta. Wtedy, oczywiście, jakość nie miała znaczenia fundamentalnego, choć właśnie jakość zobaczonej tu „Pastorałki” Schillera czy dla dzieci przeznaczonego „Krzesiwa” Andersena z pewnością znaczyła. Dzięki rzeszowskiemu teatrowi pokochałem Teatr.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dlatego obserwując to, co się z tą sceną dzieje od lat kilku, strasznie mi żal. Jeszcze początki dyrektorowania Zbigniewa Rybki (dziś szef w Radomiu) zdawały się rzeczywistą jaskółką czegoś wartościowego, zmiany znaczącej w stosunku do tego, co Bogdan Ciosek po z początku udanej dekadzie bycia w Rzeszowie był w stanie zaproponować. Ostatnia sztuka Szajny, „Deballage”, zdaje się kaprysem mistrza pochodzącego z Rzeszowa, a nie wpisaną w wizję strategią artystycznie utalentowanej dyrekcji. Ze stagnacji rzeszowski teatr wszedł w fazę poszukiwań, wyłuskując ciekawe przedsięwzięcia z Polski (podczas spotkań teatralnych), proponując tytuły istotne i z tradycji, i z nowych czasów. Oglądaliśmy więc znakomitą „Szklaną menażerię” Williamsa w reżyserii Andrzeja Rozhina czy inną kameralną sztukę, „Dusia, Ryba, Wal i Leta” Pam Gems, w inscenizacji Tomasza Lengrena. Z czasem Rybka skłaniał się ku repertuarowi dziecięco-mieszczańskiemu, oferując farsy i tzw. teatralne sieciówki. Po czym został odsunięty od prowadzenia teatru. Zastąpił go Jan Nowara, którego dyrektorską rezydenturę reprezentuje wielki przebój tych czasów, czyli „Sztukmistrz z Lublina”, zrobiony w Rzeszowie przez Jana Szurmieja po 16 latach od legendarnej wrocławskiej premiery. Nic nowego, odgrzewanie smacznych kotletów. Nowarę zastąpił znowu Rybka, a zaraz potem Przemysław Tejkowski, aktor, Jasza z Szurmiejowego „Sztukmistrza...”. Jeden z tych, co chcą zadowolić i lekturową owcę („Dziady”, „Pan Tadeusz”, „Miło szaleć...” wg Kochanowskiego), i miejskiego wilka („O nim zapomnieć nie wolno. Rzecz o Łukaszu Cieplińskim”). Pisano też o dość burzliwych okolicznościach objęcia dyrekcji, o tym, że nowy zasłużył na urząd po udanej dla Prawa i Sprawiedliwości kampanii wyborczej, w której przygotował spoty reklamowe zwycięskiej partii, z udziałem aktorów Teatru im. Siemaszkowej w rolach anonimowych przechodniów przekonanych do politycznego programu PiS-u. Warto o tej politycznej stronie pamiętać, bo to nigdy nie jest ani dobre, ani właściwe etycznie, by tak obsadzać instytucje kultury.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Polityka weszła więc do teatru przy ul. Sokoła wraz z butami wpływów, nie do końca, niestety, wyszła, gdy Przemysławowi Tejkowskiemu udało się wejść do zarządu znów upolitycznionej TVP, gdzie ciągle ma szanse na prawdziwe wpisanie się w historię polskiej kultury, jeśli reanimuje teatr TV. Na razie nic z tego. Puste poniedziałki, jak pusty repertuar w Rzeszowie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pokłosiem rządów sympatycznego zresztą mężczyzny Przemysława u Siemaszkowej (dyrektoruje tu dziś Waldemar Matuszewski, radny PiS-u) jest bowiem sztuka absolutnie beznadziejna, ujawniona na afiszu rzeszowskiej sceny w marcu tego roku, czyli „Murzyn (może odejść)”. Autorska, polska próba farsy Remigiusza Cabana. Coś Strasznego. Nieraz się tu zżymałem na  propozycje wrocławskich teatrów, na takie czy inne tragedie inscenizacyjne, ale „Murzyn...” przebija wszystko, co dotąd w życiu widziałem. Tak stereotypowego i drobnomiejsko zaplanowanego przedstawienia nigdy wcześniej nie oglądałem. Krytykowany przeze mnie „Inkasent” Niemczuka/Rozena na tej samej scenie to jest niebo przy wybryku Cabana. Żal było patrzeć na utalentowanych aktorów Siemaszkowej utytłanych w sztuce kompletnie bez pojęcia. Gdzie gra z konwencją teatru dziewiętnastowiecznego staje się karykaturą teatru z wieku XXI. Teatru jednego z najważniejszych miast współczesnej Polski. Naprawdę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najbardziej dziwi jednak fakt utrzymywania takiego charakteru sceny przez kolejne władze. Czyżby nikt w Rzeszowie nie wiedział, jak naprawdę można tworzyć teatr, czyżby wdzięk następujących po sobie dyrektorów mógł aż tak zniewolić zmysł rozsądku? Wystarczy bowiem spojrzeć na to, co dzieje się w dolnośląskim teatrze, by wiedzieć, jaki teatr ma szanse na konfrontację ze współczesnymi sprawami i sukces u publiczności oraz u krytyków. To, co uwzniośliło Legnicę czy Wałbrzych może być drogowskazem dla Rzeszowa. Zwłaszcza gdy coraz więcej młodych ludzi zaczyna to miasto doceniać i wiązać z nim własne losy. Oni też chcieliby w teatrze życia, nie ledwie artystycznego letargu, jeśli nie zagubienia lub zwyczajnej niemocy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeśli „Murzyn (może odejść)”, to może i wizja sceny mieszczańskiej, czyli teatru tak zaprzeszłego, jak dylemat Gustawa-Konrada czy biografia Jacka Soplicy. Albo niby śmieszny gag z facetem mówiącym do wiadra w spektaklu o czarnoskórym, który się nie pojawi. Chciałbym, by rzeszowski teatr ożył, by mogła tu reżyserować nowa Meissner, Pleśniarowicz, Wyrzykowski. To zbyt wygórowane marzenie?&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-4288631488289451385?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/4288631488289451385'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/4288631488289451385'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/06/teatr-im-siemaszkowej-w-rzeszowie.html' title='Teatr im. Siemaszkowej w Rzeszowie'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-220122179415001547</id><published>2010-06-22T12:10:00.001-07:00</published><updated>2010-06-28T01:18:21.267-07:00</updated><title type='text'>Tadeusz Różewicz WYCIECZKA DO MUZEUM</title><content type='html'>To nie jest książka złożona z zupełnie nowych tekstów, Różewicz od lat prozy już nie próbuje. Ale w tym układzie, dokonanym przez samego autora, ten zestaw ukazuje się po raz pierwszy i po raz pierwszy brzmi tak wymownie. Ktoś obyty z twórczością gliwicko-wrocławskiego mistrza oczywiście zna słynną tytułową "Wycieczkę do muzeum", otwierające tom miniatury poetycko-prozatorskie czy inne, w różnych miejscach publikowane, utwory zwane tu opowiadaniami, lecz chyba nie spodziewaliśmy się podobnej wymowy całości. Bo jest ta książka właściwie opowieścią-biografią, często autobiografią, człowieka zanurzonego w wiek dwudziesty, wpatrzonego w przemiany, katastrofy, szczegóły, próbującego z obserwacji wysnuć jakąś niekoniecznie wiążącą refleksję. Wiążącej się czasem po prostu nie da, gdy umiera ukochany brat, a cień wojennych okrucieństw tak łatwo zostaje społecznie wymazany z pamięci. Wycieczka do Auschwitz bywa już nie przeżyciem, tylko wizytą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Literacki recykling to też nie nowe zjawisko, najczęściej zresztą naganne, jednak Różewicz czyni z niego niezwykłą wartość poznawczą. Poza tym, jeśli nie on, to kto ma do recyklingu prawo, skoro od lat zajmuje się buszowaniem po kulturowym śmietnisku, wyławianiem z niecudownie skonstruowanej współczesności fragmentów czegoś i złego, i dobrego, dekonstruowaniem treści i form. Kpina i satyra są obecne również tutaj, choć w proporcjach odpowiednich, czego nie dotrzymał w poprzednim, w większości sztambuchowym tomie "Kup kota w worku". W "Wycieczce do muzeum" wraca Różewicz poważny i głęboki, otwarty nie zaledwie na humory, lecz na rozmowę. Bez potępienia czy szyderstwa. "Czy widzisz tych cichych ludzi z głupim wyrazem twarzy? To też wielcy buntownicy, ale nikt o tym nie wie. Są już spokojni, poskromieni, czekają na ulicy na znak milicjanta, na zielone światło" - relacjonuje autor ze współczuciem. Sam się wystawia na pokaz i ocenę, autoironicznie opowiada w tekście jakby z dziennika wziętym o swojej podróży za ocean przy okazji nowojorskiej premiery "Białego małżeństwa". Nie chce być szympansem, atrakcją wieczoru, robi uniki i wolty, wszystko po to, by wymknąć się definiującemu opisowi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stąd pewnie w Różewiczowskiej literaturze tyle gatunków, stąd tyle nastrojów, choć przekaz wydaje się konsekwentny, wyrazisty, sformułowany. To niewinny-winny Józef K., Franz K. z cywilizacyjnej kartoteki staje się przecież szybko naczelnym obywatelem przedstawionego świata, bo tak dzisiejszego człowieka widzi Tadeusz R., wiedzący, świadomy, a równocześnie otwierający usta w zdziwieniu, gdy pewna pani profesor stwierdza, że jesteśmy futerałami na geny. Gdzie więc ta cała metafizyka, o którą chodzi w sztuce, o którą walczy w nas życie? Tkwi właśnie w tym teatrze postaci i słów, rysunków losów i grymasów, w geografii, latach, w sytuacjach zwyczajnych, a mówiących, jeśli głos wydobędzie z nich właściwy narrator. Ten nie do końca przekonany, urodzony, ocalony, pytający o wolne miejsce w przedziale. I o sens, jednak sens, zbiorowych seansów głupoty, nienawiści, przypadku, bezsensu.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;.................................................&lt;br /&gt;Tadeusz Różewicz WYCIECZKA DO MUZEUM, Biuro Literackie, 2010&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-220122179415001547?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/220122179415001547'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/220122179415001547'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/06/tadeusz-rozewicz-wycieczka-do-muzeum.html' title='Tadeusz Różewicz WYCIECZKA DO MUZEUM'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-4701685355864566949</id><published>2010-06-13T02:04:00.000-07:00</published><updated>2010-06-22T12:11:45.316-07:00</updated><title type='text'>NAGOŚĆ W TEATRZE</title><content type='html'>Trudno uwierzyć, ale w burzliwym roku 1968, po broadwayowskiej premierze musicalu „Hair” rozgorzały protesty dotyczące scenicznej nagości. To było wtedy przełamywanie tabu, które dziś już żadnym tabu nie jest, choć ciągle wywołuje reakcje. O to zresztą czasami w tym chodzi, niekoniecznie o estetyczny wabik, jak kiedyś w polskim kinie. Rozebrany aktor zwraca uwagę na swoją postać i wymowę konkretnej sceny, gorzej, gdy po spektaklu rozmawia się tylko o rozebranym aktorze. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W polskim teatrze pierwsze nagie ciało pojawiło się podobno w pantomimie Henryka Tomaszewskiego, w marcu 1974 roku, w przedstawieniu „Przyjeżdżam jutro”. No i nie odjechało, bo zaraz podjął temat Krzysztof Jasiński w krakowskim Stu, a potem to już długo by wymieniać, choć niespodzianką może być fakt, że całkiem gołą Albertynkę (Joannę Pacułę) zobaczyliśmy dopiero w wersji „Operetki” z 1980 roku. Wcześniej pokazywany był ledwie biust aktorki, czyli tak jak we wrocławskiej inscenizacji Michała Zadary i Leszka Możdżera. Mieliśmy za to we Wrocławiu legendarne „Białe małżeństwo”, na które się chodziło także ze względu na Sceny. Na początku lat 2000. słynnych „Oczyszczonych” Warlikowskiego wyróżniała usprawiedliwiona treścią nagość wykonawców, ale dyskusje ciągle się toczyły. Pocztą pantoflową widzowie, którzy już byli, doradzali tym, którzy dopiero będą, w sprawie najlepszego punktu obserwacyjnego. Zobaczyć na żywo nagą Cielecką, Chyrę czy Gonerę w „Dybuku” albo Reczka w „Azylu”... Wyobraźnia działała. Jak jest dzisiaj?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W co najmniej 15 ciągle będących na afiszu spektaklach wrocławskich teatrów widzimy kogoś bez ubrania. Ale jeśli mocna zbiorowa scena z „Hair” w Capitolu nie miałaby bez nagości podobnej antywojennej siły, to już Cezary Studniak, przez jakieś 10 minut stojący bez niczego frontem do publiczności w „Idiocie”, wypada idiotycznie. Z Capitolu, gdzie jeszcze Justyna Szafran pokazuje intymność w „Dziejach grzechu”, przechodzimy do Teatru Polskiego i tu dopiero się dzieje. Numer jeden to oczywiście Ewa Skibińska w The Best of Klata, czyli  w „Ziemi obiecanej” (Lucy Zucker), ale też w kuriozalnym „Śnie nocy letniej” albo w „Hamlecie” (tu można zobaczyć również biust Ofelii, a więc Anny Ilczuk). Kiedy w „Kuszeniu cichej Weroniki” zapalają się na starcie światła, widzimy Adama Szczyszczaja (Johannesa) tak jak go Pan Bóg stworzył, a kobiety, bywa, że wzdychają zaskoczone. Potem po scenie biegać będzie bez ubrania także tytułowa Weronika (znów Ewa Skibińska). W „Samsarze disco” są biusty aktorek i pośladki aktora, a w „Berku Joselewiczu” piersi Tadeusza Kościuszki (Haliny Rasiakówny). W „Lalce” i „Smyczy” rozbiera się Bartosz Porczyk, który musi uważać, żeby nie wpaść w sidła golizny, gdyby publiczność okazała rozczarowanie, że jednak w którymś z przedstawień się nie pokaże w całej okazałości. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W internecie znalazłem taki wpis: „Szymon Czacki, mega przystojny aktor Teatru Współczesnego we Wrocku występuje nago w "Traktacie". (...tu fragment raczej nie do cytowania...) Ma ktoś foty?”. Nad publiczną nagością zawsze wisi i ten miecz. Szymon Czacki uśmiechnął się tylko, słysząc ten wyjątek, ale zaraz wspomniał jeden ze spektakli, kiedy młodzi widzowie za nic mając teatralne zakazy, wyjęli telefony i robili zdjęcia. W tym samym Współczesnym trafimy też na „Akropolis. Rekonstrukcję”, gdzie obnażenie postaci czytelnie zgrywa się z kierunkiem interpretacji, oraz na „Bat Yam”, opowieść poważno-komiczną z żydowskim tematem w roli głównej i męskim przyrodzeniem w pierwszoplanowym epizodzie. Zupełnie niepotrzebnym. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rzecz jasna, nie twierdzę, że nagości w teatrze być nie powinno, przeciwnie, być musi, skoro teatr jest światem, a aktor człowiekiem. Doświadczenie bezpośredniego kontaktu widza i wykonawcy ma w naturze element intymny, zmysłowy. Wchodząc do teatru, od razu czujemy na przykład zapach, inny w przypadku każdej sali. No i przeżywamy różnego rodzaju uniesienia. Pamiętam moment we wrocławskim „Romeo i Julii”, gdy Bartosz Woźny (Romeo) pokazał tors, a trzy gimnazjalistki o mało nie zemdlały. Z kolei Waldemara Zawodzińskiego, reżysera i dramatycznego, i operowego, zapytałem o dziwnie wyglądające sztuczne biusty tancerek z trzeciego aktu wspaniałych wrocławskich „Opowieści Hoffmana”, sugerując, iż w dramacie by taki kostium nie przeszedł. Odpowiedział przewrotnie: „teraz o wiele perwersyjniej wyglądają silikonowe nakładki niż odsłonięte piersi”. Może tak, dla mnie sztuczność pozostaje sztucznością. W Metropolitan Salome robi w końcu striptiz.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;Rzecz więc i w tym, by iść na całość wtedy, kiedy trzeba, i w tym, aby gdy nie trzeba, umieć się opanować.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-4701685355864566949?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/4701685355864566949'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/4701685355864566949'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/06/nagosc-w-teatrze.html' title='NAGOŚĆ W TEATRZE'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-7515976509246467237</id><published>2010-06-03T09:10:00.001-07:00</published><updated>2010-06-09T08:13:28.521-07:00</updated><title type='text'>NIE WSZYSTEK UMRĘ</title><content type='html'>W Roku Chopinowskim nie cierpimy na brak Chopina, mam nadzieję, że się nim nie przejemy. Dla znakomitego muzykologa Macieja Gołąba to rzecz niesłychana i niemożliwa, bo utworów polskiego kompozytora można słuchać nieskończenie wiele razy i nigdy nie nużą. Coś w tym jest, lecz, jak uczy nas ogólne życiowe doświadczenie i doświadczanie sztuki, wszystko ma swój graniczny limit. Więc na półmetku rocznicowych obchodów, przy świadomości tego, co jeszcze przed nami (jak choćby jesienne zmagania w warszawskim konkursie chopinowskim), z optymizmem w tej sprawie byłbym ostrożny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Płyta Fundacji Pomocy Artystom Polskim CZARDASZ przedstawia Fryderyka Chopina w formie The Best of..., i to niekoniecznie czysto fortepianowej. Takie zresztą próby pojawiają się u nas ostatnio często. Opera Wrocławska wystawia orkiestrowo-wokalnego Chopina, zmontowanego przez Włocha Giacoma Oreficego, Teatr Wielki - Opera Narodowa do Chopina tańczy, wiem, że niebawem powinna się ukazać płyta ze skrzypcowymi transkrypcjami, a jesienią być może będziemy oglądać musical z piosenkami chopinowskimi do współcześnie napisanych tekstów. I tak dalej. Wydawnictwo pt. „Nie wszystek umrę”, o zbyt oczywistym tytule wziętym z Horacego, na pierwszy rzut oka zachęca nieszczególnie. Trochę poezji z podkładem, kilka pieśni, utwory inspirowane legendą Fryderyka – cóż w tym fascynującego? A jednak album się broni i układem poszczególnych elementów, i jakością każdego wykonania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jerzy Trela jak zawsze po swojemu (czyli oszczędnie, lecz z subtelnie nieukrywanym żarem), czyta wiersze Wandy Chotomskiej, Romana Brandstaettera, Kazimierza Przerwy-Tetmajera i Jana Twardowskiego. Krystyna Man Li Szczepańska, wykształcona w Pekinie i Warszawie pianistka chińskiego pochodzenia, gra Chopinowskie standardy w sposób nie zaledwie odtwórczy, a Ewa Warta-Śmietana czystym i jasnym sopranem (i nie tylko sopranem) śpiewa nieśmiertelne „Życzenie”, „Moją pieszczotkę” czy „Ślicznego chłopca” tak, że nie trzeba patrzeć na tekst, by wszystko zrozumieć. To naprawdę niemało. Włączyć i pozostać z tą słownie wiązaną muzyką przez 56 minut.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ta płyta to gotowy okolicznościowy recital, na który warto się wybrać, bo oferuje dokładnie to, co zapowiada. Przyjazne spotkanie z twórczością Chopinowską i okołochopinowską w prywatnym salonie przywołującym klimat tamtych czasów. Nie wiem wprawdzie, czy Chopin tu zagląda, jak to czyni cień ze strofy Tetmajera, słuchający „jak szumią nad rzeką lasy owite w mgły”, nie wiem, czy przyjąłby ten album z radością, gdyby żył. On w końcu pisał nie tylko melodyjne walce i błyskotliwe etiudy, lecz także nuty przejmujące, romantycznie rozwichrzone. Tych (z wyjątkiem etiudy rewolucyjnej) tutaj nie znajdziemy. Ale chyba o to także czasem chodzi: bezkrwawe wzruszenie i przyjemność słuchania. O to, co w krótkim poetyckim „Nonsensie” wyraził Leopold Staff: „Nigdy czarowniejszą pieśnią / Nie kusiła Odysa syrena... / Gdyby fiołki i konwalie / Zamiast pachnąć grać umiały, / Byłaby to muzyka Szopena”. Dodajmy: w takim, jak to, wykonaniu. &lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;........................................&lt;br /&gt;NIE WSZYSTEK UMRĘ: W 200. rocznicę urodzin twórczość Chopina i dla Chopina, Fundacja Pomocy Artystom Polskim CZARDASZ, 2010&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-7515976509246467237?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/7515976509246467237'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/7515976509246467237'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/06/nie-wszystek-umre.html' title='NIE WSZYSTEK UMRĘ'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-6420246714593603768</id><published>2010-06-01T13:24:00.000-07:00</published><updated>2010-06-21T14:46:10.276-07:00</updated><title type='text'>Wilhelm Fraenger BOSCH</title><content type='html'>Mamy w księgarniach sporo Boscha albumowego, bo jest to ciągle jeden z najbardziej fascynujących artystów wszech czasów. Ale ta publikacja to dzieło wyjątkowe. Wilhelm Fraenger, autor monografii, z niezwykłą wnikliwością i absolutną wiedzą analizuje twórczość niderlandzkiego mistrza. Sięga po liczne kulturowe konteksty, by jeszcze lepiej zrozumieć rozszalałą i równocześnie zdyscyplinowaną wyobraźnię malarza. Ryzykuje, ocenia, proponuje nowatorskie ujęcia. Czyta Biblię i komentarze do niej, w innym miejscu w konstrukcji harfy szuka klucza do wyjaśnienia precyzji, z jaką Bosch stwarzał malarskie piekła i raje. Dzięki Fraengerowi łatwiej pojąć symbolikę skomplikowanych detali, poszerzając obraz artyzmu "Stołu mądrości", "Kuszenia św. Antoniego" czy "Wesela w Kanie".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Świecki i religijny nurt Boschowej spuścizny mają swoje ewolucje i kulminacje związane nie tylko z tematami, lecz całymi systemami myślenia estetyczno-kulturowego. Najważniejsze zdaje się odchodzenie przez artystę od wszelkich funkcjonujących schematów, w nieustannym poszukiwaniu drugiej strony zjawisk, tego, co "kryje się za rzeczami". Fraenger przypisuje Boschowi nadzwyczajną siłę koncentracji. W późnym okresie twórczości daje się zauważyć kontemplacyjny element płócien niegdyś malowanych w dynamicznym uniesieniu. Autor idzie dalej. Na przykład tajemniczy czwarty król czczący Chrystusa na madryckim ołtarzu i nastręczający problemów kolejnym pokoleniom badaczy znajduje w tym opracowaniu przekonującą interpretację, w czym pomagają reprodukowane powiększenia detali. W świecie szczegółów Hieronima Boscha można się przecież tylko zgubić, chyba że prowadzi nas podobnie kompetentny i pełen pasji przewodnik.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sam Fraenger jest postacią fascynującą. Wyedukowany w Heidelbergu syn sędziego i burmistrza miasta Erlangen zaczął karierę komentatora sztuki jako recenzent prasowy. Założył grupę intelektualistów "Die Gemeinschaft", aby wprowadzić nowe spojrzenie do akademickich analiz plastyki. Miał żonę i długoletnią kochankę Lulu Darmstädter. Zajmował się także etnografią, był szefem artystycznym berlińskiego teatru. W latach 1930. naziści spalili jego książki z powodu zbyt postępowych poglądów ich autora. Po II wojnie światowej więzili go krótko sowieci, po czym wstąpił do partii komunistycznej, angażując się politycznie we wschodnich Niemczech. Został burmistrzem Brandenburga, w ostatnim roku tej działalności wydał niniejsze studia nad Boschem. Właśnie się ukazało kolejne wydanie książki tak bogatej w tezy i eksplikacje, że nie sposób nie dać się wciągnąć. Fraenger potrafi czytać konteksty, polemizować, logicznie wyjaśniać karkołomne przypuszczenia. Stylistycznie jest właściwie literatem (bardzo dobry przekład Barbary Ostrowskiej). "Bosch" to nie tylko artystyczna podróż interpretatora, lecz również swoista autobiografia badacza próbującego ogarnąć wielką niedostępną tajemnicę sztuki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak bowiem dostać się do umysłu artysty określanego mianem hermetycznego i heretycznego kuriozum, którego uwielbiał Filip II, wcielenie "najbardziej ortodoksyjnego z królów chrześcijańskiego świata"? Do czasów Fraengera nauka radziła sobie z fenomenem Hieronima Boscha poprzez bezpieczny, tradycyjny dystans, stawianie znaków zapytania zamiast próby odpowiedzi. Autor tej publikacji zobaczył więc w takim niedostatku rolę dla siebie i poszedł na całość, nie zapominając o naukowej rzetelności. "Stajemy dziś wobec symboliki Boscha jak przed oniemiałą wyrocznią, której język znaków utracił pierwotną moc oświecania - wyznaje Fraenger na starcie. - Wyrocznia zamilkła, a mistrz tak chętnie dający zagadki sam stał się zagadką". Wszystko ponieważ symbolu nie można traktować czysto formalnie, trzeba się w symbol zanurzyć, patrząc i myśląc jednocześnie, angażując intelekt i zmysły. Niepojęte poznać w sposób przynajmniej w części niepojęty. W połowie XX wieku, kiedy powstawała książka, była to sugestia rewolucyjna, a i teraz akademickie środowiska z niechęcią ją przyjmują. Jednak do Boscha inaczej się nie dotrze, co Fraenger dobitnie udowadnia.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;.................................................&lt;br /&gt;Wilhelm Fraenger BOSCH, przeł. B. Ostrowska, Arkady, 2010&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-6420246714593603768?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/6420246714593603768'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/6420246714593603768'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/06/wilhelm-fraenger-bosch.html' title='Wilhelm Fraenger BOSCH'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-3855221852808880554</id><published>2010-05-26T08:51:00.000-07:00</published><updated>2011-05-18T14:10:54.734-07:00</updated><title type='text'>Marek Krajewski ERYNIE</title><content type='html'>Anglosasi mają na takie pozycje idealne słowo. Mówią po prostu "decent", co znaczy i godne, i porządne, i przyzwoite. Ale jednak nie wspaniałe (marvellous) albo fantastyczne (fantastic). I taka właśnie jest najnowsza książka Marka Krajewskiego. Bez fajerwerków, bez świeżości, bez błysku, jak lubią mówić fani skakania na nartach. Ale OK, na poziomie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A może to tylko wrażenie czytelnika, który styl opisu i opowiadania wrocławskiego mistrza mrocznych historii zna już zbyt dobrze? Bo właściwie czego tu się czepiać? Literatura tego typu nigdy nie aspirowała do Nike czy Angelusa, więc nie musi wysilać się na nowatorstwo. Wystarczyć powinna zgrabnie skonstruowana kryminalna intryga, nieoczywistość rozwiązania oraz bohater, a najlepiej dwóch, ten biały i ten czarny. U Krajewskiego jest wszystko powyższe. Może z wyjątkiem bieli bohatera, bo jego policjanci to postacie z zadrą, doświadczeni życiowo i przez życie, to typy krwiste i niepozbawione odcieni. Też zresztą wzięci z tradycji, tradycji czarnego kryminału Raymonda Chandlera, o czym niejeden analityk twórczości Krajewskiego nieraz wspominał. Więc jednak i tu jakaś sztampa. To, co wyróżniało dotąd pisanie tego autora wypływało z pasji poznawania kontekstu czasów, w których dzieje się akcja, dzięki czemu wciągała nas nie jedynie fabuła, lecz także (a może zwłaszcza) czar czasoprzestrzeni. Przedwojenny Breslau prawdziwie odkrywany przez ambitnego filologa klasycznego, dziś już zawodowego pisarza, przekładanego na 18 języków (w tym np. hebrajski). Inaczej zamierzone powieści przygotowane w duecie z Mariuszem Czubajem nie dorównały popularności serii z Mockiem. Krajewski był z pewnością tych meandrów świadomy, zatem zamiast dać się przywołać pięknym i znanym dźwiękom syreniej muzyki zachodu wybrał się na wschód, by potowarzyszyć nowemu bohaterowi. Tyle że Lwów pod piórem Marka Krajewskiego cudownie udaje Breslau, a komisarz Edward Popielski (znany już ze współpracy z Mockiem w "Głowie Minotaura", tu stuprocentowo samodzielny) to bliźniaczy literacki brat Eberharda. Chociaż niejednojajowy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W poprzedniej książce, kiedy autor wprowadzał Popielskiego w swój (i nasz) świat, zetknięcie dwóch podobnych charakterów działało i nawet cieszyło, jak cieszy rzeczywiste spotkanie z kimś nadającym na wspólnej częstotliwości. Tak w końcu rodzi się przyjaźń. Ale tutaj, w, znów mitologicznie zatytułowanych, "Eryniach", słabnie moc Edwarda. Mimo klasycznych zabiegów warsztatowych, czyli ujawnienia szczegółów trudnej biografii Popielskiego i brnięcia w coraz okrutniejsze okoliczności. Minotaur zabijał młode kobiety, Herod z najnowszego dzieła zajął się dziećmi. Tam w kręgu troski ojca była córka, zagrożona kontaktem z zabójcą, tu znak zapytania dotyczy wnuka. Za wiele tych bisów. Trochę. Bo z drugiej strony dostajemy czytadło z górniejszej półki, stylowe i znajome, a inżynier Mamoń przecież dysponował mądrością wręcz sokratejską (jak uważają tzw. specjaliści od kultury popularnej). Świetnie się czytają kolejne etapy śledztwa lwowskiego Kojaka, bezbłędnie grają swoją rolę wyszperane z annałów realia. Maj 1939, aura nadchodzącej wielkiej wojny, czasem nastrój perwersyjnej dekadencji, motyw żydowski, cygański. Nieźle, naprawdę całkiem nieźle. A w audiobooku Robert Więckiewicz.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Nad lwowskim Starym Rynkiem wstawał świt. Różowy blask wdzierał się pomiędzy nędzne budy, w których baby zaczęły ustawiać swe kociołki z barszczem i pierogami, osiadał na bańkach z mlekiem, które żydowski handlarz targał na dwukołowym wózku z mleczarni Estery Fisch, i załamywał się na daszkach kaszkietów baciarów, którzy stali w bramach i nie mogli się zdecydować, czy pójść spać czy czekać na otwarcie pobliskiego szynku na rogu, gdzie mogliby zaspokoić bombą piwa palące poalkoholowe pragnienie".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ktoś powie: powtórka z rozrywki, ktoś zawoła: patent!&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;.................................................&lt;br /&gt;Marek Krajewski ERYNIE, Znak, 2010&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-3855221852808880554?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/3855221852808880554'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/3855221852808880554'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/05/marek-krajewski-erynie.html' title='Marek Krajewski ERYNIE'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-6996374805806614283</id><published>2010-05-18T02:05:00.000-07:00</published><updated>2010-05-18T02:07:04.164-07:00</updated><title type='text'>MATKA CZARNOSKRZYDŁYCH SNÓW</title><content type='html'>Epitetowy tytuł dla współczesnych pretensjonalny, złożony, bo wzięty z Eurypidesa, a temat na operę zadziwiający, bo psychiatryczny. Schizofrenia, choroba Klary – bohaterki, do powszechnego wyobrażenia o teatrze muzycznym nie przystaje, jak nie przystaje tytuł do sztuki czasu aktualnego. To mogłoby się sprawdzić w teatrze dramatycznym, gdzie choćby Wyrypajew stworzył swoją „Księgę Rodzaju 2”, a Sarah Kane „Psychozę 4:48”. Ale opera? Okazuje się jednak, że opera świetnie sobie z takim tematem radzi. Co więcej, swojego rodzaju sztuczność, śpiewność zamiast naśladującego rzeczywistość monologu czy dialogu, celnie podkreśla obcość tożsamości w momencie osobowościowego rozszczepienia. Na scenie widzimy od początku jedną kobietę w pięciu postaciach. Jedne śpiewają, jedne mówią, prezentując własną/własne historie zarówno językiem intymnego wyznania, jak i absurdu. Dramatycznym zwrotem będzie pojawienie się kruka, mężczyzny, który zagrozi porządkowi psychicznego chaosu, próbując wprowadzić inny. Stanie się oprawcą, demonem, kochankiem, mężem, lekarzem, a więc wrogiem świata, w jakim Klarze źle, ale bezpieczniej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Łatwo by było wdać się realizatorom w międzypłciowy dyskurs, mając taki materiał do zinterpretowania. Woodraven mordujący kolejne wcielenia niezależnej dziewczyny, przystosowujący ją do potrzeb zewnętrznej, męskiej rzeczywistości – oczywisty to schemat. Ale reżyserka Ewelina Pietrowiak, na szczęście, nie zdecydowała się na podobny, dziś już archaizujący, kierunek, utrzymując wymowę pierwowzoru. Oglądamy i słuchamy opowieści o dezintegracji, przedstawionej bardzo wymownie jako sen-majak pacjentki zmagającej się z odśrodkową siłą swojej psychiki. Inscenizacyjne pomysły bardzo ciekawie współgrają z pełną napięcia, od startu do finału intensywną muzyką wykonywaną perfekcyjnie przez kameralny zespół pod dyrekcją Wojciecha Michniewskiego. Smyki wykorzystywał w niezapomnianych thrillerach Alfred Hitchcock, tu sprawdzają się znowu jako instrument wyrażający emocje bohaterki i element potęgujący niepokój. Działa mocna kulminacja, muzyczne presto i forte napędza gonitwę myśli i obrazów w umyśle Klary, podpowiadanych widzom przez dynamiczne projekcje. Pozorne uspokojenie trzeciej części nie wyda nam się trwałe, zwłaszcza gdy nowocześnie wyglądającą przestrzeń scenograficzną zamknie na koniec tradycyjna teatralna kurtyna, pozostawiając wrażenie rozdwojenia światów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To muzyka jest w tym spektaklu najważniejsza, ona nadaje rytm narracji. Hanna Kulenty miała na „Matkę...” pomysł, dzięki któremu przygotowała pasjonująca partyturę i zawładnęła wykonawcami. Po raz pierwszy chyba stuprocentowo podobał mi się Mariusz Godlewski (Woodraven, Gash), doskonały śpiewak, nie zawsze mnie dotąd przekonujący aktorsko. Tym razem stworzył prawdziwą postać (postaci). Marcie Wyłomańskiej (Klara) należą się brawa nie tylko za idealnie skojarzony z muzyką śpiew, lecz także za samą decyzję, by zaśpiewać tę trudną, wymagającą dla głosu partię. Z aktorek najwyrazistsza była Katarzyna Baraniecka (Scissors B). Tylko polskie tłumaczenie libretta chwilami zawiodło, brzmiąc konwencjonalnie, z niepotrzebnymi inwersjami lub książkowym spójnikiem „niczym” zamiast zwykłego „jak”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ta opera powstała w połowie lat 1990. i od swojej premiery w Niemczech leżała w symbolicznej szufladzie, czekając na łaskę losu. W tzw. międzyczasie kompozytorka  ukończyła kolejne dzieło w tym gatunku, czyli „Hoffmanianę”. 7 lat mija i nie znalazł się nikt, kto by rzecz wystawił. Może więc pomoże ta najnowsza, druga w historii i pierwsza w Polsce, wersja „Matki czarnoskrzydłych snów”, którą właśnie zajęła się Opera Wrocławska. Bo takie wydarzenia zmieniają stereotyp myślenia o nowej muzyce jako o dźwiękach niedostępnych i ostrzą apetyt na doświadczenia kolejne.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;........................................&lt;br /&gt;Hanna Kulenty MATKA CZARNOSKRZYDŁYCH SNÓW, libretto Paul Goodman, reż. E. Pietrowiak, kier. muz. W. Michniewski. Premiera w Operze Wrocławskiej 15 maja 2010&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-6996374805806614283?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/6996374805806614283'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/6996374805806614283'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/05/matka-czarnoskrzydych-snow.html' title='MATKA CZARNOSKRZYDŁYCH SNÓW'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-8115698918877693968</id><published>2010-05-11T01:19:00.000-07:00</published><updated>2010-06-30T16:35:47.031-07:00</updated><title type='text'>SILESIUS 2010</title><content type='html'>Poznaliśmy już wszystkich zwycięzców Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius. 2 tygodnie temu podczas festiwalu Port Literacki ogłoszono nazwisko laureata nagrody za całokształt (Piotra Sommera), w sobotę okazało się czyje wiersze jurorzy obdarzyli mianem Książki Roku i Debiutu Roku. Zwycięzcy otrzymali statuetki i czeki na łączną kwotę 170 tysięcy złotych. Silesiusy przyznano po raz trzeci. Poprzednio zdobywali je: Tadeusz Różewicz i Stanisław Barańczak (całokształt), tomiki Andrzeja Sosnowskiego i Krystyny Miłobędzkiej (Książka Roku), Julii Szychowiak i Dariusza Basińskiego (Debiut). W konkursie udział biorą premiery literackie z roku poprzedniego, zgłoszone przez wydawców oraz członków jury. W tegorocznym uczestniczyło 120 pozycji, z czego 20 stanowiły debiuty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To nie jest jeszcze nagroda bardzo istotna, dlatego, że ma zaledwie 3 lata i dlatego, że dotyczy poezji, czyli czegoś absolutnie niszowego, elitarnego, grupkowego w dzisiejszej rzeczywistości. Polacy wierszy nie czytają, chętniej je piszą. Samo wrocławskie Biuro Literackie co chwilę wydaje nowy tom czyjejś twórczości poetyckiej, przekład albo antologię, no i dba o nowe postaci, publikując arkusze. Podczas ostatniego spotkania z Piotrem Sommerem w księgarni Port Literacki popatrzyłem na jedną z półek, gdzie umieszczono książki tych najnowszych poetów i poetek. Na okładkach ich fotograficzne portrety. Wszyscy w okularach. Co by mogło znaczyć, iż nie da się pisać wierszy do zauważenia przez poważnego wydawcę bez wcześniejszego oczytania w tym, co było.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kim są dzisiejsi idole młodszych twórców? To ciągle jeszcze Marcin Świetlicki, chociaż jego blask słabnie, zapewne z powodu medialnych romansów autora nominowanych w tym roku do Silesiusa "Niskich pobudek" oraz przejścia na ciemną stronę, czyli w przestrzeń pisanych najzwyklejszą prozą kryminałów. Mocniejszy we wpływach jest więc Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, może właśnie dlatego, że mediów unika, a powieści nie pisze i woli lirykę od publicystyki. Na pewno nie cieszą się u młodych szczególnym uznaniem Piotr Matywiecki czy Jan Polkowski, ale Piotra Sommera darzą szacunkiem (i Andrzeja Sosnowskiego). A to znacząco wskazuje na kierunek, w jakim podążać będzie nasza poezja w przyszłości. Grzebanie w języku, trochę w sobie, bez zobowiązujących podroży metafizycznych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zwycięstwo Sommera nie było zawodem ani rozczarowaniem, bo to rzeczywiście artysta zasłużony, a jego teksty bywają fascynujące. Polska szkoła nowojorska - tak się czasem twórczość Sommera określa i kto wie, czy nie najtrafniej. Niegdysiejsze dokonane przez laureata przekłady wierszy amerykańskiego poety Franka O'Hary i innych reprezentantów personalistycznej poezji potocznej musiały oddziałać także na samego ich tłumacza. Sommer wyznaje: "Ulubione kawałki / to te, w których ktoś opowiada / jakieś naprawdę drobne zdarzenie / z przeszłości, ale tak, że ta zupełnie / zwykła rzecz, ognisko nad jeziorem, sen / z kimś bardzo bliskim, wspomnienie domu / albo wspólne palenie papierosa na balkonie / w nieznanym mieście ni stąd ni zowąd / rośnie w piersiach do czegoś najważniejszego / na świecie". I ta otwartość poezji (jak deklarował O'Hara) na drobiazg prywatny i codzienny ubrana w normalne słowa, nie językowe monumenty, wydaje się najpopularniejsza w polskiej liryce ostatnich lat kilkunastu, parudziesięciu. Także dzięki Sommerowi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"A to jest zwyczajna historia o człowieku, który budzi się codziennie w innym łóżku" (to Świetlicki), "chciałbym być tobą teraz, chciałbym w twojej skórze przejść przez skrzyżowanie na czerwonym świetle" (Bartosz Konstrat), "zaczyna się od wyjścia na balkon. mówię sobie: na końcu tego pokoju jest balkon. można spróbować wyjść, przewietrzyć się. może coś więcej" (Jakobe Mansztajn), "Kawałek kradzionej przestrzeni, pod którą rozrzucam sny i zużyte chusteczki. Jakoś od razu się odbarwiają na szaro, jakby na styku podłogi zaczynał się rozkład, którym na dobre przesiąkło powietrze" (Joanna Lech). Trochę inaczej (jednak!) brzmią starsi: "jaskinie wyjmuje się z ziemi / i otwiera w muzeach / podziemna wycinanka / wydobyta na powierzchnię / zwiedzana / zabawka Hadesu" (Piotr Matywiecki), „Umarł diabelski wiek. Nie będzie zadośćuczynienia. Pokolenia / przesypują się przez dłonie kapłanów / nicości, przez nasiąkniętą śmiercią / klawiaturę Bacha" (Jan Polkowski).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tak, i tak, jakby mógł ująć to Sommer. Gdyby w kategorii Książka Roku wygrał na przykład Mariusz Grzebalski czy Marcin Sendecki nie byłoby kontrowersji, tak jak nie ma w przypadku zwycięstwa Matywieckiego. Gdyby za całokształt uhonorowano Szymborską, pokiwalibyśmy z uznaniem. Zwyciężył Sommer - w porządku. Bo to jest największa wartość Silesiusów: spotkanie poetyckich światów i pokoleń, wskazanie, że są różne sposoby, wizje, potrzeby, nawet języki na wyrażenie nie tego samego. Nie ostateczny werdykt był więc dla mnie najistotniejszy, lecz obecność tej różnorodności. Obecność nie do końca realnie zrealizowana, bo nominowani w tym roku symboliczni antagoniści, Jan Polkowski i Marcin Świetlicki, nie dojechali na wręczenie nagród. Czyżby ich książki mogły się spotkać w finale, a oni, ludzie, nie? Jeszcze nie?&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI               &lt;br /&gt;         &lt;br /&gt;Wszyscy nominowani w tym roku:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Książka roku:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1. Mariusz Grzebalski, Niepiosenki – Biuro Literackie&lt;br /&gt;2. Bartosz Konstrat, Samochody i krew – Korporacja Ha!art&lt;br /&gt;3. Piotr Matywiecki, Powietrze i czerń – Wydawnictwo Literackie&lt;br /&gt;4. Feliks Netz, Trzy dni nieśmiertelności – Instytut Mikołowski&lt;br /&gt;5. Jan Polkowski, Cantus – Wydawnictwo a5&lt;br /&gt;6. Marcin Sendecki, 22 – Wojewódzka Biblioteka Publiczna, Centrum Animacji w  Poznaniu&lt;br /&gt;7. Marcin Świetlicki, Niskie pobudki – Wydawnictwo EMG&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Debiut roku:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1. Joanna Lech, Zapaść – Oddział Łódzki Stowarzyszenia Pisarzy Polskich&lt;br /&gt;2. Dawid Majer, Księga grawitacji – MAMIKO&lt;br /&gt;3. Jakobe Mansztajn, Wiedeński high life – Stowarzyszenie Artystyczno-Kulturalne „Portret”&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-8115698918877693968?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/8115698918877693968'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/8115698918877693968'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/05/silesius-2010.html' title='SILESIUS 2010'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-7231994469120855741</id><published>2010-05-06T12:44:00.001-07:00</published><updated>2010-05-10T06:28:35.966-07:00</updated><title type='text'>POLSKIE SERIALE</title><content type='html'>Wpadła mi ostatnio w ręce płyta ze ścieżką dźwiękową do serialu telewizji TVN pt. "Majka". Otwiera ją czołówkowy temat pod polskim tytułem "Nie pytaj mnie", będący przeróbką hiszpańskiego przeboju z lat 1970. "Porque te vas". Śpiewała go Jeanette, gwiazdka jednej piosenki, która zdobyła sławę dzięki Carlosowi Saurze i jego filmowi "Nakarmić kruki". Film jest dziś legendą jako metaforyczna opowieść o reżimowej Hiszpanii, a piosenka widzom pamiętającym filmowe sceny kojarzy się ze wszystkim tylko nie z telenowelą. Wprawdzie znamy dyskotekowy remiks "Porque te vas", ale to co innego niż włożenie tego motywu w serialową szafę. Zwłaszcza że słowa są w całości zmienione, w wersji polskiej tekst opowiada zupełnie inną historię, nie przystając do muzyki. No ale trzeba znać kontekst, a ten ma przecież swoją żywotność.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dlatego na plakatach promujących nowy film Woody'ego Allena widnieje dopowiedzenie: Woody Allen, reżyser "Vicky Christina Barcelona". Kiedyś rzecz niesłychana i nie do wyobrażenia. Woody Allen to Woody Allen, reżyser kilkudziesięciu dzieł, od "Manhattanu" po "Jej wysokość Afrodytę" i dalej. Zresztą Ridleya Scotta też specjaliści od reklamy zdecydowali się na bilbordach "Robin Hooda" przedstawić ogłupiałym przechodniom jako twórcę "Gladiatora". Co tam np. "Obcy 8 pasażer Nostromo" czy "Łowca androidów". Nic to jednak przy telewizyjnych metodach wprawiania widzów w osłupienie, że tak można. Serial "Majka" jest polską pożyczką od Wenezuelczyków, ale muzykę dobierają Polacy. Kompozycje oryginalne napisał Jacek Perkowski (kiedyś T Love), a szumną koncepcję muzyczną, jak oznajmia strona filmpolski.pl, opracował Piotr Metz. Rutynowe słowa o niczym sklecił Ryszard Kunce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Inny rodzaj muzycznego zapożyczenia prezentuje czołówka do innego polskiego serialu, tym razem autorskiego, jak dumnie deklarują twórcy, Polsatowskiego "Hotelu 52". Tu ktoś się sprytnie zainspirował tematem otwarcia amerykańskiego "Seksu w wielkim mieście", oryginalność serialu poddając w mocną wątpliwość. Polacy uwielbiają pożyczać, imitować od wieków, ale bardzo przesadzamy. "Usta, usta", "Klub szalonych dziewic", "Ojciec Mateusz", "Siostry", "Pierwsza miłość", wcześniej "Niania", "Hela w opałach"... Proszę dodać resztę. Przepis na telewizyjne hity zdaje się prosty i brzmi po prostu: FORMAT, no ale można by chyba mniej bezczelnie i w rozsądniejszych ilościach. Wiem, wszędzie na świecie korzystają z cudzego, nawet Amerykanie mieli swoją "Brzydulę", tyle że jakąś inną od latynoskiej, polskiej, niemieckiej, jakąś własną. My idziemy w odmiennym kierunku i nie w tym jedynie słusznym.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-7231994469120855741?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/7231994469120855741'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/7231994469120855741'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/05/polskie-seriale.html' title='POLSKIE SERIALE'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-5369646772387807665</id><published>2010-05-04T12:29:00.001-07:00</published><updated>2010-05-05T12:26:01.343-07:00</updated><title type='text'>Nick Rennison SHERLOCK HOLMES</title><content type='html'>Na Nicka Rennisona jako autora trafiłem jakiś czas temu, sięgając po niewydaną w Polsce książkę pt. "Rywale Sherlocka Holmesa". To była antologia opowiadań prezentujących przygody mniej słynnych literackich detektywów Anglii końca wieku XIX i początku XX. Bardzo interesująca poznawczo i rozrywkowo rzecz, której kompilator nie napisał jeszcze własnej opowieści kryminalnej (od paru lat podobno nad nią pracuje), wydał za to parę pozycji przewodnikowych typu "100 obowiązkowych kryminałów do przeczytania". Rennison nie ukrywa, że największym szacunkiem i podziwem darzy Holmesa. Stąd też niniejsza nieautoryzowana biografia ekscentrycznego mieszkańca Baker Street 221B.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wydawałoby się, iż podobna praca ma sens niewielki, bo w końcu co tu o nieistniejącym bohaterze można jeszcze powiedzieć nowego? Poza ewentualnym wymyślaniem kolejnych odcinków literatury zaprogramowanej na bawienie czytelników, którzy dojeżdżali do pracy gdzieś w centrum ówczesnego Londynu albo może raczej Edynburga (tu urodził się sir Artur Ignatius Conan Doyle). Od czego jednak pióro utalentowanego fana. Rennison obrał historie autorstwa szkockiego pisarza za punkt wyjścia do własnych rozważań i wyobrażeń. Czyli lepi wątki biografii Sherlocka Holmesa wyjęte z różnych nowel i powieści, uzupełniając o brakujące fakty. I trafia w dziesiątkę, tworząc rzecz przeznaczoną nie tylko dla działaczy licznych (w tym uralskiego) towarzystw miłośników detektywa, który doczekał się hitowych filmów o sobie, a nawet musicalu, wystawionego w 1989 roku bez szczególnego powodzenia. W rolę Holmesa wcielali się na małym i dużym ekranie m.in. John Gielgud, Charlton Heston, John Cleese czy Roger Moore (w czasach swojego romansu z Jamesem Bondem) oraz ikoniczny w kulturze brytyjskiej Basil Rathbone. Tutaj Sherlock sam staje się przedmiotem śledztwa i, tak jak to bywało w literaturze o nim, pociąga za sobą również oddanego przyjaciela Watsona.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na początku poznajemy zatem wioskę Hutton le Moors z pubem pod nazwą the Green Man, co polska tłumaczka przełożyła finezyjnie, choć niewiernie jako Pod Umajonym Chłopcem. W tej właśnie mieścinie przyszedł na świat późniejszy postrach przestępców jako drugie dziecko państwa Holmes, dziecko trudne, być może autystyczne. Wolał studiować nauki przyrodnicze w Cambridge zamiast prawa w Oksfordzie, jak chciał ojciec i na co wybrał się starszy brat. Starszy brat, Mycroft, podsyłał zresztą początkującemu w zawodzie Sherlockowi sprawy do rozwiązania, lecz kariera detektywa jakoś nie chciała się szybko rozwijać. Nabrała tempa po spotkaniu z doktorem Watsonem, medykiem po Uniwersytecie Londyńskim, w młodości zdolnym graczem rugby, no i narratorem holmesowskich historii. Dalej śledzimy kulisy najciekawszych zagadek, co rusz wykraczając poza ramy czystej biografii w kierunku czasoprzestrzennego kontekstu. Irlandzcy republikanie, próby zamachu na życie królowej, powstanie MI6, postać Kuby Rozpruwacza, Lewis Carroll, Zygmunt Freud czy Oscar Wilde uwiarygodniają opowieść Rennisona, nie tylko przyjemną w czytaniu, lecz także sprawiającą wrażenie niezwykle rzeczowej. Czasami nie wiadomo, co jest prawdą, co fikcją, czasami Holmes rzeczywiście ożywa jako człowiek z najprawdziwszej kroniki, i kryminalnej, i romantycznej, bo wspomina się tu o uczuciu do pięknej amerykańskiej awanturnicy Ireny Adler.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"Sherlock Holmes. Biografia nieautoryzowana" to książka z pogranicza rozrywki i dokumentu, urzekająca jak wrzosowiska Yorkshire, miejscami zabawna jak czterdzieściodzięwięciosekundowy film o Holmesie z 1900 roku (można obejrzeć na youtube, nazywa się "Sherlock Holmes Baffled") i intrygująca jak każde z 56 opowiadań  Conan Doyle'a (plus cztery powieści). A to, że Rennison często używa słów "prawdopodobnie, możliwe, być może" zupełnie nie przeszkadza. Czyż nie na tym polega jeden z etapów legendarnej holmesowskiej dedukcji?&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;.................................................&lt;br /&gt;Nick Rennison SHERLOCK HOLMES. Biografia nieautoryzowana. W.A.B., 2010&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-5369646772387807665?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/5369646772387807665'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/5369646772387807665'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/05/nick-rennison-sherlock-holmes.html' title='Nick Rennison SHERLOCK HOLMES'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-8976673807897746992</id><published>2010-04-26T12:42:00.000-07:00</published><updated>2010-04-26T12:47:40.662-07:00</updated><title type='text'>Adam Zamoyski PADEREWSKI</title><content type='html'>W Roku Chopinowskim łatwo zapomnieć o innym bohaterze i polskiej muzyki, i polskiej historii. Ukazała się właśnie najnowsza edycja biografii może najsłynniejszego naszego pianisty, oklaskiwanego na całym świecie, podziwianego przez publiczność i artystów co najmniej kilku pokoleń. Autor książki przejrzał, uaktualnił i poprawił poprzednie wydanie, które wprowadziło do świadomości odbiorców postać barwną, niejednoznaczną, żywą, nie zaledwie pomnikową, jak przez dekady postrzegano kompozytora, wirtuoza, premiera, ministra niepodległościowego rządu. On sam zadbał o taki właśnie wizerunek, czego żaden wnikliwy badacz nie może zaakceptować.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zamoyski wybrał się więc w podróż niemal detektywistyczną, doprowadzając do otwarcia archiwów amerykańskich, brytyjskich, polskich, szukając pomocy wszędzie, gdzie się dało, by odpowiedzieć na pytanie, czy pod fasadą oficjalnej biografii kryje się fascynujący człowiek. Paderewski unikał na przykład tematów prywatnych, tworząc przede wszystkim obraz prekursora epoki gwiazd, zgadzając się na rozdźwięk między posągiem a niepozbawioną dramatu rzeczywistością. Śmierć syna, żony, nie zawsze gładkie romanse, dobijanie się do sławy, którą wywróżyła mu Modrzejewska, zaangażowanie się w politykę, wbrew temperamentowi artysty i własnej naturze, musiało odbijać piętna na osobowości pochodzącego z Podola muzyka. Pianisty koncertującego na początku XX wieku w tak egzotycznych miejscach, jak Tasmania, Australia, południowa Afryka, podbijającego wielką Amerykę i królewskie dwory. Osobny problem miał Paderewski z ambicjami kompozytorskimi, bo co rusz musiał odkładać pisanie, żeby zarobić na ogromne wydatki. "Jego majątkiem było dziesięć palców" - pisze Zamoyski. Stąd pewnie tak trudno sklasyfikować kompozytorski styl Paderewskiego, którego Bernard Shaw krytykował za wtórność i niedojrzałość", choć jednocześnie wywyższał ponad twórców drugorzędnych. Kto wie, jakim kompozytorem przyszły premier by został, gdyby mógł skoncentrować aktywność na polu artystycznym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale chyba nie do tego był przeznaczony, skoro rzucał się w życie maksymalnie, korzystał z przyjemności i przywilejów, "podróżował jak nabab", fundował pomnik w rocznicę bitwy pod Grunwaldem. Zwycięstwo nad Krzyżakami uważał za dumny triumf ojczyzny, nieodznaczanej przez cały wiek XIX na mapach Europy. Bolało go uwikłanie w kampanię antysemicką, z której z trudem się wyplątał i za którą winił Romana Dmowskiego. Gdy wybuchła I wojna światowa, wiedział, że na pewien czas przyjdzie mu skończyć z życiem artystycznym, co Zamoyski uważa za przykrą i nużącą konieczność dla kolorowego artystycznego ptaka. Mężowie stanu uznawali jego klasę, przyznawali logikę i rozsądek poglądów, inwencję i instynkt, ale w konfrontacji z politycznymi lwami pokroju prezydenta Stanów Zjednoczonych Wilsona czy brytyjskiego premiera Lloyda George'a stał jednak na z góry straconej pozycji. Zwłaszcza że Polska nie mogła dorównać mocarstwom, znacząc tuż po odzyskaniu niepodległości niewiele. Po podpisaniu traktatu wersalskiego przypadło mu w udziale zadanie przekonania Sejmu do ratyfikacji trudnej umowy pozostawiającej znak zapytania co do losów Gdańska, Cieszyna, Górnego Śląska. Osiągnął wielkie cele początków nowej państwowości, lecz nie był przywódcą na kolejne lata. Wprawdzie rezygnacja wyszła od niego, ale klimat wokół Paderewskiego-premiera gęstniał w Polsce wyraźnie. Na niewdzięczność, jaką odczuwał, odpowiedział odejściem. Pisze Zamoyski: "Kiedy nowy rząd Leopolda Skulskiego przysłał dwu delegatów z pytaniem, czy przyjmie stanowisko ministra spraw zagranicznych, wyjaśnił z oburzeniem, że nie zrobi już nic dla kraju, który potraktował go tak podle".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po rozstaniu z polityką wrócił do życia wygodnego i muzyki, choć już nie tak jednoznacznie triumfalnie, jak przyjmowano go kiedyś. Grywał wspaniale, żarliwie, energicznie, lecz także słabo, fałszywie, staroświecko. Właściwie już nie komponował. Był jeszcze pomysł, by wystawić go w wyborach prezydenckich, na co nie zgodził się Witos. Paderewski zmarł w 1941 roku w Nowym Jorku. W 1992 roku sprowadzono do Polski trumnę z prochami, składając w podziemiach archikatedry św. Jana w Warszawie. Jego biograf, Adam Zamoyski, podsumowuje, że pragnienie czynienia dobra w świecie pełnym krzywdy sytuuje Paderewskiego wśród błędnych rycerzy historii. I chyba właściwe to określenie, tak jak właściwa (bo wartka i wciągająca) jest stylistyka tej książki. Niepozbawiona subiektywnego podejścia, narracyjna i cytująca, z sukcesem oddaje ludzką wielkość swego bohatera. Mało pisze się tu o muzyce, zajmując głównie życiem i anegdotami, ale taka decyzja odzwierciedla przecież recepcję twórczości kompozytora i wirtuoza, któremu raczej nie muzyka przyniosła nieśmiertelność, lecz polityka. Co tylko podkreśla wyjątkowość urodzonego 150 lat temu człowieka, jednak człowieka.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;.................................................&lt;br /&gt;Adam Zamoyski PADEREWSKI, przeł. A. Kreczmar. Państwowy Instytut Wydawniczy, 2010&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-8976673807897746992?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/8976673807897746992'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/8976673807897746992'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/04/adam-zamoyski-paderewski.html' title='Adam Zamoyski PADEREWSKI'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-1563294605062466572</id><published>2010-04-25T10:51:00.000-07:00</published><updated>2010-04-27T23:50:07.035-07:00</updated><title type='text'>BORYS GODUNOW (Opera Wrocławska)</title><content type='html'>Niektórych może, zwłaszcza na początku, rozczarować inscenizacyjna statyczność. Mając w pamięci pełne akcji i inwencji "Opowieści Hoffmana" tego samego Waldemara Zawodzińskiego, można było oczekiwać czegoś więcej, nawet mimo odmiennego charakteru muzyki. Trzy pierwsze sceny wyraźnie się dłużą, dopasowany do majestatycznej muzyki sceniczny ruch trudno uważać za szczególnie atrakcyjny. Na szczęście od startu słychać fantastyczną wręcz formę wokalną artystów, którym kierunek wskazuje wybitna partytura. Szybko rozkręca się chór, Janusz Monarcha w tytułowej roli budzi podziw, podobne wrażenie robi śpiew Rafała Siwka czyli Pimena, starego mnicha spisującego w czudowskim klasztorze dzieje Rosji, oraz czysty baryton Łukasza Rosiaka (Szczełkałow). Zwracają uwagę kostiumy Małgorzaty Słoniowskiej. Do czego mam zastrzeżenia, to reżyserskie podkreślanie ciężkości tej części dzieła, zaprogramowanej głównie na niskie męskie głosy i chór. Może warto by jednak wprowadzić odrobinę więcej ruchu w obrazie. Choć, z drugiej strony, jest okazja, by w muzykę rosyjskiego kompozytora (i głosy wokalistów) bezwzględnie się zanurzyć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z zafascynowania nutami wyrywa nas rodzajowa scena w gospodzie, rozegrana klasycznie, także choreograficznie rozpisana na drobne sola wokalistów. Bryluje Bartosz Urbanowicz jako zawadiacki gawędziarz Warłaam i wyrazista karczmarka (Dorota Dutkowska), powoli buduje się postać Dymitra, który zagrozi władzy cara-zabójcy rzeczywistego następcy tronu. Leonid Zakhozaev potrafi wydobyć różnorodne uczucia targające zuchwałym Grigorijem, jeszcze nie do końca przekonanym do przyszłego losu. No i pięknie śpiewa, co sprawia, iż całkiem zapominamy o odpowiedniości wieku aktora do wieku postaci. Ciekawa w scenografii jest rodzinna scena na Kremlu. Wprawdzie baletowe szachy i wielki glob-balon widzieliśmy już tu i tam, w teatrze czy w filmie, ale ta akurat powtórka uchodzi realizatorom na sucho, bo ułożona w spójną całość sekwencja duetów trafnie buduje moment ujawnienia Godunowej traumy. Wszystkie wizualne akcenty działają, łącznie z symbolicznym trzecim planem, też niewyszukanym ideowo (figura zamordowanego czy biały koń-marzenie), lecz naturalnie wpisującym się w rytm opowieści.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Absolutnie porywa akt polski. W surowej oprawie sandomierskiego zamku wojewody Maryna Mniszchówna z królowej śniegu staje się lady Makbet. Ta trwająca 35 minut odsłona opiera się na temperamencie i talencie Anny Bernackiej, wprost stworzonej do takiej roli. Wrocławska śpiewaczka znów pokazuje aktorski pazur, nie gubiąc żadnego dźwięku. Arii Maryny chciałoby się posłuchać na bis! Jej duety z Rangonim (Mariusz Godlewski) i Dymitrem utrzymują dynamikę emocji aż do kulminacyjnej ostatecznej przemiany Grigorija w Samozwańca. Naprawdę, co za chwile!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po takich emocjach ożywiony widz patrzy już na wszystko bez dystansu, wciągnięty w wir ludzkich namiętności, z których ta dotycząca władzy wydaje się najpotężniejsza. Z recenzenckiego obowiązku trzeba odnotować kilka możliwych do poprawienia elementów: obłąkany Nikołka mógłby być bardziej szalony (Zygmunt Magiera w premierowym spektaklu), a kniaź Szujski (Łukasz Gaj) jednak wizualnie starszy, więc bardziej przekonujący jako przebiegły, kremlowski gracz, wspólnik morderstwa sprzed lat. Nie jestem pewien, czy Fiodor, sukcesor wielkiego Borysa, powinien śpiewać kontratenorem tylko dlatego, że to młodzieniec. Tradycja nie zawsze zobowiązuje do wierności. Sebastian Kaniuk radzi sobie nieźle, zastanawiam się jednak, jak zabrzmi w tej partii Aleksander Zuchowicz w następnych przedstawieniach. Za to zapada w pamięć ogromna ikona Chrystusa, detal z dziecięcym tupotem w scenie zbiorowej i wzrusza finałowa śmierć Borysa, zaplanowana skromnie jako bardzo ludzkie pożegnanie ojca z synem, wyznanie władcy świadomego swego podstawowego błędu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wrocławski "Borys Godunow" to opera w starym, dobrym stylu, wydobywająca siłę, jaka tkwi w muzyczności wspaniałego dzieła Musorgskiego-Korsakowa. I prawdziwie imponujące osiągnięcie doskonałego zespołu śpiewaków oraz perfekcyjnej orkiestry pod niezrównaną batutą Ewy Michnik.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;...................&lt;br /&gt;Modest Musorgski BORYS GODUNOW, reż. W. Zawodziński, kier. muz. E. Michnik. Premiera w Operze Wrocławskiej 24 kwietnia 2010&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-1563294605062466572?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/1563294605062466572'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/1563294605062466572'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/04/borys-godunow-opera-wrocawska.html' title='BORYS GODUNOW (Opera Wrocławska)'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-4438388229158257849</id><published>2010-04-16T13:02:00.001-07:00</published><updated>2010-06-28T01:20:51.967-07:00</updated><title type='text'>Kwiecień 2010</title><content type='html'>Nie będę opowiadał o swoich doświadczeniach granicznych, choć były, jak pewnie u każdego z nas. Ale znaczą i znaczyły także w rozmyślaniach na temat tragedii smoleńskiej. Nie od razu mi się udało to wszystko poukładać. Jeśli się komuś udało, w ogóle. Dziś jakoś się to skleiło. Również to, że ktoś chciał pogrzebu prezydenta Kaczyńskiego na Wawelu, i to, że ktoś protestował. I wiem, że obie strony miały rację. Nie: swoje własne racje, tylko rację w kontekście historii. Nie. Nie, że wiem. Wierzę, nie, mam takie przeświadczenie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bo trzeba było reakcji odwrotnych, może racjonalnych, by stworzyć na Wawelu osobną kryptę katyńską. I uczcić w niej symbolicznie wszystkie ofiary Katynia, tego sprzed 70 lat oraz tego teraz. A nie są to znaczenia tożsame, choć łączy je symbolika miejsca.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale też trzeba było decyzji karkołomnej, o pochówku prezydenckiej pary na Wawelu, by w ogóle tę symbolikę móc uhonorować.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dlatego zasłyszana fraza o tym, iż Bóg tak chciał, wydaje się jedyna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To było/jest historyczne wydarzenie, bez precedensu. Tragiczne i znaczące. Do modlitwy i manifestacji, co ma w Polsce miejsce. Mieli przyjechać do Polski przywódcy najważniejszych krajów zachodniej cywilizacji (do której zaliczam też Rosję), do Krakowa przybędą Polacy zewsząd. Nie mieliśmy nawet paru takich ceremonii w polskiej historii. Historii, która jednak ciągle się tworzy i ma u siebie miejsce na nowe podręcznikowo istotne daty. To po pierwsze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po drugie: ten pył z islandzkiego wulkanu, popiół żywiołu. W kontekście i połączeniu z popiołami spod Smoleńska. Jeśli szukamy znaków Stamtąd, czy może być znak wyrazistszy?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wszystko to piszę i czuję z pozycji jednak ostrożnej, szukającej oparcia w racjonalnych, logicznych formułach wyjaśniania spraw wszelakich. Lecz jest to również pozycja serca, intuicji i doświadczeń, tradycyjnie oddalonych od racjonalności. Pozycja wiary. Może niekoniecznie w to, w co wierzyć każą, ale w to, co przeczuwamy sami, spotykając siebie wobec konkretnej sytuacji. Rozmyślając w pewnym momencie o całości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dlatego Kaczyński, Kaczyńscy i Wawel już mi się zgadzają. Na zasadzie symbolu, ale i poszczególnego życia. Owszem, działa tu rytualny mechanizm wywyższenia śmierci. Śmierci, która jednak była nieposzczególna.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-4438388229158257849?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/4438388229158257849'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/4438388229158257849'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/04/kwiecien-2010.html' title='Kwiecień 2010'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-5232654402535667629</id><published>2010-04-06T11:11:00.001-07:00</published><updated>2010-04-07T06:05:38.686-07:00</updated><title type='text'>Elizabeth Hay PÓŹNĄ NOCĄ NA ANTENIE</title><content type='html'>"Poruszająca opowieść przesycona erotyką i mrocznym humorem". Tak wydawca reklamuje książkę kanadyjskiej autorki. "Późną nocą na antenie" to jednak rzecz obyczajowa, choć pojawia się trup, co wspaniałomyślnie zdradzono na okładkowym strzeszczeniu. Wiemy więc, kto zginie, a naszą irytację spotęguje w trakcie czytania fakt, że postać ginie właściwie w samej końcówce. Zachęcić, nie zdradzając za wiele - tej sztuki nie udało się autorowi polskiego opisu powieści posiąść. Na szczęście sama Elizabeth Hay pisać potrafi, ta książka została nagrodzona ważną w Kanadzie Giller Prize, której laureatami byli m.in. Alice Munro, Margaret Atwood czy Michael Ondaatje. Rekomendacja wystarczająca i potrzebna, bo tylko słysząc, o czym to jest, niekoniecznie mielibyśmy ochotę się za to zabrać. Grupa pracowników lokalnego radia i ich życie wewnętrzno-zewnętrzne? Nie brzmi jakoś specjalnie fascynująco, zwłaszcza gdy się pracuje w radiu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rozgłośnia mieści się "w cichym zaułku odległym o przecznicę od głównej ulicy", w pomieszczeniu byłego sklepu elektrycznego. "Jednopiętrowa klitka w miasteczku, które powstało w latach trzydziestych na złotodajnym brzegu Wielkiego Jeziora Niewolniczego". Osada nazywa się Yellowknife, liczy 10 tysięcy mieszkańców, leży na północy Kanady, a więc tam, gdzie diabeł nie mówi dobranoc, bo nie chce mu się tu nawet zaglądać. Mamy połowę lat 1970., lecz gdyby ktoś myślał, że mamy też do czynienia z redakcją prowincjonalnych niedouków, parających się byle gadaniem do garstki słuchaczy, skazanych na swój los od zawsze, to srogo by się zawiódł na przeczuciach. To nie tak, każdy z głównych bohaterów to człowiek ciekawy, bywa, iż z przeszłością. Jak spikerka Dido Paris, "wysoka, grubokoścista, śniada" Europejka w okularach, córka nauczyciela łaciny w Niderlandach, angielskiego nauczona dzięki taśmom z czytanymi powieściami Noela Cowarda. Jest jeszcze Eleanor Dew, recepcjonistka, której dziadek "raz w tygodniu mył swoje delikatne siwe włosy szamponem Old Dutch Cleanser", a ciotka "musiała wycierać się ręcznikiem po każdej rozmowie telefonicznej, tyle ją to kosztowało" i "zjeździła pół świata, i to sama". Poznajemy zmagającą się z radiowymi wiadomościami Gwen, nową w mieście, potomkinię brytyjskiego emigranta, wielbicielkę radia od momentu, kiedy w pokoju cichego domu w Ontario zainstalowano dla niej odbiornik. Tuż po tym, jak "dostała wysypki od sumaka jadowitego". No i Harry Boyd, czterdziestodwuletni prezenter, należący do "grona pechowych szczęściarzy, którzy wcześnie znajdują swój żywioł i popełniają ten błąd, że go porzucają - radio dla telewizyjnego talk-show". Po klapie programu zwolniony, z upadłym życiem osobistym, zawrócony w miejsce, gdzie 15 lat wcześniej zaczynał karierę przez bardzo małe k.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W charakterystyce postaci Elizabeth Hay osiąga poziom prestiżowej nagrody. Fabularnie dzieje się niewiele, lecz to niewiele to tyle, ile dzieje się w każdym życiu. Będzie zagadkowa śmierć pewnej żony, pełna emocji finalna wyprawa, a rozgłośni CFYK AM zagrozi nadchodząca i tutaj telewizja. Nie ma wątpliwości, iż jesteśmy świadkami skromnej historii osobistych i nieosobistych konieczności. I właśnie ten motyw odchodzącego lub odkładanego do kąta świata, symbolizowanego przez północnokanadyjską mieścinę i małą stację radiową, w zetknięciu z codzienną niezwyczajnością prywatnych ludzi staje się elementem stwarzającym literaturę z, wydawałoby się, normalnej książki o kimś tak nieliterackim, jak zwykły człowiek i czymś tak niepowieściowym, jak radio.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;.................................................&lt;br /&gt;Elizabeth Hay PÓŹNĄ NOCĄ NA ANTENIE, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA, 2010&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-5232654402535667629?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/5232654402535667629'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/5232654402535667629'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/04/elizabeth-hay-pozna-noca-na-antenie.html' title='Elizabeth Hay PÓŹNĄ NOCĄ NA ANTENIE'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-7875090831121670505</id><published>2010-03-20T02:38:00.001-07:00</published><updated>2010-03-23T12:33:48.816-07:00</updated><title type='text'>SEN NOCY LETNIEJ (Teatr Polski we Wrocławiu)</title><content type='html'>- Jak wrażenia?&lt;br /&gt;- Bardzo fajne. Bardzo mi się podobało!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odpowiedział chłopak na pytanie dziewczyny po obejrzeniu najnowszej wrocławskiej inscenizacji "Snu nocy letniej", sztuki oryginalnie pięknej i szalonej, czyli także szalenie trudnej do pięknego wystawienia. Ja chociaż usilnie próbowałem się przełamać, to ani intelektualnie, ani emocjonalnie nie byłem w stanie w tym ateńsko-polskim lesie się odnaleźć (albo zgubić).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przez pierwsze pół godziny oglądamy casting do ról w jakimś filmie. Wiemy tylko, że to musi być coś o męsko-damskich relacjach, może i męsko-męskich, coś rozbieranego, ale raczej ambitnego. "Tekst jest pretekstem", słyszymy głos reżysera, rzucany pomiędzy pytaniami, czy aktorzy mogą się rozebrać. Aktorzy niby deklarują zgodę, ale się wstydzą, nie rozumiejąc, po co, nie chcąc się na wejściu uprzedmiotowić. Są zatem skrupuły, bo casting to jednak jeszcze sytuacja w części prywatna, a rola nieokreślona, niezdobyta. Cieśla jeszcze nie jest Lwem. Przenosimy się potem na plan filmowy, gdzie wreszcie brzmi Szekspirowski wiersz w przekładzie Barańczaka. Przemieszany z językową i obrazową rzeczywistością naszych czasów. Aktorzy grają, ale i przestają być aktorami. Kobieta kreująca Tytanię urządza mężowi-reżyserowi (a więc Oberonowi) scenę, w scenerii tokszołu całują się Ania z Dagmarą, a nie Hermia z Heleną. Sprytny zabieg i całkiem w duchu dramatu Szekspira, będącego ostrzeżeniem przed społeczno-miłosnym shake'iem. Tyle że tutaj odbija się echem po poprzedniej wrocławskiej inscenizacji Moniki Pęcikiewicz. Tam, w "Hamlecie", Anna Ilczuk także wychodziła z roli, a powtórka z rozrywki dotyczy i obsadzenia jak zwykle świetnego Adama Cywki jako mistrza manipulacji Oberona. Więc zamiast wstrząśnięty czułem się wraz z rozwojem akcji zmieszany. Bo w tej samej przestrzeni takie podejście do Szekspira widziałem. Też używano sztucznej krwi, też był moralizatorski trup, choć mniej erotyki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Interpretacja "Snu nocy letniej" dokonana przez Monikę Pęcikiewicz i współpracowników idzie w kierunku seksualnych impulsów rządzących plastikowym człowiekiem XXI wieku. Każdy z każdym, według wszechpanującej metropolitalnej zasady zmienności i wymienności. Sekspira u samego Szekspira oczywiście znajdziemy, na królewskich dworach renesansu rozwiązłość była codziennością, bo tak nas pan Puk stworzył. Ale seksualność to u Stradfordczyka jeden z elementów i jeden z tropów, las to chaos niekoniecznie jedynie płciowy. W miłość wpisał autor i małżeństwo, mówiąc o czymś ważniejszym, pojemniejszym. O wolności. W symbolu magicznego soku  dają się smakować przypadek, kruchość losu, problem życiowego wyboru. Tego dla wrocławskich interpretatorów było najwyraźniej za wiele. Bo chyba nie łudzili się, że wystarczy sobie przypominać o świecie jako teatrze i człowieku jako aktorze w teatrze życia. Ci, tam na Scenie im. Grzegorzewskiego (który "Sen nocy letniej" wystawił tu niemal dokładnie 30 lat temu) nie są do utożsamienia się, lecz tylko do oglądania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Seskpir Moniki Pęcikiewicz wciąga, na chwilę, śmieszy przez trochę, nie szokuje. Z wyjątkiem minuty, gdy bardzo tu atrakcyjna, ubrana w złotą sukienkę i niebieską (między innymi) bieliznę Anna Ilczuk krzyczy do mikroportu dźwiękiem tak wysokim, że na miejscu dyrekcji Teatru Polskiego ubezpieczyłbym się od ewentualności uszkodzenia słuchu u któregoś z bardziej wrażliwych widzów (nie żartuję). Zbyt marnie usprawiedliwiony jest motyw teatru w teatrze, czyli aktorów-amatorów, bo przecież kłębią się w finałowej orgii razem ze wszystkimi, no a poza tym tutaj całość odbywa się w teatrze, czyli filmie. Może chodzi o to, by pod znakiem zapytania postawić rzeczywistość teatru w zestawieniu z filmową? Może. Ale są sceny naprawdę znakomite: gdy Ewa Skibińska (Tytania) uwodzi Adama Szczyszczaja (Podszewkę) oraz w prostocie śmieszna próba "krótko ciągnącej się rzeczy o Piramie i jego Tyzbe", z Michałem Opalińskim w roli aktora grającego kobietę (znów jak u Szekspira). Jack Lemmon z Tonym Curtisem pewnie by klaskali, gdyby mogli ten męski epizod roku zobaczyć. Z właściwej sobie mocnej, odważnej, emocjonalnej strony pokazała się Dagmara Mrowiec (Helena).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W programie do przedstawienia dramaturg Bartosz Frąckowiak wymienia w rozmowie z Piotrem Rudzkim inspiracje: Fellini, von Trier, Houellebecq. Ostatni z artystów w powstaniu spektaklu udział ma duży, pozostali śladowy. A William Szekspir? Jest, bardzo okrojony. I tekstowo, i ideowo. To Sekspir, jednym słowem.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;............................................&lt;br /&gt;SEN NOCY LETNIEJ, wg Szekspira, reż. M. Pęcikiewicz. Premiera w Teatrze Polskim we Wrocławiu, 13 marca 2010&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-7875090831121670505?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/7875090831121670505'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/7875090831121670505'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/03/sen-nocy-letniej-teatr-polski-we.html' title='SEN NOCY LETNIEJ (Teatr Polski we Wrocławiu)'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-5515460242134989678</id><published>2010-03-18T03:49:00.001-07:00</published><updated>2010-04-12T08:45:28.297-07:00</updated><title type='text'>Katarzyna Enerlich PROWINCJA PEŁNA GWIAZD</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_nDvE8u8gN10/S6IId_6JvnI/AAAAAAAAAD0/FEBETSvORNM/s1600-h/prowincja.jpeg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 214px; height: 320px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_nDvE8u8gN10/S6IId_6JvnI/AAAAAAAAAD0/FEBETSvORNM/s320/prowincja.jpeg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5449927810536291954" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Czy naprawdę każda miejscowość musi mieć swoją powieść, a nawet cykl? Po kiepskiej trylogii Kalicińskiej pojawił się kolejny pseudoliteracki u(twór). Więcej w recenzji do posłuchania:&lt;br /&gt;&lt;embed src="http://www.box.net//static/flash/box_explorer.swf?widget_hash=q22ceidpmg&amp;v=1&amp;cl=0" width="300" height="150" wmode="transparent" type="application/x-shockwave-flash"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;br /&gt;........................&lt;br /&gt;Katarzyna Enerlich PROWINCJA PEŁNA GWIAZD, Wydawnictwo MG, 2010&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-5515460242134989678?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/5515460242134989678'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/5515460242134989678'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/03/katarzyna-enerlich-prowincja-pena.html' title='Katarzyna Enerlich PROWINCJA PEŁNA GWIAZD'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_nDvE8u8gN10/S6IId_6JvnI/AAAAAAAAAD0/FEBETSvORNM/s72-c/prowincja.jpeg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-2494342536151112244</id><published>2010-03-14T08:55:00.000-07:00</published><updated>2010-03-15T23:38:15.637-07:00</updated><title type='text'>PUŁAPKA (Wrocławski Teatr Współczesny)</title><content type='html'>Dlaczego to Jezus, a nie Pan Bóg umarł na krzyżu? To kluczowe pytanie zadane na początku sztuki przez Franza odbija się echem przez całość. Syn, nie ojciec, który na to pozwolił, który tego swojego syna na krzyż wysłał. Za nasze grzechy i dla naszego zbawienia, odpowiada służąca Józia. Mały Franz w pierwszej scenie zmienia się fizycznie w dorosłego, kwili na kolanach niani, lecz wewnątrz zostaje z własnym strachem sam, nie całkiem z własnej winy. Do pewnego momentu oskarżać trzeba ojca, potem mężczyzna musi stworzyć siebie ze szczątków świadomości złego i dobrego. Do ojca można napisać list-książkę, przy okazji zdobywając literacki szczyt. I to się temu synowi tutaj udaje, co wcale nie znaczy, że zwycięża. W Różewiczowskiej „Pułapce” nie wygrywa nikt. Ani Maks, przyjaciel na jednostronnych usługach przyjaciela, mąż, czyli ktoś, kto wije gniazdo i go broni, wikłając się we współzależności świata. Za chwilę może będą dzieci, niekoniecznie spełniające ojcowskie oczekiwania. Ani Herman, ojciec rodziny, surowy patriarcha, który twardym zrzędzeniem zatruwa swym bliskim życie. Nie mają szans na zwycięstwo kobiety, bo ich przyszłość, nie tylko w tamtych dwudziestowiecznych czasach, zbyt często, zbyt łatwo, zbyt automatycznie wiąże się z byciem przy mężczyźnie, rolą żony, kochanki, matki, opiekunki. Może właśnie dlatego, że kobiety z dramatu Różewicza tak dobrze wiedzą, jak jest, one wygłaszają najtrzeźwiejsze monologi. To Felicja i Greta zwolnione z kobiecych kolein, porzucone przez wiecznego narzeczonego, mówią prawdę, a Franz, Maks i Herman okazują się aktorami w rolach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Franz Kafka, genialny twórca dwóch powieści o ludzkim spętaniu, posłużył Tadeuszowi Różewiczowi za figurę alegoryzującą. Nie powinno się „Pułapki” odczytywać biograficznie, jak radzi autor, ale od konkretnej biografii nierozsądnie też uciekać. Chwila palenia rękopisów to przecież część legendy sławnego pisarza, a z drugiej strony idealny symbol. Bo czym staje się sztuka w obliczu wojny, holocaustu, przemocy, terroru? Zwykłą kartką? A może jednak także ucieczką albo świadectwem-przestrogą? Niczym i czymś. Tak jak Franz pozostaje nikim i kimś, dla siebie i innych. Cień ojca pokrywający czasoprzestrzeń „Pułapki” (demonstracyjnie w teatrze zamykanej za pomocą zasłon otaczających widownię i pełnej groźnego napięcia muzyki) w ostatniej scenie znika pod naporem światła, bardzo zresztą niejednoznacznego. Światła piekła przygotowanego dla ludzi przez ludzi oraz blasku nadziei na przetrwanie. Franz stoi z książeczką, nie umiejąc sklecić ostatecznego monologu, władzę ciągle dzierży ojciec, zmęczony nią i zaharowany. Zmuszony. Bo nikt go nie zastępuje. Ta ostatnia odsłona wspaniałego spektaklu Gabriela Gietzky’ego opiera się na nadzwyczajnym, osobowościowym aktorstwie Bolesława Abarta i scenograficzno-reżyserskiej wizji godnej epokowej rzeźby. Choć oglądając całość, miałem szeroko otwarte oczy, głęboko odsłonięte uszy, na końcu wbiło mnie w fotel. Wymyślona przez Różewicza i twórczo zobrazowana tu szafa-arka, ratująca ludzkość przed zagładą, to obraz do zapamiętania na życie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Narzekałem przez ostatnie sezony, że nie ma we Wrocławiu przedstawienia osadzonego w teatralnej tradycji rzemiosła i artystycznie spełnionego. Wreszcie jest! Gęsty, ale jasny tekst Różewicza przełożył Gietzky ze współpracownikami na teatr, którego tak nam ostatnio brak. Teatr aktorski, nie nowatorski, na sztukę złożoną, niedającą się odszyfrować jednym kliknięciem intelektu, zamknąć w interpretacyjnym pomyśle. A przy tym sztukę oferującą wyrazistą interpretację. Na pierwszy plan wysuwa się bowiem relacja między człowiekiem prywatnym a człowiekiem historycznym, między tworzeniem a byciem stwarzanym, między ja i my. I każde z tych pojęć ma własną skomplikowaną, subtelną strukturę. Dla każdego istotną biograficznie i społecznie, momentalnie i dziejowo. Niesamowici są wykonawcy. Od brylującego duetu Franz-Maks (Bartosz Woźny, Piotr Łukaszczyk) do mistrzowskich epizodów Elżbiety Golińskiej, Jerzego Senatora, Dariusza Maja, Eweliny Paszke-Lowitzsch. Felicja Anny Kiecy, a zwłaszcza Greta Anny Błaut zasługują na osobny pean za realizm, gorycz i poezję w jednym. Trafiająca w czas i utrzymująca się ponad nim scenografia Dominiki Skazy, dotkliwa, partnerująca muzyka Aleksandry Gryki pomagają Gabrielowi Gietzky’emu wypełnić klasyczny już tekst Różewicza teatrem współcześnie odważnym, bo zanurzonym w najlepszej tradycji, sztuką potężną, bo osobistą, emocjonalną a podsumowującą i metaforyczną. Tak, to jest najciekawszy spektakl sezonu. Może nawet nie tylko bieżącego.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;........................................&lt;br /&gt;Tadeusz Różewicz PUŁAPKA, reż. Gabriel Gietzky. Premiera we Wrocławskim Teatrze Współczesnym, 13 marca 2010&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-2494342536151112244?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/2494342536151112244'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/2494342536151112244'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/03/puapka-wrocawski-teatr-wspoczesny.html' title='PUŁAPKA (Wrocławski Teatr Współczesny)'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-2426365847955686770</id><published>2010-03-10T03:11:00.001-08:00</published><updated>2010-03-15T01:24:55.639-07:00</updated><title type='text'>Alina Obidniak POLA ENERGII</title><content type='html'>To nie jest zwykła książka, ani też książka zwyczajna, bo nie ma w niej ciągłości zdarzeń, niejeden autor zabiera tu głos na tematy często niewyrażalne. A spajająca całość osoba Aliny Obidniak to ktoś, kto, na szczęście, nie poddaje się żadnej normalizacji. Kiedyś postać na Dolnym Śląsku wręcz sławna, reżyserka, wieloletnia szefowa jeleniogórskiego teatru, Kobieta Europy, jednoosobowa instytucja, życiowa multiinstrumentalistka, która sama nazywa siebie skromnie animatorem kultury. W „Polach energii” Alina Obidniak pomieściła własne wspomnienia i impresje z ważnych, nie tylko artystycznych spotkań, eseje o sobie i teatrze, rozmowy, a także, po raz pierwszy w pełnej wersji, listy przysyłane do niej przez Jerzego Grotowskiego. Od tej części, czyli od końca, zacząłem ten tom czytać.&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;I oniemiałem. Bo poważny mistyk, odwiecznie dla publiczności tajemniczy, mglisty i nieprzystępny, okazuje się otwartym, emocjonalnym, przyjacielskim Puchaczem (jak często się podpisywał), pamiętającym i tęskniącym Jurkiem, przepełnionym sentymentami. „Alinko Bardzo Bardzo Kochana”, „Kochana, Ukochana, Najukochańsza Sowo”, pisał Grotowski. Do listów dołączał niby autoportrety, czyli na przykład prezentował siebie jako figurkę małpy. Pytał o sprawy codzienne, zwierzał i przypominał między kwietniem 1956 a lutym 1995 roku. Oboje artyści pochodzą z Podkarpacia (on z Rzeszowa, ona z Krosna nad tym samym Wisłokiem), zostali połączeni również przez sztukę (studia aktorskie w Krakowie, potem reżyserskie w Moskwie). Upokarzani w szkole, powoli dochodzili do artystycznego buntu. Rozumieli się bez słów, jak wspomina pani Alina, były nawet plany, by było z nich małżeństwo. Ale w końcu poszli różnymi drogami, rozmijając się w pośpiechu zajęć i podróży. To rozmijanie, czekanie na spotkania, których może nie być, to najwyrazistszy motyw listów Puchacza Grotowskiego do Sowy Obidniak. Ona własnych nie ujawnia, przyznaje, że nie wie, gdzie są, jeśli są. Może w stercie pamiątek po reżyserze we włoskiej miejscowości Pontedera. Nie wierzę, by Grotowski się ich pozbył. Zbyt zalotnie, miejscami miłośnie, w swoich listach do twierdzy Alinki brzmi. Pani Alina wyznaje zaledwie, iż zetknięcie z Jerzym stało się dla niej „inicjacją w sferę ducha, odkrywaniem tego, co nienazwane – metafizyczne”. I może także dlatego nie przyjęła od przyjaciela oferty, gdy on dyrektorował już opolskiemu Teatrowi 13 Rzędów, a ona nie miała pracy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Najbardziej ujmujący jest w „Polach energii” koniec (z listami od Grota) i początek, gdy Alina Obidniak szkicuje kilka obrazów z życia, bez autobiograficznej pretensji, bez egoistyczno-literackiej pokusy. Namówiona przez redaktora publikacji, swojego bliskiego współpracownika Janusza Deglera, uporządkowała prywatne archiwum i przy okazji, bardzo osobiście wspomina Innych, mówiąc w taki sposób o Sobie. Portrety rodziców i rodzeństwa oraz opisy dwóch granicznych zdarzeń zostawiają wielki niedosyt, budząc prawdziwą nadzieję na więcej, choć w przypadku Aliny Obidniak najpewniej całkiem płonną. Ona woli dać mówić postaciom, jak w teatrze. Ci świetnie się z zadania wywiązują, głosząc pogodne, celne laudacje o jeleniogórskim fenomenie, który dotyczy i „mamy Aliny”, i teatru im. Norwida z tamtych, jej, czasów. Kiedy rodziła się kariera Krystiana Lupy, teatralne festiwale do dziś z miastem mocno złączone. „Byliśmy młodzi i mieliśmy tylko teatr”, mówi w przytoczonej tu międzyartystycznej rozmowie przyjaciół Maria Maj. Wydaje się, że Alina Obidniak miała coś jeszcze. Coś, co po rozstaniu z teatrem zaowocowało działalnością Laboratorium Samorozwoju, adresowanego do rozczarowanych współczesną cywilizacją (jak wyjaśnia w jednym z tekstów Tadeusz Burzyński). Lecz czytając „Pola energii”, nie czuje się żadnego rozczarowania. Pojawia się za to wzmacniający impuls do „doświadczania życia” i „doświadczania siebie”, samowiedzy, którą rzeczywiście w cywilizacji gubimy, lecz zawsze znajduje się ktoś, kto przypomina.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;............................................&lt;br /&gt;Alina Obidniak POLA ENERGII, Instytut im. Jerzego Grotowskiego, 2010&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-2426365847955686770?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/2426365847955686770'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/2426365847955686770'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/03/alina-obidniak-pola-energii.html' title='Alina Obidniak POLA ENERGII'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-599674364304271518</id><published>2010-03-02T13:23:00.000-08:00</published><updated>2010-03-03T13:22:13.781-08:00</updated><title type='text'>Ota Pavel BAJKA O RASZKU</title><content type='html'>Jeśli dla nas magicznym rokiem w historii zimowych igrzysk był przez lata 1972 (Sapporo), dla Czechów, z tego samego powodu skoków narciarskich, liczył się 1968 (Grenoble), kiedy Jirzi Raszka został mistrzem i wicemistrzem olimpijskim. Trzy lata później wygrał konkurs czterech skoczni, ale z Wojciechem Fortuną już nie powalczył (zajął piąte miejsce na skoczni normalnej). Usłyszeliśmy o nim w Polsce ponownie, gdy jego wnuczek Jan Mazoch miał wypadek podczas zawodów Pucharu Świata w Zakopanem. Ta zdolna sportowa rodzina pochodzi z beskidzkich gór, z miasta Frensztat, gdzie z żoną Bedrziszką i czworgiem dzieci „żył kiedyś szewc Oldrzich Raszka”, ojciec Jirziego, którego dzieje opowiada, w bajkowym stylu, Ota Pavel, czeski pisarz, sam zasługujący na przypomnienie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zbiór autobiograficznych opowiadań Pavla, „Śmierć pięknych saren”, ukazał się w Polsce 6 lat temu i urzekł czytelników jako kolejny czeski cud literacki z innego niż nasz świata. Karel Kachyňa nakręcił na podstawie tytułowej noweli film jeszcze w latach 1980., bo Pavel w Czechach (Czechosłowacji) był twórcą znanym i czytanym. Uwielbiał sport, relacjonował igrzyska w Innsbrucku. Do ojczyzny nie wrócił z nich o czasie, bo słysząc głosy niemieckich kibiców, przypomniał mu się świat z okresu II wojny i znalazł się w szpitalu. Widywał diabła, palił domy, myślał, że jest Chrystusem, cierpiał na chorobę psychiczną. Zmarł w 1973 roku. Pisanie działało na jego umysł terapeutycznie, stąd pewnie także ta skromna książeczka o bohaterze prawdziwym, choć nierzeczywistym. W przełomowym dla Pavla Innsbrucku Raszka był zaledwie rezerwowym: „Pomimo że wzięli go za góry i rzeki, powiedzieli mu, że nie jest jeszcze tak dobry jak pozostali i że w Tyrolu mógłby zdobyć dla naszego sportu najwyżej kupę wstydu”, pisze narrator. Jurek wybrał się więc w bajkową drogę powrotną, przez Linz, „gdzie sprzedawano kruche ciasteczka podobne do białych owieczek”, a „ciuchcią kierował maszynista Prochaska z Wiednia i wył syreną, i trąbił trąbką, i pił po drodze coca-colę”. Jurkowi najpierw zrobiło się smutno, lecz gdy „się wyspał, świat znów był różowy”, bo „taką moc posiada czarodziejski sen”. Za cztery lata będą go witać jako bohatera. W tych mistrzowskich zawodach najlepszy Polak, Józef Przybyła, zajął miejsce 27.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czytając „Bajkę o Raszku” (a raczej chyba Raszce w polskiej odmianie), którego autor znał osobiście, przypominałem sobie komiks wydany u nas pewnie jeszcze w latach 1970., tuż po podium polskich piłkarzy w mistrzostwach świata w Niemczech. To oczywiście zupełnie inna ranga kulturalna, ale podobne działanie emocjonalne. Zależy w końcu, na co trafiamy w konkretnej chwili poznania. Jedni mają baśniową historię o skoczku, inni łopatologiczną relację z mundialu. Ale i tu, i tu chodzi o mit, o blask sukcesu, o chwałę, o punkt odniesienia. Pavel na takim etapie nie poprzestaje i z pewnością dałoby się na podstawie jego mikroprozy ułożyć analityczny esej, sławiąc paraboliczną wartość. Pal jednak podobne pomysły licho. W przypadku literatury tak pięknej liczy się odczucie magii, moc pobudzenia ukrytych w nas gdzieś głęboko sił przenoszenia przysłowiowych gór, no i potwierdzenie przekonania o niezwykłej roli „odwagi i pracy” w drodze na szczyt. Oraz przyjemność czytania. Środki artystyczne są tutaj proste jak narty narciarskiego skoczka, symbole wzięte z pierwszych stron myśli, idee w innej konfiguracji banalne (na górze skoczni Jurkowi przychodzi do głowy Napoleon na czele wojsk). Jednakże ubrane w najwdzięczniejszy literacki styl osiągają wystarczającą odległość, by i Ocie Pavlovi zapewnić złoty medal.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;........................................&lt;br /&gt;Ota Pavel BAJKA O RASZKU, przeł. M. Śmigielski, Pan Slawista, 2009&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-599674364304271518?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/599674364304271518'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/599674364304271518'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/03/ota-pavel-bajka-o-raszku.html' title='Ota Pavel BAJKA O RASZKU'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-6721754739433084655</id><published>2010-02-22T01:20:00.000-08:00</published><updated>2010-02-26T13:42:36.886-08:00</updated><title type='text'>BEREK JOSELEWICZ (Teatr Polski we Wrocławiu)</title><content type='html'>„Berek Joselewicz” we wrocławskim Teatrze Polskim to spektakl z podtekstami i kontekstami. Prezentowany jest na Scenie Kameralnej, tam, gdzie mieścił się od roku 1949 Dolnośląski Teatr Żydowski, ale najważniejszą rolę odgrywają nawiązania historyczne. Bo przedstawienie Remigiusza Brzyka i Tomasza Śpiewaka ma być refleksją nad konsekwencjami (a raczej ich brakiem) wydarzeń z narodowych dziejów. Nieistniejący w powszechnej świadomości Polaków mit Berka Joselewicza, autentycznego dowódcy-ochotnika jednego z oddziałów insurekcji kościuszkowskiej zostaje tu rzucony w wir historii samej historii. Pułkownik Joselewicz staje w cieniu, a główne zadania teatralne przejmują inne postaci: nieustannie odnawiający swoją tożsamość, niesprawiedliwie uznany kiedyś za zdrajcę major Adam Poniński (syn niesławnego targowiczanina), groteskowo przedstawiony na szkielecie konia Tadeusz Kościuszko w kobiecej postaci z widocznym biustem czy Ruchla, żydowska kobieta, którą Poniński bierze za żonę, jak Polska wzięła Żydów do pomocy w walce z zaborcami i do wspólnego ojczystego mieszkania. I jak się ich w końcu pozbyła w 1968 roku, kiedy również teatr przy Świdnickiej zmienił właściciela.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przedstawienie stworzone na kanwie niewykonywanych po wojnie tekstów Zenona Parviego i Jakuba Waksmana prowokuje do rozmowy. Od początku trzeba sobie odpowiadać na kolejne pytania o konkretny zabieg sceniczny i rację dramaturgicznego stanu. Andrzej Mrozek (Amster) opowiada w telewizorze anegdotyczne dzieje żydowskiej sceny, wspominając w jednym monologu o kiełbasie wędzonej nad palnikiem i dramatycznej emigracji, a aktorzy wypowiadają swoje kwestie w języku jidysz, nietłumaczonym na polski. Za chwilę, gdy odezwą się po polsku, pojawi się też tłumaczenie na jidysz. Przyjmuję ten pomysł jako próbę odtworzenia sytuacji wzajemnego niezrozumienia kultur, ale i swoistej kary za trudny do usprawiedliwienia i wyjaśnienia los polskich Żydów. Dlatego oni wiedzą, co się mówi, my nie mamy pojęcia lub się tylko domyślamy, łapiąc poszczególne słowa. Sam żołnierski zryw i postać Joselewicza są okpiwane. Bo nic dobrego z nich nie wyszło, bo rzeczywistej wartości udział Żydów w powstaniu kościuszkowskim nie przyniósł, skoro i tak zostali wykluczeni ze społeczności, do której po latach trudnej asymilacji jednak dołączyli. Berek jest zatem nie tyle symbolem heroizmu, co niepotrzebnej ofiary, jak np. młodzież powstania warszawskiego. Ale w widzu budzi się oczywista wątpliwość, czy aby nie za szybko stawia się taką diagnozę, czy przypadkiem w dzisiejszej Polsce nie obserwujemy powrotu do historycznego współistnienia. To we Wrocławiu znajduje się dzielnica dialogu, w Rzeszowie (i kilku innych przestrzeniach) jest plac lub ulica imienia tytułowego bohatera, a argument o żydowskim pochodzeniu dla ludzi chodzących do teatru nie ma pejoratywnego zabarwienia. Poza tym Berek Joselewicz walczył w powstaniu także o siebie, wierząc w nowy ład Rzeczpospolitej połanieckiej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powstało przedstawienie intelektualnie wciągające, przemyślane, chwilami wizyjnie atrakcyjne. To, co zawodzi w spektaklu Brzyka, to harmonia czysto teatralnych środków. Za wiele tutaj przemawiania, przypominającego scenariusz szkolnej akademii. Momenty statyczne trwają za długo, mimo wysiłku świetnych przecież aktorów (jak Halina Rasiakówna, czyli Tadeusz Kościuszko), i zamiast przygotować grunt pod części dynamiczne, ruchowe (doskonali mimowie) nieumiarkowanie spowalniają akcję. Tekst jest zresztą najsłabszym elementem tej skomplikowanej układanki, ponieważ celowo szeleszcząc papierem, za bardzo chce posłużyć założonej tezie o tragicznym śmiechu historii i zbyt publicystycznie relacjonuje dziejowe wydarzenia. Gdyby całe przedstawienie zrobić na przykład w stylu teatru Kantora, efekt byłby ciekawszy, może nawet piorunujący. No ale teatr Brzyka to odmienne środki: telewizor, w którym widać część zdarzeń, mikrofon, do którego postacie mówią rzeczy ważne i słowa, słowa, słowa. Podobny chwyt (i częściowo ten sam zestaw aktorski) wykorzystano w „Juliuszu Cezarze”, poprzedniej wrocławskiej inscenizacji reżysera. Najlepszą rolę kreuje Alicja Kwiatkowska, która dźwiga trudną postać Ruchli, kobiety z życia oraz symbolu z literatury i historii. Pozostałym wykonawcom również niczego nie brakuje, oprócz ogólnego spełnienia w spektaklu jako całości.&lt;br /&gt;GRZEGORZ CHOJNOWSKI&lt;br /&gt;......................&lt;br /&gt;BEREK JOSELEWICZ, reż. R. Brzyk, dramaturgia T. Śpiewak. Teatr Polski we Wrocławiu, 21.02.2010&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-6721754739433084655?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/6721754739433084655'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/6721754739433084655'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/02/berek-joselewicz-teatr-polski-we.html' title='BEREK JOSELEWICZ (Teatr Polski we Wrocławiu)'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-1214279774979121222</id><published>2010-02-17T16:05:00.000-08:00</published><updated>2010-02-26T13:47:40.426-08:00</updated><title type='text'>Marcin Mroziński LEGENDA</title><content type='html'>Nie mówiłbym nic, gdyby piosenka Marcina Mrozińskiego i Marcina Nierubca (kompozytora) wzięła udział w poprzednim konkursie Eurowizji i walczyła, jak równa z równą, z piosenką Aleksandra Rybaka. Polska "Legenda" kontra norwesko-słowiańska "Fairytale", czyli "Baśń". Ale nie, to my musimy być zawsze tylko naśladowcami, to my nie gęsi, lecz małpy i nie swój rozum do wystawiania kandydatek do tego konkursu mamy. Czyż schemat nie jest ten sam? Młody, ładny chłopak śpiewa o miłości, o księżniczce (Rybak o tej, co była, Marcin o tej jeszcze w wyobraźni), w tle podśpiewują solistki z ludowego zespołu, na ludową nutę (jak u Białorusina) grają skrzypce. Większość eurowizyjnych propozycji brzmi podobnie, zależnie od geograficznych uwarunkowań zmienia się tylko tempo i rytm. Tu coś a la walczyk, tam dynamiczny taniec orientalny. Niby nieważny konkurs, niby znana promocyjna hucpa, a jednak denerwuje. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Może i nie było lepszej piosenki w zestawie konkursowym, co z jednej strony świadczy o słabości polskiego rynku, z drugiej, o kompletnej bezradności komisji dopuszczającej te, a nie inne, utwory do finału. Może i Mroziński jest sympatycznym, przystojnym, utalentowanym młodym człowiekiem, lecz właśnie dlatego nie powinien pakować się w sytuacje wstydliwe. Zrzynanie wyświechtanych eurowizyjnych wzorów za taki wstyd uznać trzeba. "Legenda" ma pozornie wszystko, co zwycięski przebój mieć powinien: słodką melodię i wokal, miłosno-tęskny tekst, tradycyjny element i popową aranżancję. Nie ma jednego: czegoś nowego, czegoś, czym wygrywał Rybak, nie mówiąc o niespodziance pod tytułem Lordi. Dlatego wątpię, żeby coś z Mrozińskiego w Oslo było.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wysyłaliśmy dotąd na majowe koncerty Eurowizji i błahe disco spod znaku nieszczęsnego The Jet Set, i dużo ciekawiej napisane oferty spod ręki Wojciecha Waglewskiego czy Seweryna Krajewskiego. I nic. Domyślam się, że tzw. decydenci mogą być sfrustrowani. Doprawdy trudno wyczuć, co się spodoba bardzo podzielonej w sympatiach telewizyjnie zjednoczonej Europie. Polacy generalnie lubiani nie są i nie będą bardziej po zaprezentowaniu stylistycznych imitacji, takich jak pieśń panów Marcinów, z których jeden komponuje dla artystów cudownie się od siebie różniących: od Dody po Michała Bajora. Tak pojęte zawodowstwo zawsze wzbudza rezerwę. Więc ja bym raczej próbował do skutku, ale po swojemu, zachowując resztki klasy i szacunku dla samych siebie. No chyba że w permanentnym kryzysie Telewizji Polskiej chodziło o ustawienie się na z góry straconych pozycjach. Bo na organizację kolejnej imprezy finałowej nas nie stać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I myśląc o tym, zaczynam kibicować Mrozińskiemu. Na złość, na przekór. Choć mimo wiary w bajki (i legendy), ta zdecydowanie nie jest moja.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5785582161303237259-1214279774979121222?l=chojnowski.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/1214279774979121222'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5785582161303237259/posts/default/1214279774979121222'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://chojnowski.blogspot.com/2010/02/marcin-mrozinski-legenda.html' title='Marcin Mroziński LEGENDA'/><author><name>Grzegorz</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08564618934112793838</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5785582161303237259.post-259850885726433274</id><published>2010-02-15T06:26:00.000-08:00</published><updated>2010-02-15T06:32:21.456-08:00</updated><title type='text'>Colette CHERI</title><content type='html'>"Co zaś się tyczy ciała, wiadomo - mawiała Lea, - że ciało dobrej jakości trzyma się długo". Nadal mogła je pokazywać - dorodne, białe, zabarwione różem ciało o długich nogach i prostych plecach, ciało, jakie mają nimfy na włoskich fontannach: pośladki z dołeczkami i wysokie piersi, które nie obwisną, mawiała Lea, jeszcze długo po ślubie Chériego".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak wygląda główna bohaterka tej książki, kurtyzana w wieku, jak na tę profesję, już dojrzałym, zbliżająca się do pięćdziesiątki. Chérie to jej młody, zblazowany kochanek, zdobywca świata i kobiet, bon vivant, po dziecięcemu zadąsany i po młodzieńczemu roześmiany, sprawiający, że doświadczona Lea staje się w jego towarzystwie przeciwieństwem konkretnej, energicznej i opanowanej osoby z innych chwil życia. W filmie Stephena Frearsa Leą jest Michelle Pfeiffer, a więc kiedyś niewinna Madame de Tourvel z "Niebezpiecznych związków", innego stylowego dzieła brytyjskiego reżysera i scenarzysty Christophera Hamptona. Rolę Chériego gra Rupert Friend. Niezła obsada, a jaki materiał wyjściowy, czyli powieść Colette?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W 1920 roku, kiedy książka się premierowo ukazała, Colette była już znaną artystką. Pod nazwiskiem męża ukazał się jej cykl o Klaudynie, z trudem autorsko odzyskany od starszego o 15 lat mężczyzny, z którym się później rozwiodła. On prowadził swojego rodzaju literacką fabrykę, ona, przybyła do stolicy prowincjuszka, pisała, czytelnicy byli zachwyceni. Po rozstaniu z Henri-Gauthier Villarsem mogła poczuć się wolna, co manifestowała również licznymi romansami, nie tylko heteroseksualnymi. W czasie I wojny światowej zrobiła z własnego domu szpital, dostała Legię Honorową. W 1920 ma więc dorobek życiowy i literacki, a Maurice Ravel pisze według jej libretta operę. Za kilka lat rozwiedzie się po raz kolejny, po skandalu wywołanym związkiem z pasierbem. Lekceważąco nazywany tu Chérie, dwudziestopięciolatek o "pełnych dziwnego blasku" oczach, to częściowo portret samej Colette, dojrzewającej u boku starszego, starzejącego się, pierwszego męża. I choć nie można tej książki traktować jako odwróconej autobiografii, to odwrócenie ról wiele tutaj znaczy. W czasach współczesnych autorce mężczyzna dopiero zaczynał w literaturze tracić swe stereotypowe cechy, nie dawał się rozanielać, dopieszczać, muskać i całować. On był zdobywcą, on władcą. Chérie na nikogo takiego nawet nie pozuje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lea wspomina początki tej znajomości: "Tylu ich miałam - powtarzała sobie z uporem. - Zawsze wiedziałam, ile są warci, co myślą, czego chcą. A z tym dzieckiem, z tym dzieckiem... Raczej nie będzie tak prosto". Obok łatwej dziś do skomentowania wartości socjologicznej powieści Colette, którą Julia Kristeva zaliczała do kobiet-geniuszy, kobiet-autorek, przełomowych kulturowo, istnieje w "Chérie" psychologiczny kierunek, uniwersalnie dużo bardziej od feministycznego pociągający. To intymny świat człowieka samotnego, skazanego na samotność, kobiety obserwowanej pozornie z zewnątrz (poprzez trzecioosobową narrację), w rzeczywistości słuchanej bądź rozumianej od środka. "Coś nieuchwytnego chyliło się w niej ku upadkowi, pozbawione podpory, pociągając za sobą całą resztę". Wydana kilka lat po "Chérie" kontynuacja przyniesie rozstrzygnięcie ostateczne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Podobno André Gide przysłał Colette list po przeczytaniu książki, zachwycając się czymś, co można by określić wnikliwością nagości, prześwietleniem rzadko wtedy odkrywanych tajemnic. W naszych czasach mamy odmienną perspektywę, bo zmieniła się rola kobiety, upadek dotyczy w większej mierze ideału męskości. Ale "Chérie" nie traci wdzięku, i jako klasyczny romans, i jako słodko-gorzkie studium ludzkich stanów wewnętrznych. Stephen Frears, reżyser wersji kinowej, zauważył w tej opowieści trudną przyjemność, trafnie oddając czytelnicze doświadczenie. Chérie powoli przestaje być chłopcem, w czym mu w końcu ukochana musi pomóc. A Lea jest jeszcze kurtyzaną, ma skórę jeszcze jędrną, ciągle jeszcze bywa na salonach i przyjmuje klientów, lecz "w podłużnym lustrze zdysz
